Lotnisko w Seattle
było ogromne. Tak z dziesięć razy większe niż te, z którego wystartował w
Poznaniu. I bardziej nowoczesne.
Nigdy wcześniej nie
leciał samolotem, więc początkowo trochę się bał. Nie wiedział, co gdzie trzeba
zrobić i tak dalej, na szczęście podróż minęła mu bez większych przygód.
Właściwie nie
wiedział, jak do tego wszystkiego doszło. Jednego dnia wyszedł ze szpitala, a
drugiego już leciał do Stanów. Gdy wrócił do domu, matka miała już dla niego
bilet i wizę. Długo rozmawiali o tym, co się stało. Na początku przestraszył
się, że też chce go opuścić tak jak wszyscy inni. Potem jednak zrozumiał, że
ona naprawdę się o niego bała.