Chodził po gabinecie ojca w tę i
z powrotem, próbując wymyślić plan działania, ewentualnego ratunku, znalezienia
rannego wilkołaka... Cokolwiek. Jak
na złość miał pustkę w głowie.
Co on tak właściwie mógł zrobić,
co? Był tylko głupim nastolatkiem, który lubił wściubiać nos w nieswoje sprawy.
Nie miał pojęcia, jak znaleźć Dereka w mieście, a co dopiero dowlec go
bezpiecznie do lasu, omijając przy tym uzbrojonych po zęby łowców. Właściwie to
był pewny, że jego obecność tylko by wilkołakowi zaszkodziła. Stiles stanowiłby
zbędny balast, który pewnie by go przypadkowo zabił.
Minęły prawie dwie godziny, zanim
na komisariat zaczęli napływać policjanci. Alarm wciąż wył, co było równie
niezwykłe jak godzina, w której rozbrzmiały jego pierwsze tony. Stiles już
prawie wspinał się po ścianach z nerwów.
Drzwi do gabinetu otworzyły się i
po chwili ojciec Stilesa spytał, marszcząc brwi:
- Co ty tutaj robisz? Powinieneś
być w szkole.