piątek, 27 kwietnia 2012

Rozdział 24

Andy
Siedziałem w kuchni, czekając, aż czerwona plama mignie mi za oknem. Odkąd Lucas został pobity i zaczęliśmy na nowo się kolegować, minął cały tydzień. Codziennie Lucas woził mnie do szkoły i odwoził do domu. Nie wracaliśmy do sprawy pocałunku i unikałem zbyt bliskiego kontaktu z nim, chociaż nie mogłem zaprzeczyć, że bardzo go chciałem.
Ten tydzień był naprawdę cudowny, chociaż... Colin nie miał dla mnie czasu. Wcale. Kiedy raz do niego poszedłem, znowu byłem świadkiem ostrej wymiany zdań pomiędzy nim a Joe, ale wyglądało na to, że żaden z nich nie brał słów drugiego do siebie. Kłócili się jak stare dobre małżeństwo i w mojej głowie od razu zapaliła się czerwona lampka.
Lucas nie pogodził się z Tomasem, za to ja poznałem go z Theo i Robem. Okazało się, że już mieli okazję się spotkać, ale to nawet lepiej. Dalej chodziłem na dodatkowe lekcje polskiego, a Lucas, choć wściekły, chodził tam ze mną. Maja również się przyłączyła, a po kilku dniach skusił się również Theo. Kiedy zdecydował, że będzie chodził na te zajęcia, zmusił do nich również Roba, który przez dobre dwie przerwy patrzył na mnie wilkiem.
Było cudownie.
W poniedziałek na nudnych lekcjach dużo myślałem. O mnie, Lucasie, Colinie... Doszedłem do wniosku, że muszę z nim porozmawiać i... chyba zerwać. Tak dziwnie się to wszystko poukładało, że już sam nie wiedziałem co o tym myśleć. Może i głupio robiłem, tak po prostu wybaczając Lucasowi, ale ja go naprawdę lubiłem. Kiedy nie robił z siebie cwaniaczka i nie było przy nim kolegów, ujawniało się jego niezwykłe poczucie humoru i zwykła radość z życia. Był naprawdę wspaniały i miałem wrażenie, że z każdym jednym dniem coraz bardziej mi na nim zależy. Z Colinem było dokładnie odwrotnie. Z każdym kolejnym dniem miał dla mnie mniej czasu, cały czas spędzając z rudzielcem. Biorąc pod uwagę te okoliczności, decyzja stawała się o wiele prostsza.
- Dzisiaj nie musisz mnie odwozić - powiedziałem po ostatniej lekcji, idąc korytarzem.
- Dlaczego? - spytał Lucas ze zdumieniem.
- Muszę iść do Colina, dawno go nie widziałem.
- Dalej jesteście razem? - mruknął zły. - Myślałem, że już z nim zerwałeś.
- Nie podjąłem jeszcze decyzji - uciąłem. - W każdym bądź razie, do jutra.
Lucas westchnął, ale nie skomentował tego. Drań, dobrze wiedział, po co tak naprawdę chcę tam iść.
Kiedy już byłem pod domem Colina i zapukałem (dzwonek nadal nie działał), nikt mi nie otworzył. Zdziwiło mnie to, bo byłem pewien, że Colin jest w domu. Nacisnąłem na klamkę i, ku mojemu zdziwieniu, drzwi ustąpiły. Wszedłem do środka, zamykając je cicho i zacząłem się rozglądać po domu. Wszędzie było cicho, a w zlewie piętrzył się stos brudnych garów.
Uchyliłem drzwi sypialni i uniosłem brwi ze zdziwienia.
Na łóżku leżał Joe. Spał, skulony jak mały kociak, a tuż obok niego, właściwie przytulony, leżał Colin. Jego oczy były jednak otwarte i bawił się rudymi kosmykami, przeczesując je palcami i odgarniając z czoła, kiedy co rusz wracały na swoje miejsce.
Chrząknąłem cicho. Colin zerwał się jak oparzony, patrząc na mnie ze zdziwieniem. Zamrugał kilka razy.
- O! A-andy! Cz-cześć! - powiedział niepewnie.
- Cześć. Em... możemy pogadać?
- Jasne.
Przeczesał ręką włosy i przeciągając się, poszedł za mną do kuchni.
Zapadła cisza. Krępująca cisza, której żaden z nas nie chciał przerwać. W końcu Colin się odezwał.
- Ja... wiem, jak to wyglądało, ale... To nie tak... - powiedział niepewnie.
Spojrzałem na niego bez cienia wyrzutu. W końcu przyszedłem tu w jednym celu, a on mi to tylko ułatwił.
- Nie musisz mi się tłumaczyć, Colin - rzekłem, uśmiechając się lekko. - Jeśli czujesz do Joe miętę, to... ja nie mam nic przeciwko. Właściwie to przyszedłem tutaj, bo... Mam wrażenie, że nasz związek to niewypał. No, wiesz, było fajnie i tak dalej, ale... Widzę, że nie bardzo masz teraz dla mnie czas i spędzasz go z Joe, a ja... Tak naprawdę zbytnio nie tęskniłem, kiedy spotykałem się z Lucasem.
- Więc... nie masz do mnie pretensji? - spytał ze zdziwieniem.
Pokręciłem przecząco głową.
- Nie. Wcale. Przyszedłem tutaj, żeby ci powiedzieć, że... to koniec - mruknąłem. - Ale chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi! - dodałem szybko.
Colin odetchnął z wyraźną ulgą.
- Uff, całe szczęście. Nie chciałem sprawić ci przykrości i...
- Czyli... ty też nie masz nic przeciwko?
- Nie.
- Więc w porządku.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a potem zgodnie się roześmialiśmy.
- Wiesz już, co mu się stało? - spoważniałem nagle.
Szatyn przestał się uśmiechać.
- Tak. Opowiedział mi. - Patrzył przez chwilę na mnie, jakby zastanawiając się, czy może mi o tym powiedzieć. - Powiem ci, ale... to nie jest zbyt przyjemne. Widzisz, jego ojciec jest alkoholikiem. Kiedy sobie popije, często się znęca nad nim albo jego matką, zwłaszcza, jeśli ma jakiś powód. Kiedy wcześniej Joe został zawieszony w prawach ucznia, ojciec mu powiedział, że jeśli to się powtórzy, będzie musiał się wynieść. No i Joe się pilnował, ale potem była ta głupia sytuacja z Potters...
- Petters - mruknąłem. - Lucas przykleił ją do klopa, wiem. Prawie mi się przyznał.
- No i to poszło na Joe. Dyrektor zawiesił go na cały miesiąc. Na początku Joe pozorował chodzenie do szkoły, ale w końcu jego ojciec się o tym dowiedział. Akurat popił i zaczęli się bić. Jego ojciec wciąż jest od niego silniejszy. On… pobił go jakimś kablem i zaatakował go scyzorykiem. Kiedy mi to opowiadał, wszystkie flaki wywróciły mi się na drugą stronę. Zresztą, sam widziałeś, jak mocno go pobił, a na końcu wyrzucił z domu tak, jak stał. Joe nie miał dokąd iść, jego koledzy nie mieli warunków, żeby mu pomóc. Powiedział, że przemyślał wszystko i stwierdził, że ma bardzo niskie realne szanse na normalne życie. Nie był w stanie sam się utrzymać i jeszcze skończyć szkoły, a poza tym, wydaje mi się, że to wszystko źle na niego działało pod względem psychicznym. Załamany, postanowił się... zabić. Wtedy go znaleźliśmy.
- Zostanie tutaj? Co tak właściwie jest między wami? Spaliście ze sobą?
Colin zaczerwienił się wyraźnie.
- Nie... nie spaliśmy - burknął ponuro. - Całowaliśmy się i chyba nawet mu się podobało. Chyba zostanie tutaj, mi to bynajmniej nie przeszkadza. Chciałbym go poznać. On... bardzo mi się podoba, Andy. Jest cudowny.
- Wiesz, że on w szkole tępił gejów?
- No niby tak, ale... nie jest powiedziane, że nie jest chociaż bi.
- Życzę ci szczęścia, ale... nie licz na to, że łatwo ci odda swój tyłek. To jest Joe Muller. Gdybym miał obstawiać, to jestem niemal pewien, że prędzej on zdominuje ciebie, niż ty jego.
- No, weź, Andy! - oburzył się Colin. - Nawet tak nie mów.
Uśmiechnąłem się.
- Ale to prawda.



Lucas
Czy szkoła zawsze jest taka nudna, kiedy nikogo się nie bije? Jakoś nie miałem ochoty nikogo sklepać, wszyscy chodzili spokojni i zadowoleni. Poza tym, do świąt został zaledwie tydzień i nie chciałem nikomu zaserwować w prezencie podbitego oka.
Andy cholernie mnie zmiękczył.
Na SKSach było jak zwykle zabawnie. Sport to jedna z niewielu rzeczy, która naprawdę była przyjemna i pożyteczna. Przy okazji można było się rozerwać i wyładować. Zawsze grałem razem z Tomasem, bo świetnie się rozumieliśmy i zawsze wszystko nam wychodziło. Tym razem jednak nie było już tak kolorowo. Obaj unikaliśmy podawania do siebie, przez co dostawaliśmy potężnego łupnia. Nawet Andy na bramce nie mógł zbyt wiele zdziałać.
Widziałem, że jest wściekły, kiedy zostawialiśmy go sam na sam z dwoma napastnikami, ale jakoś ani ja, ani Tomas nie mieliśmy ochoty się wracać. Miałem głupie wrażenie, że mi się za to oberwie, ale... Mam to w dupie.
Po małym sparingu Andy został na chwilę z trenerem i ten tłumaczył mu jego ewentualne błędy, a ja i Tomas poszliśmy z resztą do szatni. Mieliśmy rzeczy obok siebie.
- Jeszcze ci nie przeszło? - spytał zły.
- Mi? - zdziwiłem się. - To ty się na mnie sfochałeś.
- Bo zachowałeś się jak świnia. Nie miałeś prawa jej tego mówić.
- Dobrze wiesz, że miałem rację.
- Może i tak, ale...
- Takie mam o niej zdanie. To ona robiła mi wyrzuty, że jej nie zabrałem z nami. Jeśli naprawdę chcesz się kłócić przez jakąś głupią laskę, to proszę bardzo. Ja zdania nie zmienię.
Tomas westchnął ciężko.
- Nie chcę się kłócić. Możemy się umówić, że... nie będziesz jej ubliżał w mojej obecności i za bardzo jej dokuczał?
- Dobra - zgodziłem się niechętnie. - Ale nie licz na zbyt wiele. Dla mnie ona jest spalona.
- W porządku.
Ta rozmowa była głupia. Nie miałem jednak zamiaru tego roztrząsać, ważne, że wreszcie się pogodziliśmy. Przez ten czas brakowało mi komentarzy Tomasa i jego głupiego zachowania. Był prawdziwym przyjacielem i nie chciałem go stracić, zwłaszcza przez jakąś głupią dziewczynę.
Do szatni wszedł uśmiechnięty Andy. Widząc, że rozmawiam z Tomasem, uśmiechnął się jeszcze szerzej, choć byłem pewien, że to niemożliwe. Stanął przy swoich rzeczach i zaczął przetrzepywać plecak.
- I love Rock and Roll...
Tomas nawet nie spojrzał na telefon, tylko zaklął cicho.
- Znowu Betty? - spytałem.
Kiwnął głową, krzywiąc się.
- Na sto procent. Muszę spadać. Cześć.
- Cześć.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za Tomasem, westchnąłem cicho.
- Pogodziliście się? - zapytał Andy z ciekawością.
- Mhmm...
- Czas najwyższy.
- Wiem. Idziemy gdzieś potem?
- W sumie... możemy gdzieś iść. Jakieś propozycje?
- Kręgle?
- Widzę, że znowu chcesz dostać łupnia.
Naburmuszyłem się.
- Jeszcze zobaczymy.
Wszyscy już poszli, ale ja chciałem wziął prysznic w szkole. Było to możliwe, bo mieliśmy do tego specjalne pomieszczenie, no i była gorąca woda oraz mydło i czyste ręczniki.
- Przyłączysz się? - spytałem zadziornie.
- Czemu nie - zgodził się od razu, co bardzo mnie zdziwiło.
Po hali wciąż krążył trener, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt wiele. Weszliśmy pod dwa natryski, oddzielone od siebie ścianką w wysokości półtora metra. Widziałem tylko głowę i ramiona Andy'ego, który mruczał cicho z zadowolenia, kiedy stał pod bieżącą wodą.
- Tylko się tam za bardzo nie podniecaj - powiedziałem głośno.
- Vice versa.
- Robisz to specjalnie !- oskarżyłem go.
- Wcale nie! - oburzył się i rzucił we mnie mydłem. Dostałem prosto w głowę.
- Tak się nie będziemy bawić!
- A co mi zrobisz? - zaśmiał się, patrząc na mnie wyzywająco.
Nie zastanawiając się długo, szybko przeszedłem do jego natrysku i pchnąłem go na ścianę. Tramp poślizgnął się na mokrych kafelkach i wyrżnął się, upadając na goły tyłek. Parsknąłem śmiechem, kiedy zobaczyłem jego obrażoną minę.
- Au! To bolało! - warknął do mnie, wstając pospiesznie.
Znowu go pchnąłem, ale tym razem zdążył złapać mnie za nadgarstek i obaj wyrżnęliśmy niezłego orła. Jęknąłem cicho, zderzając się z mokrymi kafelkami i ciepłym ciałem Andy'ego.
- Świetnie... - mruknąłem cicho.
Mimowolnie zacząłem się o niego ocierać sugestywnie, na co jego oczy otworzyły się szeroko, a policzki pokryły zdradzieckim rumieńcem.
- Lucas...
Nie przerwałem. Samo ocieranie się o niego było cholernie przyjemne. Czułem, jak mój członek powoli zaczyna twardnieć, a policzki również robią się czerwone. Chociaż już nie raz znajdowałem się w podobnej sytuacji, nie było pode mną chłopaka. To wciąż było dla mnie nowe i trochę... żenujące, co wcale nie oznacza, że nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie, to było tak zajebiste, jak seks z kobietą nigdy nie będzie.
- Andy... Pozwól mi - powiedziałem cicho, przyspieszając swoje ruchy.
- Luc...
- Pozwól mi.
- C-co?
- Wejść... Chcę wejść...
- Nie.
- ... w ciebie. Zgódź się...
- Nie, Lucas - powiedział słabo.
- Proszę...
Andy popatrzył mi w oczy, jeszcze mocniej się czerwieniąc. Widziałem, że się waha, aż w końcu kiwnął niepewnie głową. Rozsunąłem mu nogi i przymierzyłem się do wejścia, kiedy usłyszałem głuchy trzask drzwi.
Ktoś wszedł do pomieszczenia z natryskami.
Zerwaliśmy się jak poparzeni i szybko poszedłem do siebie, nagle dostrzegając, że mydło to bardzo interesująca rzecz.
- Kto tu jest?
- To tylko my! - krzyknął Andy. - Lucas i Andy.
- W porządku. Pospieszcie się chłopcy, zaraz zamykam tu wszystko.
- Dobrze!
Trener odszedł, a my odetchnęliśmy z ulgą.
Było naprawdę blisko.
- Nie pozwolisz mi kontynuować, co? - burknąłem zawiedziony.
Andy uśmiechnął się jedynie i odszedł, wycierając się ręcznikiem.
Westchnąłem ciężko, zakręcając kurek z ciepłą wodą i puszczając lodowatą. Jeśli miałem przetrwać ten dzień, musiałem jakoś ostudzić swój zapał.



Andy
Umówiliśmy się wieczorem, więc kiedy Lucas odwiózł mnie do domu, od razu zabrałem się za lekcje. Pomogłem mamie posprzątać w domu i zrelacjonowałem dzień w szkole. Była zadowolona, bo dostałem się do drużyny i znalazłem sobie nowych przyjaciół. Dobrze wiedziała, że ze względu na mój wygląd nie jest to łatwe. Nadal się malowałem, choć już nie tak mocno i dałem sobie spokój z paznokciami. Mimo to większość uczniów i nauczycieli już mnie zaakceptowała i nie miałem zbytnich problemów, nie licząc tych durnych wyrostków, którzy tylko szukali pretekstu, żeby mi wlać.
Nie malowałem się na to spotkanie. Jakoś tak wiedziałem, że to niepotrzebne i nie chodziło o to, że nie chcę narobić Lucasowi siary. Ja po prostu nie miałem ochoty pomalować się na ten wypad i było mi z tym dobrze.
Kiedy tylko czerwona plama mignęła mi za oknem, pożegnałem się z mamą i wyszedłem z domu.
- Cześć! - rzuciłem z uśmiechem, kiedy wsiadłem już do samochodu.
- Cześć - odparł Lucas, odwzajemniając gest. - Dzisiaj ci dokopię! - mruknął, włączając się w ruch uliczny.
- Zobaczymy.
- Może się założymy?
- To nie jest zbyt dobry pomysł.
- Czemu? Jeśli wygrasz, zabiorę cię jeszcze do McDonalda, ale jeśli przegrasz...
- Już się boję...
- ... to też zabiorę cię do McDonalda - dodał z rozbawieniem.
Zaśmiałem się.
- Komuś chyba dopisuje humorek - powiedziałem.
Skinął mi lekko głową.
- Masz rację. Jestem taki jakiś wohhho... Niech mnie ktoś powszczyma! (błąd zamierzony- dop.aut.).
Parsknąłem śmiechem.
- To z tego kabaretu o bubie?
- Noo...
Na kręgielni było wiele ludzi, ale nam to w ogóle nie przeszkadzało. Bawiliśmy się w najlepsze, rywalizując ze sobą tylko dla zabawy. Co jakiś czas Lucas dotykał lekko mojej ręki, ocierał się o mnie ramieniem albo łapał za biodra. Robił to na tyle dyskretnie, że nikt nie widział w tym nic podejrzanego, ale dla mnie jego gesty i powłóczyste spojrzenia były prawdziwą torturą. Na samą myśl, co moglibyśmy teraz robić w tym jego przeklętym aucie, miałem erekcję. Czułem na sobie jego wygłodniały wzrok i musiałem zagryzać dolną wargę, żeby pełen zadowolenia uśmiech nie wypłynął mi na gębę.
Lucas mnie chciał. Mógł twierdzić inaczej, ale ja widziałem to w jego oczach. Nie miałem żadnych wątpliwości i czułem dziwne skurcze w żołądku za każdym razem, kiedy mi się przypatrywał albo rzucał mi to swoje uwodzicielskie spojrzenie.
Wspominałem już, że on jest cudowny?
- Nie lubię cię - mruknął naburmuszony, kiedy na samym końcu zbiłem wszystkie kręgle i tym samym pokonałem go kilkoma punktami.
Uśmiechnąłem się niepewnie. Wiedziałem, że Lucas nienawidzi przegrywać.
Westchnął cicho, wsuwając nogi w swoje szerokie adidasy i przeciągając się jak kot.
- Chodźmy stąd, mam już dosyć tego miejsca - stwierdził, po czym dodał. - I nigdy więcej nie zabiorę cię na kręgle!
Zaśmiałem się cicho, idąc za nim krok w krok. Błysk w jego oczach uświadomił mnie, że blondyn nie jest nas mnie zły.
Kiedy zatrzymał się pod domem, dostałem słodkiego całusa, który w moment przerodził się w cudowny, namiętny pocałunek.
- Do jutra - mruknął Lucas, odsuwając się odrobinę.
- Do jutra - szepnąłem cicho, wysiadając z samochodu.
Moje życie zdecydowanie zrobiło się fantastyczne.

środa, 25 kwietnia 2012

2.Rodzinny dom

Rozpakowanie się zajęło mu czas aż do wieczora. Nikt do niego nie przyszedł, chociaż miał nadzieję, że ktoś pokaże mu dom.
Dopiero pod wieczór pojawiła się ta sama pokojówka co wcześniej, żeby przekazać mu, że rodzina czeka już na niego w jadalni.
-Jak masz na imię?- spytał z ciekawością, idąc za nią do jadalni.
-Sara, proszę pana- odparła oficjalnie.
-Cholera, ty też? Mam na imię Tom.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
W jadalni zmieściłoby się boisko do koszykówki. Na środku stał ogromny stół, do którego przysuniętych było sporo krzeseł. Simone stała pod oknem, rozmawiając z ciemnowłosym mężczyzną.
Kiedy stało się jasne, że już przyszedł, mężczyzna odwrócił się. Na jego widok uśmiechnął się szeroko i podszedł do niego, wyciągając ramiona.
-Cześć! Cieszę się, że nareszcie mogę cię poznać- powiedział, przytulając zaskoczonego chłopaka.- Ale z ciebie chłopisko! Muszę przyznać, że nie jesteś podobny do Billa, chociaż macie identyczne oczy. I nosy. Jak ci minęła podróż?
-Bardzo dobrze- odparł Tom niepewnie.
-Jestem Gordon. Właśnie rozmawiałem z Simone o tym, żeby was obu zaadoptować. Mam nadzieję, że się na to zgodzisz.
He...?
-Siadajmy do stołu- powiedział czarnowłosy z uśmiechem.
Simone w ogóle nie patrzyła na Toma i chłopak był pewien, że to wina Billa. Zapewne wciąż było jej głupio po tej sytuacji w limuzynie.
-Bill nie je?- spytał ze zdziwieniem.
-Bill nigdy nie jada kolacji. Woli siedzieć u siebie w pokoju.
Tom nic nie odpowiedział. Kolacja minęła w przyjaznej atmosferze, chociaż Dredziarz czuł się trochę niezręcznie. Miał głupi wrażenie, że zrobi coś nieodpowiedniego albo przez przypadek mlaśnie i urazi tym gospodarza.
-Twoje książki leżą już na biurku u ciebie w pokoju- powiedział Gordon.- Będziecie z Billem chodzić do jednej klasy, będziesz więc mógł spisać sobie wszystkie notatki od niego. Bill wstaje o piątej, ale tobie powinno wystarczyć około 6.30.
-Jutro już idę do szkoły?
-Tak.
-W porządku.
Gdy Gordon przeprosił ich i wyszedł, tłumacząc, że musi trochę popracować, przy stole zapadła cisza. Tom chrząknął znacząco, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
-Przykro mi, że Bill się tak zachowuje.
Kobieta uśmiechnęła się wymuszenie.
-To nic. Już się przyzwyczaiłam. Ja... Przepraszam, że nawet cię właściwie nie przywitałam, ale chciałam uniknąć komentarzy Billa. Jest bardzo złośliwy i... Ja... Naprawdę przepraszam, że tak wyszło. Bałam się, że zaczniesz brać z niego przykład i obaj będziecie mnie źle traktować.
-Nie ma mowy- powiedział Tom stanowczo.- Nie zamierzam zachowywać się w taki sam sposób, jak Bill.
-Cieszę się.
-Dlaczego on się tak zachowuje?
-Chyba ma mi za złe, że jestem szczęśliwa z Gordonem. Przez cały ten czas byliśmy tylko we dwoje, a teraz nagle on się pojawił i chyba Bill nie może się z tym pogodzić. Poza tym, on... ma bardzo trudny charakter. Nie chciałabym ci niczego narzucać, ale... nie próbuj się z nim zaprzyjaźniać. Nie chcę, żeby traktował cię tak samo źle, jak mnie.
-Nie ma takiej opcji- stwierdził Tom. Wyciągnął z kieszeni kartę, którą wcześniej dał mu Bill i podsunął matce pod nos.- Bill wydał prawie wszystko, ale trochę jeszcze zostało.
To... pani pieniądze i...
-Mów mi mamo albo chociaż Simone- powiedziała, uśmiechając się już radośniej.
-Może być Simone. To... ja już pójdę- dodał z zakłopotaniem.- Dobranoc.
-Dobranoc.
Wrócił do swojego pokoju i od razu poszedł do łazienki, żeby wziąć prysznic. Odkrył, że do łazienki można wejść jeszcze z innego pomieszczenia, ale nie z korytarza. Wyglądało więc na to, że drugie drzwi prowadzą do pokoju Billa.
Tom stanął przed nimi i przez chwilę się zastanawiał, czy wejść do środka. Gdy wreszcie zdecydował się nacisnąć klamkę, okazało się, że drzwi są zamknięte.
Westchnął ciężko i zabrał się za kąpiel.
Długo nie mógł zasnąć. Zawsze tak było, że kiedy miał spać w obcym miejscu, zwykle miał problemy z zaśnięciem.
Było około pierwszej w nocy, kiedy ktoś zaczął się tłuc w łazience.
Tom zmarszczył brwi, wymęczony, i nasłuchiwał. Wyglądało na to, że Bill się kąpał. O tej porze?
Ten koleś jest bardziej pojebany, niż myślałem, przemknęło mu przez myśl.

Następnego dnia został obudzony przez Sarę o godzinie szóstej. Wziął szybki prysznic i wciąż nie do końca przytomny, stanął przed lusterkiem. Miał na sobie tylko szerokie spodnie, które utrzymywały się nisko na jego biodrach jedynie dzięki paskowi.
-Scheisse!- jęknął Bill, wpadając do łazienki jak burza.
-Zajęte- mruknął Tom, wkładając do ust szczoteczkę do zębów.
Bill nic nie powiedział, tylko podszedł do prysznica i odkręcił kurki.
-Co ty robisz?- spytał Tom, unosząc brwi.
Bill również uniósł brwi, sprawdzając temperaturę wody.
-Chcę wziąć prysznic. Masz z tym jakiś problem?
-Wciąż tutaj jestem- mruknął Dredziarz.
-No to co?
Czarnowłosy szybko pozbył się swojej garderoby. Tom otworzył szeroko oczy, widząc jego śmiałość.
Bill szybko zdjął pozostałe na biodrach bokserki i wszedł pod prysznic, cicho zamykając za sobą zupełnie przezroczystą kabinę. Tom jedynie prychnął, pospiesznie kończąc myć zęby i wychodząc z łazienki.
Rany, co za koleś, pomyślał. Ale dupę ma niezłą, to trzeba mu przyznać. Przez tą krótką chwilę, chociaż nie chciał, miał okazję mu się dobrze przyjrzeć. Mimowolnie oblizał się.
Czarny był chudy, to było widać nawet w ciuchach. Skórę miał jasną i jędrną, na pewno też przyjemną w dotyku i gładką. Tatuaże wyglądały naprawdę imponująco. Najbardziej chyba spodobała mu się ta gwiazdka na biodrze. I ta pupcia... Och!!!
Skarcił się za te myśli, w końcu to jego brat. Nie powinien sobie wyobrażać Bóg wie co, ale... Miał tylko siedemnaście lat i nie był doskonały. Rozdziewiczył się, uprawiając seks z przyjacielem w domu dziecka. W dodatku sam jego styl dawał do zrozumienia, że nie jest do końca normalny i dobrze o tym wiedział.
Uszykował się i zszedł na śniadanie. Usiadł przy zastawionym stole. Nikt więcej się nie pojawił, więc sam zaczął jeść. Skrzywił się na widok szynki i kiełbasy i celowo odsunął to jak najdalej od siebie, żeby nie musiał tego oglądać.
Po chwili pojawił się Bill, ubrany zwyczajnie w porównaniu do tego, co miał na sobie dzień wcześniej. Zwykła, czarna bluzka, niebieskie dżinsy i czarno-czerwone trampki.
Zniknęły pierścionki, bransoletki i nawet tipsy, zostały tylko czarne włosy i kolczyk w brwi.
-Nie jesz kiełbasy?- spytał Czarny z zaciekawieniem.
-Jestem wegetarianinem- mruknął Tom. Nie miał ochoty z nim rozmawiać.
-Ja też- rzucił z delikatnym uśmiechem.- Chyba mamy więcej wspólnego niż nam się wydaje.
-Chyba nie bardzo- burknął Tom. Dobrze wiedział, że zabrzmiało to chamsko i mina Billa dobitnie go w tym utwierdziła. Czarny patrzył na niego ze zdziwieniem i jawnym niezrozumienie. Zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie brzękiem naczyń.
-Uraziłem cię czymś?- spytał spokojnie Bill.
-Co?
-Pytam, czy uraziłem cię czymś?- powtórzył Czarny.
-Nie.
-Aha.
Cisza.
Obaj nagle poczuli, że nie mają ochoty jeść. Bill pierwszy wstał od stołu i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Tom pokazał mu fuck'a i zjadł jeszcze jedną kanapkę, po czym też wyszedł z jadalni. Korciło go, żeby odnieść wszystko do kuchni, ale nie wiedział jeszcze, gdzie ona jest.
W limuzynie Bill siedział cicho i bawił się swoim telefonem.
-Jakby ktoś pytał w szkole, nie znamy się- rzucił nieoczekiwanie.
-Czemu? Wstydzisz się mnie?- spytał Tom z kpiącym uśmiechem.
-Nie. To dla twojego dobra.
Dredziarz zmarszczył brwi, zastanawiając się, o co mu chodzi. Dowiedział się dopiero na długiej przerwie, kiedy poznając osoby ze swojej klasy kątem oka dostrzegł dziwną sytuację przy szafkach. Kilku chłopaków przechodziło obok Billa i jeden z nich mocno pchnął go na szafki, przewracając. Tom westchnął, bo był przekonany, że Czarny zaraz zrobi mu awanturę, ale nic takiego się nie stało. On w ogóle nie zareagował.
-Oni tak zawsze?- spytał jednej z dziewczyn.
-Tak, lubią się na nim wyżywać. Bill nie ma zbyt wielu znajomych, jest samotnikiem. Zresztą nikt nie chce się z nim kolegować. Na początku go nie zaczepiali, ale kiedy okazało się, że nie pozwala się dotykać, chłopacy przyczepili się na niego już na dobre.
-Nie pozwala się dotykać?- spytał Tom ze zdumieniem.
-No, tak... Kiedy tylko ktoś go gdzieś dotknie, obojętnie gdzie, zaraz się wyrywa i miota. Zachowuje się... dziwnie, zupełnie jakby go to bolało. To zwykły dziwak.
Z ostatnim zdaniem Tom zgadzał się w zupełności, chociaż to, co powiedziała mu dziewczyna, zaintrygowało go. Chciał się dowiedzieć, dlaczego tak jest. Miał tylko nadzieję, że nie będzie to coś w stylu "Nie pozwalam się dotykać, bo jestem bogatym snobem i pospólstwo nie ma prawa się do mnie zbliżać".
Dookoła działo się coś dziwnego, Dredziarz nie wiedział tylko, co. Nie rozumiał też, dlaczego inni tego nie widzą. Coś definitywnie było na rzeczy, a on obiecał sobie, że dowie się, o co chodzi w tym całym cyrku.
Dowie się albo nie nazywa się Tom Kaulitz, o!
Na ostatniej lekcji okropnie się nudził. Usiadł sam gdzieś pod oknem i patrzył na to, co dzieje się na dworze, słuchając muzyki na jednej słuchawce. Bill siedział gdzieś całkiem z tyłu, ale mało go teraz to wszystko obchodziło.
-Psst!
Dredziarz obejrzał się i zmarszczył brwi, kiedy dziewczyna z sąsiedniej ławki podała mu jakąś karteczkę. Otworzył ją z ciekawością.
"Hej. Robię dzisiaj imprezę u mnie w domu. Przyjdziesz?"
Spojrzał na dziewczynę i przez chwilę mierzył wzrokiem jej szczupłe ciało. Chociaż chodził do tej szkoły dopiero od kilku godzin, zdążył się już przekonać, że ta dziewczyna jest bardzo popularna i zapewne bycie u niej na imprezie o zaszczyt.
Poczuł się wyróżniony. W domu dziecka uczono go, że wszyscy są tacy sami, ale... W tym towarzystwie był po prostu lepszy.
Wracając do domu, nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa. Bill przez całą drogę palił papierosa za papierosem, wyraźnie był zdenerwowany.
-Tu wysiądę, Carlos. Zadzwonię później po ciebie- rzucił.
-Dobrze, proszę pana.
Tom zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział.
W domu miał gościa. No, w sumie to nie on, tylko Gordon. Jakiś mężczyzna, gruba ryba, przyszedł do niego coś obgadać. Przedstawił się jako Andreas Daniels, jednak to nazwisko nic mu nie mówiło. Zdaniem Toma facet wyglądał na kawał porządnego skurczybyka, chociaż nie można było mu odmówić urody. Wyglądał jak ucieleśnienie marzeń każdej kobiety i... niektórych facetów. Skoro Tom zwrócił na niego uwagę, oznacza to, że było na co patrzeć.
-Tom!- rzucił Gordon z uśmiechem.- Dobrze cię widzieć! Jak tam pierwszy dzień w szkole?- zapytał.
-Było ok- odparł nastolatek, mierząc uważnym wzrokiem gościa. Andreas również mu się przyglądał z ciekawością.
-Kto to jest?- spytał.
-To mój drugi syn, Tom. Jest bratem bliźniakiem Billa, przyjechał wczoraj z Monachium.
-Faktycznie-stwierdził mężczyzna, śmiesznie przekrzywiając głowę.- Są do siebie podobni.
Tom po raz kolejny zachodził w głowę, gdzie oni, do cholery, widzą podobieństwo, ale nie miał zamiaru w to wnikać.
-A gdzie Bill?- spytał Andreas obojętnie.
-Wysiadł gdzieś po drodze- Dredziarz wzruszył ramionami.
-Pewnie minie trochę czasu, zanim się dogadacie.
Tom nic nie odpowiedział. Wątpił, żeby udało mu się znaleźć wspólny język z
Czarnym, w końcu ten nie zachowywał się jak normalny człowiek.
Zostawił mężczyzn w salonie, a sam poszedł do swojego pokoju. Odrobił wszystkie lekcje, a potem wyszykował się na imprezę. Gdy wychodził z domu, Billa nadal nie było.
Dom tej dziewczyny, Tiny, był duży. Miała ogromny salon, w którym bawiło się mnóstwo ludzi. Niektórzy już się upili i słaniali na nogach albo spali gdzieś na stole, nawet nie starając się być niewidocznym.
Szybko ocenił towar, który ewentualnie mógłby poderwać. Było naprawdę sporo ładnych dziewczyn, ale... Jego wzrok przykuł chłopak. Miał długie włosy, był szatynem i wyglądał, jakby nudziło go to całe towarzystwo. Tom oblizał się mimowolnie, ponieważ chłopakowi nic nie brakowało, a on gustował w tym typie urody.
Podszedł do niego
-Hej- zagadał.
Szatyn spojrzał na niego kątem oka.
-Czego chcesz?- zapytał bez ogródek.
-Wypić razem?- Tom uniósł brwi.
-Nie, dzięki. Moja kuzynka zaprasza na swoje imprezy samych oszołomów, a ja nie chcę mieć nic wspólnego z takimi ludźmi.
-Przecież tutaj siedzisz!- zdziwił się Tom, w ogóle nie reagując na obelgę. Słowo "oszołom" dziwnie go rozbawiło.
-Czekam na kogoś- mruknął, splatając ręce na piersi.
-Na seksowną blondynkę?
Chłopak prychnął.
-Tak, na seksowną blondynkę z fiutkiem z przodu.
-Lubisz chłopców!
-Zwariowałeś?! A tak właściwie, kim ty jesteś? Nigdy wcześniej cię nie widziałem.
-Jestem Tom.
-Tom a dalej?
-Co dalej?
-Pff! Cześć Tom-co-dalej, ja jestem Georg.
Dredziarz zaśmiał się.
Kaulitz.
Georg zagwizdał, przyglądając mu się z uwagą.
-Skądś znam to nazwisko.
-Może kojarzysz mojego brata, Billa Kaulitza. Czarne włosy, chudy, ześwirowany...
-Ten model?
-Tak.
-Nie wiedziałem, że on ma brata.
-Nie martw się, on też nie wiedział.
-Więc... skąd się wziąłeś? Tak nagle?
-Stara wyciągnęła mnie z bidula, wczoraj przyjechałem.
-Aha.
Zapadła cisza. Tom pociągnął solidnego łyka ze swojej szklanki, ukradkiem przyglądając się swojemu nowemu koledze.
-Przestań się gapić, bo sobie coś pomyślę- warknął Georg, wyrywając mu szklankę i biorąc łyka.
-Cześć, Geo!
Tom spojrzał na blondyna, który podszedł do nich z uśmieszkiem na ustach.
-Pff! Ile można czekać?! Zmieniałeś podpaskę czy co?
Blondyn przewrócił oczami.
-Nie, wyobraź sobie że ktoś mi zwinął kabel do wzmacniacza i musiałem skombinować sobie drugi. Ale już wszystko mam. Pomożesz mi wszystko wnieść do garażu?
-Jasne.
-Może pomóc?- zapytał Tom.
-Jeśli chcesz- Geo wzruszył ramionami.- Tak w ogóle, Tom, to jest Gus. Gus, to Tom, kolejny oszołom z klasy Tiny.
Gustav zachichotał, podając rękę Dredziarzowi.
- Jesteś pewien, że nie chcesz zostać na imprezie? My już tu nie wracamy.
Gdyby nie usłyszał "kabel od wzmacniacza" zapewne by olał tych dwóch chłopaków. Te słowa jednak zaintrygowały go. Jeśli chłopakom chodziło o instrumenty, nie ma szans, żeby żałował nawet najlepszą imprezę.
- Nie, spoko.
Geo wzruszył ramionami i razem wyszli z domu. Gus zaparkował czarnego vana przed garażem, który po chwili został otworzony przez Geo. Gus wjechał do środka i kiedy już tam weszli, zamknęli drzwi.
- Przytulnie tu- stwierdził Tom na widok dużej przestrzeni.
Geo zapalił światło i oczom Toma ukazał się cały osprzęt.
- Ale ekstra, chłopaki!
Na widok dwóch gitar elektrycznych jego usta rozszerzyły się w wielkim uśmiechu.
- Umiesz grać na czymś? - spytał Gus, wyciągając z vana części perkusji.
- Umiem na gitarze, ale obecnie nie mam żadnej - powiedział Dredziarz.
- Zagrasz nam coś?
Tom skinął głową. Z wprawą podłączył gitarę do wzmacniacza, przełożył przez szyję pasek od gitary i zaczął grać "Nothing else matters". Gdy skończył, zaczął grać jakąś typowo rockową piosenkę.
- Nieźle. Chciałbym dołączyć do zespołu?- zaproponował Geo.
- Jasne! Byłoby naprawdę super!
Resztę wieczoru spędził z Geo i Gusem. Uczyli się grać razem. Po godzinie prób byli już bardzo dobrze zgrani i szło im naprawdę świetnie. Sami byli zdziwieni, jak łatwo im to przyszło.
Było już około północy, kiedy Gus odwiózł go pod dom. Na widok wielkiej rezydencji zagwizdał głośno.
- O, stary, ale chata! Zazdroszczę ci!
- Wierz mi, nie ma czego. To istny dom wariatów - mruknął Tom. Pożegnał się z kolegą i poszedł do domu.
Światła były prawie wszędzie pogaszone. Tom nie wiedział, jak na jego eskapadę może zareagować Gordon, więc chciał się przemknąć po cichu. Niestety, kiedy dreptał sobie ogródkiem w stronę tylnego wejścia, wywęszył go jakiś pies i zaczął ujadać. Tom, nie mając pojęcia, co za bydle go ściga, zaczął uciekać.
-Scheisse!!!
Był już koło domu, ale pies nadal nie odpuszczał. Wyglądało na to, że nie chce mu zrobić krzywdy, tylko spodobała mu się ta zabawa.
 -Scotty! Cisza!
Tom prawie zderzył się z Billem, który akurat wyszedł zza żywopłotu.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał Tom ze zdziwieniem.
- O to samo mógłbym się ciebie spytać - powiedział chłodno Bill.
Dredziarz przypomniał sobie, jak go potraktował na śniadaniu i zrobiło mu się głupio. Wiedział, że był chamski i niemiły. Fakt, Bill zachowywał się skandalicznie, ale w stosunku do niego był naprawdę fair. Dlaczego ma mu ubliżać, skoro Czarny nie zrobił mu nic złego?
- Zresztą, nieważne. To jest Scotty. Jest niegroźny, po prostu robi dużo hałasu. Wystarczy, że rzucisz mu kostkę cukru i da ci spokój.
- Cukru?
- Ten pies uwielbia słodycze.
- Co tu się dzieje?
Zza rogu domu wyszła kolejna osoba. Tom zmrużył oczy, kiedy jasne światło latarki na chwilę go oślepiło.
Dredziarz zorientował się, że stoi przed nim Andreas Daniels. Zdziwiło go to, bo nie sądził, że mężczyzna zostanie na noc.
- Nie sądzę, żeby to był twój interes.
Ton głosu Billa był wręcz lodowaty i jasno dawał do zrozumienia, że facet ma wypierdalać. Mężczyzna jednak się tym nie przejął.
- Trochę szacunku, nie jestem twoim kolegą - mruknął z urazą.
Bill prychnął cicho, ale... Coś było znowu nie tak. Tom nie wiedział, dlaczego, ale poczuł irracjonalny przypływ strachu. To nie było jego uczucie, tylko... miał wrażenie, że ktoś mu je przekazał. Pierwszy raz się z czymś takim spotkał.
- Idziesz, Tom?
- Jasne.
Razem wyminęli mężczyznę i ruszyli do wejścia.
- Ile on tutaj zostanie? - spytał cicho Bill.
- Nie wiem. Byłem przekonany, że przyjechał tylko na chwilę.
Czarny zaklął cicho, ale nic więcej nie powiedział. W ciszy dotarli do swoich pokojów i zniknęli w nich, nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa.
Tom coraz bardziej gubił się w tym, co dzieje się w tym domu wariatów. Cokolwiek by to jednak nie było, obiecał sobie, że dowie się prawdy, inaczej nie nazywa się Tom Kaulitz.

***
Moje wcześniejsze notki były żałośnie krótkie i mizernie trochę wyglądały po przeniesieniu na tego bloga, więc postanowiłam pisać trochę dłuższe. Mam nadzieję, że nikomu nie będzie to przeszkadzać. Jeśli czegoś u kogoś nie skomentowałam, proszę mi truć, bo ja trochę ostatnio nie ogarniam. Chcę wakacje.
Ktoś się dziwił, czemu tu nie ma komentarzy. Blog jest przeniesiony z onetu i wszystko niestety zostało tam (www.twincest-bill-i-tom.blog.onet.pl)
Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie!