wtorek, 14 sierpnia 2012

Rozdział 6


Dlaczego zawsze ja, pytał się w myślach, nie mogąc uwierzyć, że znowu mu się to przydarzyło.
- Chyba naprawdę jestem ofermą życiową.
Stał w centrum, w korku. Znowu. Po całym tygodniu leżenia w łóżku uwieńczonym awanturą z matką (biedna była święcie oburzona z powodu  tego, że Andrej nie zawiadomił jej o swojej poważnej chorobie, zupełnie jakby miał AIDS albo raka), mógł wreszcie ruszać do pracy. Nadal był na lekach i, chociaż wstyd przyznać, rozpiska Erica bardzo ułatwiła mu życie. Sam nie był w stanie odszyfrować lekarskich hieroglifów, grafologiem to on nie był. Miał nadzieję, że może chociaż tego dnia zajmie się nim kimś inny, byle by nie Eric. Ponoć ktoś nowy był nim zainteresowany i chciał zobaczyć kilka fotek, ale nie tych, które już były zrobione. Chciał, żeby zrobiono mu zdjęcia tematyczne. Co to był za temat, Andrej nie wiedział i niezbyt go to interesowało. Ważniejsze było to, żeby się nie spóźnić.
- Dlaczego znowu mi się to przytrafia?!
Co chwilę zerkał na zegarek, mając nadzieję, że czas stanie w miejscu na czas tego przeklętego korku, ale ten nieubłaganie płynął, zwiastując nadchodzącą katastrofę.
Andrej, wciąż trzymając ręce na kierownicy, uderzył w nią głową i jęknął ponownie.
- Dlaczego. Zawsze. Ja? Czemu. Mnie. To. Spotyka?! – Każdemu słowu towarzyszyło uderzenie głową w kierownicę. Może chociaż to wbije mu tam trochę rozumu?
- Można wiedzieć, co ty robisz?
Model podskoczył z przerażenia, przypadkowo naciskając pedał gazu. Zanim zorientował się w sytuacji, podskoczył po raz drugi, kiedy przód jego auta uderzył w tył stojącego przed nim samochodu. Usłyszał cichy śmiech.
Lekko oszołomiony, odwrócił głowę w bok. Eric Richards ściągał właśnie z nosa okulary przeciwsłoneczne, a jego usta były wykrzywione w uśmiechu.
Śmiał się! Perfidnie się z niego natrząsał!
Andrej już otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale z samochodu, w który uderzył, wyszedł kierowca. Eric przyglądał się całemu zajściu z dziką satysfakcją i Andrej mimowolnie zarumienił się ze wstydu. Tylko on mógł mieć takiego wstrętnego pecha!
- Co ty wyprawiasz, gówniaro?! – warknął mężczyzna, patrząc na blondyna z czystą nienawiścią.
- Przepraszam – wymamrotał Pejic. Nawet nie sprostował, że jest chłopakiem. Dzień jeszcze się dobrze nie zaczął, a on już miał go serdecznie dość! – Zapłacę za szkodę. To… to był wypadek.
- Wypadek?! – spytał mężczyzna i splunął na ulicę. – Żaden wypadek! Tak to jest jak się daje gówniarzom prowadzić samochody. Skończyłaś przedszkole? Tak ciężko ci zaciągnąć ręczny?
- Naprawdę przepraszam. Nie musi pan krzyczeć. Przecież powiedziałem, że zapłacę.
- Gówno mnie to obchodzi! Wstrętna gówniara! Blondynkom nie powinni dawać prawka! Trzeba było uważać, a nie teraz cwaniakujesz! Stać cię na to w ogóle, co? A może od razu mam zadzwonić na policję? Baby!
Andrejowi od obelg aż puchły uszy, ale nic nie mógł na to poradzić. Eric nie miał zamiaru mu pomóc, napawając się jego kiepskim położeniem. Po chwili zniknął, kiedy ulica stała się przejezdna, a model dalej próbował dogadać się z wrednym typem.
Że też na tylu ludzi w tym mieście, musiałem trafić na kogoś z takim charakterem, pomyślał. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy wcisnął facetowi więcej pieniędzy (wypłacił sporo, bo chciał oddać fotografowi z odsetkami za leki i jeszcze kupić kilka rzeczy), niż było to wszystko warte, odjechał, starając się tym razem w nikogo nie wjechać. Kolejnej takiej przygody jednego dnia chyba by nie przeżył.
Gdy dotarł na miejsce i wszedł do agencji, Eric na jego widok od razu parsknął śmiechem. Andrej zaczął go przedrzeźniać.
- I niby ja jestem przedszkolak? Weź sobie daruj! – burknął zły.
- Komuś humorek nie dopisuje?
Andrej westchnął, słysząc pogodny głos CeCe.
- Nie mam nastroju.
- Nic dziwnego – Richards uśmiechnął się kpiąco. – Też bym nie miał, gdybym wjechał komuś w zad samochodu.
- To przez ciebie! Wystraszyłeś mnie!
- Jasne, jasne. Tak sobie mów. Nie wiem, kto był na tyle głupi, żeby dać ci prawko.
Andrej przewrócił oczami.
- Ktoś mi wreszcie powie, po co kazaliście mi tutaj przyjść? Chcę zrobić swoje i iść sobie do domu.
- Każdy by chciał – powiedziała CeCe. – Eric pstryknie ci kilka fotek, to chyba na tyle. Potem, jeśli ten facet będzie chciał współpracować, polecisz do Londynu. Koniec.
- Super. To możemy zaczynać?
Richards kiwnął głową i rzekł do niego.
- Panie przodem.
CeCe wybuchła śmiechem, a Andrej miał ochotę rozszarpać szatyna. Ruszył przed siebie sztywno, jakby kij połknął, a całą swoją złość skumulował w dłoniach, zaciskając je w pięści tak mocno, że omal paznokcie nie przebiły mu skóry. Dobrze, że były krótkie, inaczej z pewnością po rękach ciekłaby mu teraz krew.
Już od dawna praca w Chadwick nie była dla Andreja tak męcząca jak od momentu, w którym zaczął współpracować z Ericem. Robienie zdjęć trwało ledwo godzinę, a on miał wrażenie, jakby użerał się z nim cały dzień. Kiedy wreszcie szatyn powiedział mu, że jest wolny, Andrej spojrzał na niego ze złością.
- Mógłbyś się wreszcie ode mnie odczepić?!
Eric uniósł jedną brew.
- Coś nie tak?
- Tak, kurwa, wszystko! Mam już tego dość! Zejdź wreszcie ze mnie. Nie jestem kobietą i dobrze o tym wiesz! Specjalnie mnie drażnisz, jeśli myślisz, że to jest zabawne, to jesteś w błędzie! W ogóle mnie to nie bawi. Mam dość twoich insynuacji, że jestem jakiś zniewieściały albo rasowy ze mnie gej! NIE JESTEM GEJEM! Nigdy nie byłem i nie mam zamiaru być, więc przestań mnie wreszcie tak traktować i… - Andrej urwał na chwilę, widząc groźnie zmarszczone brwi Richardsa. Kiedy szatyn zrobił krok w jego stronę, Pejic automatycznie się cofnął. Chciał mu wygarnąć, ale ani myślał przechodzić do rękoczynów.
Eric najwyraźniej miał inny zamiar, bo nagle zbliżył się do niego bardziej i pchnął Andreja na fotel, na którym chwilę temu model był fotografowany. Zielone oczy zaczęły przewiercać go na wylot, kiedy ich właściciel zacisnął dłonie na oparciach fotela, uniemożliwiając w ten sposób Andrejowi ucieczkę.
- Nie podnoś na mnie głosu, wstrętny gówniarzu, bo przestanę być taki uprzejmy! – rzekł chłodno Eric.
- Uprzejmy?! – oburzył się model. – Też mi uprzejmość! Traktujesz mnie jak człowieka niższej kategorii!
- Twierdzisz, że geje to ludzie niższej kategorii?!
W głosie Richardsa zabrzmiała jakaś ostrzegawcza nuta. Andrej przełknął ciężko ślinę.
- Nigdy tak nie twierdziłem, ale ty najwyraźniej tak!
- Spuść z tonu!
- Ani mi się śni.
Eric zacisnął usta w wąską kreskę.
- Jeśli tak bardzo ci przeszkadza to, że widzę cię jako geja, to zmień swoje nastawienie.
- Nie mam zamiaru się zmieniać tylko dlatego, że TOBIE coś się ze mnie nie podoba!
- Więc nie dziw się, że dla mnie zawsze będziesz gejem.
Andrej już otworzył usta, żeby wyrzucić z siebie ciętą ripostę, kiedy ręka Erica zacisnęła się na jego kroczu.
- Pokazać ci jak szybko jestem ci w stanie udowodnić, że jesteś gejem, nawet jeśli próbujesz całemu światu wcisnąć kit, że jednak nie?
- Jesteś jakiś nienormalny! To już molestowanie! Weź mnie puść!
Eric zabrał rękę, ale zanim zdążył odetchnąć z ulgą, język fotografa został brutalnie wepchnięty do jego ust. Jęknął mimowolnie, próbując się wyrwać, ale nie był w stanie. Poddał się tym ciepłym ustom i pozwolił językowi na wnikliwą penetrację. Po raz kolejny uderzyło go, że pocałunek z facetem wcale go nie obrzydza, wręcz przeciwnie – całowanie się z osobą tej samem płci jest całkiem podniecające. Czuł gorąco wstępujące na twarz i przeklinał się za to, że ulegał komuś takiemu jak Eric Richards. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że ten facet, chociaż gbur i idiota, miał w sobie coś, co było w stanie obudzić w nim najgłębiej skrywane pragnienia. Nie, żeby mu się to podobało, ale kiedy wiedział już, czego chce, nie miał zbytnich problemów z dążeniem do celu. Bał się, że któregoś dnia może zapragnąć TEGO faceta, a na to nie był gotowy.
Na szczęście po chwili Eric się odczepił i przerwał pocałunek. Uśmiechnął się kpiąco, kiedy zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zobaczył Andrej – Pejic był podniecony. Chłopak widząc triumfujące spojrzenie fotografa, miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Jesteś pewien, że dobrze przemyślałeś swoją orientację?
- Właśnie o tym cały czas mówię – powiedział model. – Zwyczajnie się odczep. Jestem gejem czy nie, nie twoja sprawa. To moje życie i nie powinno cię interesować.
- Ach, więc jednak jesteś gejem?
Andrej westchnął i odwrócił wzrok.
- Nie, nie jestem. Już mówiłem.
- Sam się przyznałeś.
- Do niczego się nie przyznałem.
Pejic był coraz bardziej zmęczony tym wszystkim. Tą kłótnią i całym okropnym dniem. Był tylko człowiekiem i to naprawdę nie było na jego nerwy.
- Puść mnie.
- Poproś.
- Puszczaj.
- Poproś.
- PUSZCZAJ! Jeśli nie puścisz, zacznę WRZESZCZEĆ.
- Pff! To WRZESZCZ!
Andrej wziął głęboki oddech, a potem zaczął krzyczeć najgłośniej jak umiał. Brzmiało to tak, jakby ktoś obdzierał go ze skóry.
Eric skrzywił się wyraźnie i w końcu odpuścił, odsuwając się od chłopaka.
- Nie dość, że gej, to w dodatku dzieciak – burknął i odszedł do sprzętu, by zacząć pakować swoje aparaty.
- Mogę sobie być dzieciakiem, ty głupi staruchu! Nic ci do tego! – krzyknął, po czym wybiegł, zanim fotograf zdążył mu coś odpowiedzieć. Chwilami naprawdę nienawidził swojej pracy.
Szybko poszedł do garderoby, gdzie się przebrał i CeCe pozbyła się delikatnego makijażu, który wcześniej nałożyła mu na twarz.
- Co tam się działo? – spytała. – Czemu tak krzyczałeś?
- Miałem małą sprzeczkę z Ericem. Nic wielkiego – Andrej skrzywił się mimowolnie.
- Zamknij oczy. Ostatnio coś często wam się to zdarza. Może nie tyle kłótnie, co patrzenie na siebie wilkiem. Czemu go tak nie lubisz?
- Spytaj się raczej jego, dlaczego ON tak bardzo MNIE nie lubi.
- Tak myślisz? Wydawało mi się że go fascynujesz.
- Fascynuję – prychnął model. – Akurat. On mnie nie znosi.
- Może tylko ci się tak wydaje?
- CeCe, do cholery, on cały czas zarzuca mi, że jestem wstrętnym smarkaczem, który nie potrafi się publicznie przyznać do swojej odmiennej orientacji!
Kobieta zaśmiała się.
- Naprawdę? Może mu się podobasz?
Andrej zadrżał ze zgrozy.
- Weź to wypluj!
- Oj, tam, nie przesadzaj. Próbowałeś kiedyś w ogóle coś robić z facetem?
Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie w lustrze.
- Mówiąc „coś” masz na myśli…?
- Och, nie wiem. Cokolwiek. Pocałunki, pieszczoty.
- Jesteś strasznie wścibska, wiesz?
- To nie wścibstwo, to ciekawość. Zresztą, nie obraź się, ale jakoś zawsze widziałam ci u boku faceta.
- No, dzięki.
- Nie miałam na myśli nic złego. Po prostu, kreujesz swoją postać w taki sposób, że osoby, które cię nie znają, biorą cię za dziewczynę. Jesteś idealnym partnerem dla osoby biseksualnej, bo jesteś ikoną kobiecej i męskiej zmysłowości. Jesteś piękny w jakiś niepowtarzalny sposób. Nie możesz się dziwić, że są tobą zainteresowane obie płcie. Że Eric może być tobą zainteresowany.
- Bredzisz.
- Wcale nie. Jeśli twierdzisz, że jesteś hetero, znajdź sobie dziewczynę, która jest biseksualna.
- Chyba kpisz. Na samą myśl, że ta laska lizała się z jakąś inną cizią, robi mi się niedobrze.
- Geje cię nie obrzydzają?
- Nie bardzo, ale to może dlatego, że ciągle mnie ktoś za kogoś takiego bierze. Rozumiem, co to znaczy być potępionym, że tak powiem, a poza tym, zawsze wydawało mi się to lepsze niż związek dwóch kobiet.
- Rozumiem.
Andrej natomiast nie rozumiał, co ona chciała mu przez to przekazać, ale chyba wolał nie wiedzieć.
Kiedy wreszcie skończyła swoją pracę, wstał i przeciągnął się. Dzisiaj był ten dzień, w którym szedł do księgarni po kilka nowych książek. Na samą myśl o jakiejś odprężającej lekturze ciekła mu ślinka.
- Do zobaczenia, CeCe!
Wybiegł z agencji, jakby goniły go same Furie. Wsiadł szybko do samochodu i pojechał do mechanika, żeby mu trochę podrasował stłuczone auto, a potem do księgarni i kupił około dziesięć książek, wydając sporo gotówki. Niektóre woluminy były naprawdę drogie, ale na takie rzeczy warto wydawać pieniądze.
Kiedy w domu podziubał trochę w obiedzie, a potem poszedł na górę, czytając jeden ze swoich nowych nabytków, wreszcie się odprężył. Dobra lektura na tyle go pochłonęła, że nie tylko się rozluźnił, ale również zapomniał o całym dniu wrażeń, przenosząc się do fantastycznego świata nowopoznanych bohaterów.

Nigdy nie lubił wpadać w trans, ale ostatnio, kiedy brał do ręki węgiel, nie potrafił tego kontrolować. Po raz kolejny próbował narysować jednego z sąsiadów, ale kiedy się ocknął, z kartki ZNOWU patrzyła na niego ukochana twarz. Patrzył na nią ze smutkiem, wiedząc, że nigdy nie będzie mógł jej dotknąć tak, jak by chciał. Nigdy z czułością nie ucałuje tych miękkich, pełnych warg, nigdy nie spojrzy głęboko w te szaroniebieskie oczy i NIGDY nawet nie będzie miał szansy wyznać swoich uczuć.
Dotknął delikatnie policzka postaci na kartce i przejechał po nim palcem, tworząc ciemniejszą smugę. Uśmiechnął się gorzko, niemal odruchowo poprawiając ten fragment.
Ciężko jest być potępionym.
Eric Richards wiedział o tym aż za dobrze.

piątek, 10 sierpnia 2012

22.Rodzinny dom

            - Jak wyglądam?
Andreas oderwał wzrok od projektu kampanii, który właśnie czytał i spojrzał na Toma Chłopak stał przed nim z uśmiechem na twarzy i rozłożonymi rękami. Jak wyglądał? Wspaniale. Oszałamiająco. Pociągająco.
- Super – stwierdził mężczyzna.
Tom miał na sobie workowate ciuchy, ale ten styl naprawdę mu pasował. Na głowie miał dwie czapki – jedną zwykłą, szarą, a na niej czerwono-czarną z daszkiem. Dredy układały się miękko na jego ramionach zakrytych czerwoną, obszerną bluzą z kapturem. Całości dopełniały szerokie spodnie z jedną nogawką nakrapianą ogromem różnorodnych barw i jakimiś napisami oraz czerwone, markowe adidasy.
- Na pewno może być? Pod spodem mam czarną koszulkę i takie fajne opaski na ręce, żeby ładnie wyglądało.
- Na pewno. Jest super.
- Super, super. A może jakieś słowo, który lepiej oddaje stan rzeczy, co? – marudził Dredziarz.
Andreas zapatrzył się na chwilę na jego usta i kolczyk, który się tam znajdował. Niby tylko dwie malutkie, połyskujące kuleczki, ale w połączeniu z szerokim uśmiechem, zgrabnym noskiem i brązowymi, ciepłymi tęczówkami, kusiły go jak nigdy. Po raz pierwszy w życiu na widok jakiegoś człowieka jego serce tak mocno zabiło. Zazwyczaj krew spływała w stronę krocza i do jego mózgu napływały impulsy, które jasno określały, że jego potrzeba seksualna powinna zostać zaspokojona. Teraz było inaczej. W jego sercu rozlało się jakieś dziwne ciepło, troska… Żaden gówniarz nie powinien być taki cudowny ani pociągający.
- Wyglądasz naprawdę dobrze, Tom. Na pewno będziesz błyszczał na… No, właściwie to mi nie powiedziałeś, gdzie się wybierasz?
Tom uśmiechnął się niewinnie.
- Przymierzam?
- Akurat! – prychnął Daniels.
- Od razu ostrzegam, że jak mi zabronisz, to i tak ucieknę!
- Dobra, dobra. Do rzeczy.
- I nikomu nie powiesz?
- Noo…
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
- Idę na imprezę!
- Imprezę? Jaką imprezę?
- Hm, nie wiem. Gus rzucił propozycję, a ja się zgodziłem. Przyjedzie po nas za chwilę.
- Po nas? Bill też jedzie?
Tom skinął głową.
- O której planujecie wrócić?
Dredziarz zachichotał.
- Nie wiem, czy w ogóle będę pamiętał tę rozmowę za kilka godzin.
- Chyba żartujesz!
- Luz, Andy!
- Bezczelny bachor – mruknął mężczyzna.
- Geo i Gus są już pełnoletni. Gus jest taki cholernie odpowiedzialny, że na pewno się nami zaopiekuje, nie musisz się bać. Bill musi trochę wrzucić na luz, ostatnio zachowuje się jak bomba zegarowa.
- Tia? A ta w ogóle, mogę wiedzieć, dlaczego Simone po wycieczce z wami wyglądała, jakby ją zamknęli na całą noc w kostnicy?
Tom znowu się zaśmiał.
- Podkurwiła B…
- Tom! Wyrażaj się!
- No co? Tak było! – oburzył się nastolatek. – W każdym bądź razie, chciała nam dopiec, ale się nie daliśmy i załatwiliśmy jej spanie na podłodze pod mokrą kołdrą. Nie mieli wolnych miejsc w hotelu ani łóżek, więc miała ciekawą noc. My zeszliśmy do piwnicy i zakopaliśmy się w pościeli, którą dopiero mieli rzucić do prania. Było super!
- Nie wątpię – mruknął mężczyzna z ironią.
Tom wywrócił oczami.
- No, tak, zapomniałem, że jesteś obrzydliwie bogaty i takie jazdy jak spanie w brudnej, hotelowej pościeli to dla ciebie coś, co może robić tylko plebs.
W głosie chłopaka nie było słychać jakiegoś wyrzutu, a jedynie irytację.
- Przepraszam.
- Przestań, nie musisz mnie przepraszać. Dobrze wiem, jak to wszystko funkcjonuje. Tylko nie zapominaj, że jakby nie patrzył, ja jestem z tego plebsu. Jeśli przeszkadza ci moje towarzystwo, to po prostu mi to powiedz. Nie chcę się nigdzie pchać na siłę i…
- Daj spokój, co? Wiesz, że wcale cię tak nie traktuję.
Tom spojrzał na Danielsa. Mężczyzna zauważył, że jego nieprzemyślane uwagi trochę nastolatka uraziły. Podszedł do niego i poklepał po ramieniu.
- No, już, nie bocz się. Idź i baw się dobrze.
Chłopak kiwnął głową i w podskokach wyszedł z pokoju. Przed oczami Andreasa stanęła nagle wizja, w której leżał na nagim Tomie i brał go powoli, całując po delikatnej szyi. Wziął głęboki oddech i czym prędzej pobiegł do łazienki, by pospiesznie załatwić naglącą potrzebę.

Bill spojrzał w lustro. Wyglądał dokładnie tak, jak chciał. Bardziej przypominał Billa-modela niż siebie samego, ale o to chodziło. Tego wieczoru miał zamiar powiedzieć reszcie, że odchodzi, a potem napić się w celu poprawienia sobie humoru. Tyle.
Umalował się i ubrał w dosyć obcisłe rzeczy. Oczywiście, balansował między czernią, bielą i różnymi odcieniami szarości. Na nogi założył glany wiązane aż do kolan, ale nie były to zwyczajne, ciężkie buciory. Te glany były bardziej dopasowane do nogi, zgrabniejsze… Były dopasowane do jego stylu. Bluzka oczywiście miała rękawy trzy-czwarte tak, żeby odsłonić tatuaż. Na jedną rękę założył czarną, skórzaną rękawiczkę bez palców. Jeszcze raz spryskał włosy lakierem i był gotowy.
Usłyszał ciche pukanie do drzwi, a potem do jego pokoju wszedł Tom, uśmiechając się szeroko. Wyglądał fantastycznie.
- Wow, Bill, znowu wyglądasz jak baba – powiedział.
- Dzięki – mruknął Czarny.
- Pasuje ci ten styl. Podoba mi się.
- Fajnie.
Tom wywrócił oczami.
- Chodź, Gus już mi puścił strzałkę, że czekają. W ogóle to jak my stąd wyjdziemy?
- Zaraz się przekonasz.
Wyszli z pokoju, a potem tylnym wejściem weszli do ogrodu. Bill zaprowadził go za jakieś drzewo posadzone przy płocie, a za tym drzewem… do płotu była przymocowana drewniana drabina. Tom zaśmiał się.
- Dobre.
- I skuteczne. Chodź.
Bill wspiął się do góry, a potem przeskoczył przez płot. Tom zrobił to zaraz po nim. Otrzepał ręce i rozejrzał się. Van Gusa stał na końcu ulicy, a sam właściciel machał do nich. Bliźniacy podeszli do znajomych, przywitali się, a potem razem pojechali do dyskoteki.
Geo nadal miał zły humor, ale na szczęście dla reszty, siedział cicho i nic nie mówił. Bill również mało się odzywał, większą część trasy po prostu gapiąc się w okno.
W środku było sporo ludzi, ale Gus wcześniej już zarezerwował dla nich miejsce w loży dla VIP-ów. Usiedli na skórzanej kanapie przy szklanym stoliku. Większość osób bawiło się na dole, a ci na górze po prostu siedzieli i rozmawiali, pili albo obściskiwali się po kątach.
- Nawet dobrą muzę tu puszczają – powiedział Tom. Bill skinął mu głową.
- Dobra, to co pijemy? – zapytał Gus.
- Cokolwiek, byle miało kopa – odparł Czarny.
Geo zagwizdał.
- Gówniarze się rozkręcają, jak widzę. Dla mnie jakieś piwo.
- Tom?
- Coś z kopniakiem. Chcę się dzisiaj dobrze bawić.
Gus westchnął i poszedł kupić jakiś alkohol.
Rozkręcili się szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał. Zaraz po tym, jak każdy z nich wypił po jednej szklaneczce jakiegoś trunku, Bill rzucił ni z tego ni z owego.
- Odchodzę z zespołu.
Trzy pary oczu wbiły się w niego z niedowierzaniem.
- CO?!
- Bill! – zagrzmiał Tom.
- Postanowione, jasne? Odchodzę, musicie sobie znaleźć nowego wokalistę. Ja nie będę śpiewał.
- Ale…
Bill spojrzał na Geo z goryczą.
- Nie musisz się prosić. Teksty są wasze, róbcie z nimi, co chcecie. Masz czego chciałeś.
Czarny wstał i odszedł od stolika.
- Musimy go zatrzymać! – krzyknął Tom przestraszony.
- Zostawił nam teksty, więc po co? – powiedział Geo.
Dredziarz uderzył ręką w stół.
- Geo, do cholery! On jest częścią zespołu!
- Nie dla mnie! To przez niego cię wiecznie kłócimy!
- Nie, no, kurwa, nie wierzę! Po prostu nie wierzę!
Tom wstał od stolika, zabrał swoją szklankę i butelkę pełną jakiegoś trunku – nie miał pojęcia, co to jest – i odszedł. Usiadł gdzieś w kącie, gdzie był mało widoczny i siedział, cały czas popijając mocny alkohol. Nie mógł uwierzyć, że Bill odchodzi! Po tym ile musiał się go naprosić, żeby w ogóle dołączył do zespołu, teraz tak po prostu powiedział, że odchodzi.
Gdy Tom opróżnił już większość butelki, wstał i poszedł się bawić. Ten dzień był koszmarny. Czując zawroty głowy, usiadł gdzieś pod ścianą. Potem znowu poszedł tańczyć.
Dopiero po około godzinie natknął się na Billa. Poprawiał makijaż w obskurnej, śmierdzącej szczochami i rzygami łazience.
- Nie możesz odejść! – krzyknął Tom. – Nie możesz, obiecałeś!
- Daj spokój, co? Sam widzisz, co się dzieje. Tak będzie lepiej.
- Lepiej dla kogo, co? Obiecałeś!
- Jakoś nie widzę, żeby twoi znajomi przejęli się moim odejściem! – wrzasnął Bill histerycznie. Odwrócił się do brata, ukazując oczy pełne łez. – Nie jestem mile widziany w TWOIM zespole! Chodziło tylko o moje teksty, ewentualnie głos. To i tak by nie wypaliło! Wiesz, co by się działo, gdyby przez przypadek nam wyszło i zaczęlibyśmy naprawdę tworzyć muzykę? Zwyczajnie byśmy się POZAGRYZALI!
- Bill…
Chłopak pokręcił przecząco głową, ocierając ostrożnie oczy.
- To bez sensu, Tom. Po prostu się z tym pogódź. JA tam nie pasuję. Nigdy nie będę. Jestem inny. Jestem alienem.
- Nie, nie jesteś. Masz mnie.
- To nieważne. Nie potrafię współpracować z kimś takim jak Geo. Jesteśmy zbyt uparci i zadziorni. To bez sensu, Tom. I tyle.
Zapadła chwilowa cisza. Dredziarz patrzył błagalnie na bliźniaka, ale po jego minie zobaczył że on nie odpuści. Spuścił głowę zawiedziony.
- Wracamy do domu? – spytał cicho. Jakoś przeszła mu ochota na imprezę.
- Dobra. Chodź.
Nie powiedzieli nic znajomym. Tom tylko napisał wiadomość do Gusa, że zmywają się. Bill kupił w barze butelkę whisky i wyszli z dyskoteki jakby nigdy nic. Dopiero kiedy odeszli dosyć daleko, odetchnęli z ulgą. Często w takich miejscach napadano na ludzi, zwłaszcza że było ich tylko dwóch.
- Znasz drogę do domu? – zapytał Tom, biorąc solidnego łyka z butelki, po czym podał ją bliźniakowi.
- Mniej więcej – odparł Czarny, pijąc whisky. Po oddaniu butelki odpalił sobie papierosa i zaciągnął się dymem.
Powrót do domu okazał się istną katastrofą. Po całej butelce whisky nie byli już w stanie określić, w którym miejscu źle skręcili i gdzie tan naprawdę są. Usiedli na ławce gdzieś przy drodze i patrzyli się tępo przed siebie, nie mając pomysłu na rozwiązanie tego problemu.
- Co teraz? – wybełkotał Tom.
Bill wzruszył jedynie ramionami i ułożył się wygodniej na ławce.
- Nie śpij! – jęknął Dredziarz. – Bill, do cholery!
- Zostaw.
Tom westchnął. Wyciągnął telefon i wszedł w kontakty. Jedno było pewne – sami na pewno sobie nie poradzą.

Andreas krążył po ulicach, zastanawiając się, jak wielką poczuje ulgę, kiedy wreszcie znajdzie młodych Kaulitzów i jak bardzo ich opierdoli, kiedy będą na tyle trzeźwi, żeby zrozumieć, co ma im do powiedzenia. Całe dziesięć minut próbował wyciągnąć z Toma, gdzie tak naprawdę są, bo hasła typu „No, koło ławki takiej… takie zielonej… Bill, co za debil pomalował ławkę na zielono?”, „Powiedz mu, żeby zadzwonił później, Tom”, „ Gdzieś jesteśmy, ale gdzie to nie wiem”, „Po prawej mamy jakiś park, a po lewej płynie sobie rzeczka. Bill, ty ciemnoto, nie wychylaj się, bo spadniesz!”, przy czym ostatnie zdanie sprawiło, że omal nie dostał zawału. W końcu Tom wydukał mu nazwę ulicy i ruszył na poszukiwania.
Zabiję ich, jak Boga kocham, powtarzał w myślach, rozglądając się uważnie. Koniecznie trzeba ich znaleźć i zawieść do domu, kto wie, co mogą wykombinować w tym stanie?!
- Jak to dobrze, że nie mam dzieci – burknął do siebie zły. Miał ochotę zamordować nie tyle bliźniaków, co Gordona albo Simone. W końcu to oni byli ich rodzicami. Nawet, jeśli Gordon był dla nich tylko ojczymem, wziął na siebie za nich odpowiedzialność, więc dlaczego, do cholery, on ich w ogóle nie pilnuje?! Przecież wcale nie tak ciężko jest zauważyć, że się wymykają! On widział to za każdym razem! Dokładnie wiedział, kiedy ktoś wychodzi z domu i kiedy do niego wraca oraz w jakim jest stanie, a przecież nikogo nie śledził. Skoro dla niego było to takie banalnie proste, dlaczego innym sprawiało taki problem?!
O Simone wolał nawet nie wspominać. Bliżej jej było do kurtyzany niż troskliwej matki. Cholera!
Skręcił gwałtownie z bok, kiedy jakiś kot wskoczył mu na jezdnię i zahamował gwałtownie. Szczęście w nieszczęściu, po drugiej stronie ulicy zauważył Toma i Billa. Faktycznie, siedzieli na zielonej ławce, z jednej strony mieli park, a z drugiej rzeczkę. Jeśli chodzi o opisanie otoczenia, poszło im to świetnie. Westchnął ciężko, zawrócił i podjechał do ławki. Wysiadł z samochodu gotowy zacząć tyradę, ale chłopacy nawet nie zwrócili na niego uwagi. Tom bawił się telefonem, a Bill przysypiał, wtulony w jego ramię.
- Mamy odpowiedzialnego kolegę, Gusa, który na pewno będzie nas pilnował, co? – jęknął, widząc, w jakim stanie są bliźniacy.
Otworzył drzwi z tyłu, po czym podszedł do Toma, wziął go na ręce i niemal wrzucił do środka. Dredziarz coś tam burczał pod nosem, ale Andreas  nawet go nie słuchał. Westchnął i tą samą procedurę powtórzył z Billem. W normalnym wypadku Bill zapewne zacząłby się do niego zwyczajnie pluć, ale teraz tylko otworzył oczy, rozejrzał, a potem zamknął je z powrotem i chyba usnął. Daniels zatrzasnął szybko drzwi, wsiadł za kierownicę i pojechał w stronę domu, mając nadzieję, że nikt tego wszystkiego nie zobaczy.
Na miejscu próbował jakoś dobudzić Czarnego, ale chłopak spał jak zabity. Nie mając innego wyjścia, wziął go na ręce i zaniósł do pokoju. Dwa razy potknął się na schodach, a potem przez przypadek Bill zahaczył głową o futrynę i jęknął przez sen. Andreas zaklął, wchodząc do pokoju Billa i rzucając nastolatka na łóżko. W normalnych warunkach zapewne rozejrzałby się po pokoju, bo zawsze go ciekawiło, jak jest urządzony, ale teraz po prostu wyszedł i zamknął za sobą cicho drzwi, powstrzymując chęć zdrowego trzaśnięcia nimi. Zszedł na dół po Toma. Miał nadzieję, że nie jest cięższy od brata, bo chociaż Bill nie ważył zbyt wiele, z każdym jednym schodkiem Andreas miał wrażenie, że około kilograma mu przybywa.
Wsunął się do samochodu, gotowy wytargać Toma stamtąd chociażby za ubranie i zamarł. Oparł dłonie po obu stronach jego głowy i przyglądał się jego słodkiej twarzy. Dredy rozsypały się na jego ramionach i wokoło głowy, a czapka przekrzywiła śmiesznie, rzucając cień na fragment jego twarzy. Tom odetchnął głęboko i zwilżył usta językiem, nieświadomie podnosząc ciśnienie w żyłach Danielsa.
Mężczyzna czule pogłaskał kciukiem policzek Dredziarza. Żaden dzieciak nie powinien tak silnie działać na faceta w jego wieku. Żaden mężczyzna, mając tyle lat, nie powinien tak po prostu się podniecić na myśl o dotknięciu czy pocałowaniu gówniarza.
Obrysował palcem kontury jego ust. Tom poruszył się i zmienił pozycję, wzdychając cicho. Andreas zagryzł dolną wargę. Tak bardzo chciał go pocałować… W końcu Tom i tak nie będzie tego pamiętał, a on może chociaż trochę sobie ulży. Dawno już nie był z nikim naprawdę blisko. Całe jego ciało wręcz płonęło i chociaż to bliźniacy się spili, on czuł się pijany.
Zdecydował się powstrzymać w tym samym momencie, w którym jego usta dotknęły warg Toma. Nagle zrobiło mu się gorąco i już nie potrafił się opanować. Wpił się w usta chłopaka, rozsuwając mu wargi i wślizgując się do środka. Tom wymamrotał coś cicho i przekręcił się bardziej na wznak, podkulając jedną nogę. Andreas zobaczył, że chłopak ma otwarte oczy, ale jego wzrok był mętny. Nie mogąc się powstrzymać, zaczął go dotykać po torsie, brzuchu, by w konsekwencji zacisnąć rękę na kroczu Dredziarza. Jego język cały czas penetrował usta chłopaka, a w głowie pojawiła się myśl, by zdjąć mu te szerokie spodnie. Wystarczyło tylko odpiąć pasek, a reszta zsunie się sama. Tom i tak nie będzie niczego pamiętał. Jego ręka odruchowo pieściła krocze nastolatka i z radością zauważył, że penis Toma rośnie mu w dłoni.
Usta Toma były cudownie słodkie, mógłby je całować bez końca. Przysunął się jeszcze bliżej. Dredziarz poruszył się niespokojnie i odwrócił głowę w bok, przerywając pocałunek. Zakaszlał cicho. Andreas liznął go po szyi i poczuł, że chłopak zadrżał. Jego ręka już rozpinała mu pasek od spodni, kiedy nagle wrócił mu rozum i zdał sobie sprawę z tego, co robi.
Oderwał się od Toma tak szybko, że kiedy chciał wyjść z samochodu, rozwalił sobie głowę. Zaklął i syknął z bólu, łapiąc się za tył czaszki. Czuł, że jego spodnie zrobiły się zdecydowanie za ciasne i kiedy spojrzał w dół, zobaczył wyraźny wzwód. Wziął głęboki, uspokajający oddech, a potem wziął Toma na ręce i zaniósł go do jego pokoju. Zdjął mu buty i czapki. Jeszcze raz jego drżące ręce przebiegły chaotycznie po ciele chłopaka, dotykając go, a szczególnie genitalia i pośladki. Przerażony swoimi uczuciami, szybko wyszedł z pokoju i poszedł do siebie.
Butelka whisky powinna być w sam raz na ukojenie jego skołatanych nerwów.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Rozdział 5

Przebudził się, słysząc głośne walenie do drzwi. Otworzył oczy, w pierwszej chwili nie wiedząc, co się dzieje. Wszędzie było zupełnie ciemno.
Dłuższą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że jest chory. Nie miał pojęcia, która godzina, bo telefon mu się rozładował już jakiś czas temu i nie chciało mu się go podłączać.
Kolejne walenie w drzwi. Usiadł, kaszląc i wstał. Czuł, że ktokolwiek stoi pod drzwiami, tak łatwo mu nie odpuści.
Kiedy zobaczył się w lusterku na korytarzu, jęknął ze zgrozą. Wyglądał okropnie! Oczy miał napuchnięte i przekrwione, nos czerwony, a włosy rozczochrane i tłuste. Rety, ile czasu ich nie mył? Próbował je jakoś wygładzić dłonią, ale nic z tego nie wyszło. Skrzywił się i ostrożnie zszedł po schodach, czując zawroty głowy. Cokolwiek go dorwało, miało naprawdę okropny wpływ na jego organizm.
Kolejne głośne walenie w drzwi.
- Już! – wycharczał, kaszląc. Pociągnął nosem i znowu zaczął kaszleć. Cholera, co za przeklęty dzień!
Otworzył drzwi, nawet nie sprawdzając, kto przyszedł. Jeśli chcą go zabić, tylko wyświadczą mu przysługę.
- CO TY WY…! – Gość urwał. Andrej spojrzał prosto w zielone, zdumione oczy. – Wyglądasz okropnie!
Usłyszawszy okrzyk Richardsa, model tylko wzruszył ramionami.
- Czego chcesz? – spytał.
- Miałeś się pojawić w poniedziałek w agencji. Nie przyszedłeś. Cecylia do ciebie dzwoniła, ale nie mogła cię złapać.
- Rety, przepraszam. Po prostu… - zakaszlał po raz kolejny, zatykając sobie usta dłonią. – Jestem chory.
- To widzę – mruknął Eric z przekąsem. Odsunął blondyna z przejścia i wprosił się do środka. Andrej zamknął za nim drzwi.
- Byłeś u lekarza? – zapytał, wbijając wzrok w lekko drżące ciało.
- Nie, w takim stanie byłbym zagrożeniem dla społeczeństwa. Nigdzie się nie ruszałem.
- Ubieraj się, ja cię zabiorę.
Andrej westchnął ciężko, patrząc na Erica. Nie do końca łapał, co się wokół niego dzieje. Niby kontaktował, ale jednak nie bardzo.
- No, dalej. Nie mam całego dnia.
Pejic pokręcił jedynie głową i odwrócił się. W następnej chwili już leciał na podłogę, czując potężne zawroty głowy. Szatyn złapał go w pasie i przytrzymał, nie pozwalając mu upaść.
- Um… Sorry – mruknął Andrej.
- Nie rób tak więcej – odparł Eric, najwyraźniej lekko przestraszony tym, co się stało. Chociaż Andrej już się ocknął i był w stanie samemu ustać na nogach, fotograf wciąż go trzymał, jakby bał się, że może mu się stać krzywda, jeśli tylko go puści.
- Chodź, im prędzej obejrzy cię lekarz, tym lepiej.
Pejic pokręcił przecząco głową.
- Co? – zdziwił się szatyn.
- Nie pojadę w takim stanie do lekarza.
- Co? A w jakim niby stanie ludzie jeżdżą do lekarza, co?
- Na pewno nie w takim.
- A co? Może już umierający? Nie martw się, dużo ci nie brakuje.
- Nie, nie rozumiesz. – Andrej zakaszlał i ponownie się zachwiał. Przymknął lekko oczy. Rety, było mu naprawdę słabo. – Jestem… brudny. Nie pojadę do lekarza brudny – wyjaśnił.
- Chcesz się wykąpać, tak?
Model skinął głową.
- W porządku. Gdzie jest łazienka?
- Moja jest na górze…
- Mieszkasz z kimś? – zdziwił się Eric.
- Um… Z mamą.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Pomógł Andrejowi wejść na górę i zaprowadził go do łazienki.
- Dasz sobie radę sam? – zapytał z lekkim powątpiewaniem.
Pejic prychnął.
- No, jasne!
… nie dał sobie rady.
Ściągnięcie koszulki przez głowę było dla niego zbyt wielkim wyczynem. Był naprawdę mocno osłabiony i ciągle kaszlał, przez co bolały go płuca. Miał wrażenie, jakby coś rozrywało mu je na strzępy.
Kiedy stało się jasne, że będzie potrzebował pomocy w kąpieli, Eric się długo nie zastanawiał. Szybko napuścił do wanny cieplutkiej wody, a potem kucnął przy modelu, którego wcześniej posadził na zamkniętym sedesie.
- Podnieś ręce do góry.
Pejic uczynił to bez słowa, a szatyn zdjął mu koszulkę. Podniósł go, a potem bez ceregieli złapał za gumkę od spodenek i pociągnął w dół. Jeśli spodziewał się protestów ze strony „ofiary”, nie dał niczego po sobie poznać. Faktycznie, w momencie, kiedy spodenki wraz z bielizną zsunęły się na uda modela, wydawało się, że jakby się ocknął. Spojrzał na Erica z prawdziwym zdumieniem i oburzeniem.
- Ej!
Bunt trwał zaledwie chwilę. Richards westchnął cicho, po czym objął Andreja w pasie i podprowadził go do wanny. Wiedział, że chłopak nie symuluje własnej choroby. Naprawdę był osłabiony i chociaż nie powinien się kąpać w gorącej wodzie, Eric był pewien, że nie zaszkodzi mu to.
- Czy ty mi zdjąłeś majtki? – spytał Pejic głupkowato.
Szatyn parsknął.
- Mógłbyś współpracować. Złap mnie za szyję.
Andrej odruchowo wykonał polecenie. Po chwili gość jedną ręką objął go mocniej w pasie, a drugą wsadził mu pod kolana i wziął go na ręce, by w następnej chwili delikatnie zanurzyć w gorącej wodzie. Blondyn aż mruknął z przyjemności, a Eric w tym czasie nalał sobie na dłoń trochę mydła i zaczął ręką powoli myć chłopaka. Umyślnie czy nie, zignorował gąbkę, która aż biła po oczach swoim rażącym, czerwonym kolorem.
Szatyn zaczął od rąk, potem zajął się szyją, pachami, klatką, brzuchem, plecami… Andrej czuł ten dotyk na swoim ciele i chociaż było to cholernie krępujące, byłby ze sobą nieszczery, gdyby nie przyznał, że przyjemne. Podobało mu się. Chociaż Eric wyraźnie go nie lubił, zajmował się nim niezwykle troskliwie. Oczy modela otworzyły się szerzej, kiedy dłoń Richardsa zawędrowała na jego pośladki. Andrej miał wrażenie, że jego ręka dotyka go tam trochę dłużej niż wypadało, ale potem doszedł do wniosku, że tylko mu się wydawało.
On chyba nie zamierza mnie…, pomyślał nieskładnie. Zaraz jednak musiał przygryźć wargę, bo Eric owszem, zamierzał. Jego ręka dotknęła delikatnie zbiegu ud blondyna i zaczęła pocierać jego penisa i jądra. Model jęknął cicho zdumiony i puścił fotografa, przez co się trochę podtopił.
- Spokojnie – powiedział cicho fotograf, wciąż trąc ręką jego krocze.
- Weź… Weź rękę.
- Spokoj…
- Zabierz rękę!
Eric posłusznie zabrał dłoń, nie komentując drżącego głosu modela. Zrozumiał, że przesadził.
- Nigdy więcej nie waż się mnie tak dotykać! – syknął Pejic. Zaniósł się kaszlem.
- Chciałem ci tylko pomóc.
- Nigdy więcej, jasne?!
- Przytrzymaj się brzegów wanny – rozkazał Eric.
Andrej, choć naburmuszony i lekko przestraszony, posłusznie wykonał polecenie. Richards wylał mu na głowę sporo szamponu i zaczął energicznie myć mu włosy. Model był stracony! Uwielbiał, kiedy ktoś bawi się jego włosami.
Cholera…
Chociaż to, co zrobił Eric, zaszokowało go, nie miał zamiaru się oszukiwać. Podobał mu się jego dotyk. Jego dłoni były ciepłe, gładkie i delikatne, jakby nie zajmował się swoim „wrogiem”, ale kimś naprawdę bliskim. Andrej już nic z tego nie rozumiał. Facet raz się na niego wścieka i całuje, a raz zajmuje się nim troskliwie. Cholera, ciężko było się w tym połapać.
Gdy już był czysty i pachnący, szybko pomógł mu się ubrać, a potem rozczesał i wysuszył włosy.
- Od razu lepiej – mruknął Andrej, wzdychając cicho. Eric zapakował go do samochodu i zawiózł do pobliskiego szpitala.
- Jak mogłeś się tak załatwić? – spytał fotograf z oburzeniem.
- Wzięło mnie z dnia na dzień.
- Gdzie się podziała twoja matka, co?
- Igor zabrał ją na trochę do siebie. Obiecał jej pokazać kilka rzeczy, była wniebowzięta. Nie chciałem, żeby została tylko ze względu na mnie. Jestem już dużym chłopcem.
Eric prychnął.
- Może, ale na pewno nie odpowiedzialnym.
- No, pewnie. Ty zawsze wiesz lepiej.
- Oczywiście. Doprowadziłeś się do takiego stanu, że pożal się Panie Boże. Powinieneś się cieszyć, że w ogóle żyjesz.
- To mogła być zwykła grypa.
- Zobaczymy.
Lekarz  nie miał dla Andreja litości. Okazało się, że miał zapalenie płuc i ostry bronchit, a niedożywienie tylko jeszcze pogorszyło sprawę. Najpierw obsztorcował go z góry na dół, a potem wręczył kartkę z lekami, które Andrej musiał zażywać przez następne dwa tygodnie.
- Jeszcze jeden taki numer, chłopie, a następnym razem nie będę taki uprzejmy! – zagroził mu lekarz.
Model kiwnął tylko głową i szybko wyszedł z gabinetu, gdzie czekał na niego Richards.
- I co? – spytał Eric.
Andrej wzruszył ramionami i uśmiechnął się niewinnie.
- Nic. Mówiłem, że… - Ktoś głośno chrząknął z tyłu. Richards obejrzał się ze zdziwieniem, Andrej nie musiał tego robić. Dobrze wiedział, że to był ten postrzelony lekarz. – To tylko lekka… - Kolejne chrząknięcie. Pejic chwycił mężczyznę za ramię i pociągnął go w stronę wyjścia. – Lekka choroba. Zapisał mi leki na najbliższe dwa tygodnie.
Fotograf nie odpowiedział. Wyrwał Andrejowi kartkę z ręki i przeczytał ją błyskawicznie.
- Wsiadaj.
Pejic był zbyt słaby, żeby protestować, więc zanosząc się cichym kaszlem, posłusznie wykonał polecenie. Eric w drodze do jego domu zajechał do apteki, gdzie wykupił mu wszystkie leki.
- Ja mogę zapłacić – upierał się Andrej, ale szatyn go nie słuchał.
- Kiedyś mi oddasz… w naturze.
- Ale… CO?! – Model spłonił się jak nastolatek. Dopiero po chwili zorientował się, że Eric najzwyczajniej w świecie robi sobie z niego jaja.
- Po prostu się zamknij, ofermo jedna. Już dość namieszałeś.
Pejic żachnął się, ale nie skomentował tego niesprawiedliwego oświadczenia.
Reszta drogi do domu upłynęła w całkowitej ciszy. Pejic, szczerze powiedziawszy, miał nadzieję, że Eric po prostu go wysadzi i sobie pójdzie, ale mężczyzna nie miał takiego zamiaru. Wprosił się do domu i zaczął rządzić w JEGO kuchni, nawet nie pytając o zgodę. Zrobił sobie kawę i zażądał przyniesienia czarnego flamastra.
Andrej słuchał go tylko dla świętego spokoju.
- Jestem zmęczony – skłamał. – Idę spać. Czuj się jak u siebie.
Czekał na odpowiedź, ale Eric nawet nie drgnął, ciągle wpatrując się w kartkę. Model, gotując się ze złości, obrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni.
Zatrzasnął drzwi w swoim pokoju i położył się spać, mając cichą nadzieję, że kiedy się obudzi, ten wstrętny facet wreszcie się odczepi i sobie pójdzie.
Jakiś czas później, kiedy otworzył oczy, dotarło do niego, że zasnął. Dookoła było ciemno, a rolety były odsłonięte, co oznaczało, że jest noc. Ziewnął szeroko i niemal od razu zakasłał cicho, czując ból w płucach. Przypomniał sobie o lekach, ale nie chciało mu się schodzić po nie na dół.
Nagle drzwi otworzyły się i Andrej jęknął, kiedy ktoś zapalił światło.
- Zgaś to, do cholery! – burknął.
Gość nic nie odpowiedział. Podszedł do łóżka i usiadł na nim, bacznie przyglądając się swojemu pacjentowi.
- Co? – spytał Andrej żałośnie.
- Nic. – Eric podał mu kubek wody. W drugiej ręce trzymał małą reklamówkę, której zawartość wysypał na pościel.
- Rozpisałem ci wszystko na opakowaniach, żebyś się nie pomylił.
- NIE JESTEM DZIECKIEM!
Gdyby nie choroba, wykrzyczałby mu to prosto w twarz. W jego obecnym stanie brzmiało to trochę żałośnie.
- Oczywiście, jedynie sierota z ciebie taka, że nawet u mnie włączają się instynkty opiekuńcze – odpowiedział. – Rozpisałem ci wszystko, żeby było ci łatwiej. Powinieneś podziękować.
- Dziękuję – odparł blondyn automatycznie.
Eric kiwnął głową z aprobatą.
- Napisałem ci godziny i częstotliwość zażywania tych leków. Liczę na to, że zastosujesz się do nich. Nie zapominaj, że jesteś potrzebny w agencji. Kilka osób już o ciebie pytało i byli bardzo niezadowoleni, że tak po prostu urwałeś się z pracy.
Andrej zmrużył oczy.
- Trzeba było mnie zastąpić tymi modelami, którzy są prawdziwymi mężczyznami! – syknął jadowicie.
Richards uniósł brew.
- Och, myślę, że w tej kwestii już się dogadaliśmy.
Blondyn zamrugał ze zdumienia.
- He? To znaczy?
Eric przechylił głowę.
- Widziałeś dzisiaj twój sprzęt. Jak na takie chuchro, nienajgorszy. Chociaż nie rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo chwalą twoją urodę, osobiście przyznam, że mnie zaskoczyłeś. Wpisałem ci do komórki mój numer. W razie kłopotów, dzwoń.
Andrej nie był wstydliwy. Często wystawiał praktycznie każdy skrawek ciała na widok publiczny, malował się i był obiektem fascynacji wielu ludzi, ale, na Boga!, Eric zwyczajnie przeginał! Przeginał do tego stopnia, że przez niego Andrej Pejic zaczerwienił się jak przedszkolak przyłapany na podglądaniu starszych od siebie dziewczynek w szatni przed w-f’em.
Zanim zdążył w jakikolwiek sposób wyrazić swoje oburzenie, Eric wstał i pożegnał się z nim lakonicznie. Nie dostrzegł szeroko rozwartych ust modela, a jego zaczerwienione policzki zapewne wziął za oznakę choroby.
Andrej miał ochotę go zabić.



piątek, 3 sierpnia 2012

21.Rodzinny dom

- Ten kawałek był dobry, czemu go zmieniłeś? – spytał Tom z wyrzutem.
- Bo jest głupi – powiedział Bill.
- Zamknij się! – warknął Geo, po czym spojrzał na Toma. – Nie podobał mi się. Coś mi tam nie pasowało.
- Geo, do cholery! Było już naprawdę dobrze.
- On PO PROSTU jest głupi – wtrącił znowu Bill.
- Grr…
- A może zamiast się kłócić, spróbujemy znowu to jakoś przerobić, żeby miało ręce i nogi? – zapytał Gus, drapiąc się po głowie. Tom już nieraz się zastanawiał, jak on psychicznie wytrzymuje te ich spotkania.
- Mam już dość przerabiania wszystkiego – marudził Bill. – Ciągle coś tylko poprawiamy. Miałem śpiewać, a nie słuchać jak narzekacie!
Trzy pary oczu spojrzały na niego ze złością.
- Ale to ty najwięcej narzekasz! – wykrzyknął Geo oburzony.
- Tak sobie mów – Bill pomachał na niego ręką, jakby był natrętną muchą. – To ty znowu coś zmieniłeś.
- Bo mi się nie podobało!
- Mogłeś to najpierw ustalić z resztą – mruknął Tom.
Bill prychnął.
- Mówiłem, że on po prostu jest głupi!
- Bill…
- ZAMKNIJ SIĘ! – Geo doskoczył  do Czarnego, złapał go za koszulkę i szarpnął w swoją stronę. – Zamknij się wreszcie, cholerny sukinsynu, bo ci zwyczajnie przypierdolę!
Tom patrzył na to z lekkim przerażeniem. Nie wiedział jak Bill zareaguje na ten nagły atak, ale był pewny, że jego brat nadal nie ufa dotykowi obcych ludzi. To, że pozwalał mu się przytulać i całować nie oznaczało, że inni też mają do tego prawo.
- Puść – poprosił cicho Czarny.
- Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz.
- Geo, puść go – powiedział Gus.
- Ani mi się śni. Mam dość jego narzekania, wyzywania mnie, czepiania się i dyrygowania nami, jakbyśmy byli jego podwładnymi. To on dołączył tutaj ostatni i ma najmniej do powiedzenia, więc niech wreszcie się zamknie i przestanie przeszkadzać!
- Dobra, ale serio, puść go – rzekł Dredziarz i odsunął Georga od swojego bliźniaka. Bill wyglądał całkiem spokojnie, ale Tom nie dał się nabrać. Dostrzegł w jego spojrzeniu ten głupi strach, który spowodował, że przez cały monolog długowłosego nawet nie drgnął.
Położył mu rękę na ramieniu i zacisnął ją tam uspokajająco.
- Moglibyście sobie wreszcie darować, co? Jeśli dalej będziecie się tak zachowywać, odpadam – zagroził Gus. – Gram na perkusji, bo lubię. Nie będę wiecznie znosił waszych kłótni. Albo zachowujecie się poważnie, albo koniec naszego zespołu.
W garażu zapadła nieprzyjemna cisza. Bill patrzył się gdzieś na swoje spodnie, Tom na Billa, Geo na ścianę, a Gus lustrował wzrokiem kolegów, czekając na jakieś zapewnienia, że zaczną nad sobą panować.
- Powinniśmy mieć przywódcę – mruknął Gus – ale to nie wypali przy waszych charakterkach. Albo ustalamy to wszystko razem, albo już nie wiem.
- Geo, mógłbyś wrócić do poprzednich nut w „Schrei”? – zapytał Tom.
Chłopak westchnął, ale kiwnął głową na znak zgody.
- W porządku. Przećwiczmy to, dobra?
Tom wyciągnął telefon i włączył opcję nagrywania, chcąc spełnić swoją obietnicę sprzed kilku dni – zamierzał wysłać Elli jedną z piosenek. Ustawili się i zaczęli grać. Kiedy Bill wreszcie zaczął śpiewać, Dredziarz czuł, że coś jest nie tak. Niby wszystko było w porządku, ale to nie był ten sam Bill co wcześniej. Tym razem śpiewał jakoś… inaczej. Jakby bez życia. Tom nie wiedział, skąd to głupie odczucie, po prostu miał wrażenie, że coś jest nie tak.
Obym się mylił, pomyślał.
Gdy po dłuższym czasie bliźniacy mieli już zbierać się do domu, Gus zatrzymał ich na chwilę.
- Co powiecie na mały integracyjny wypad do klubu? – zapytał.
- Mały?
- Integracyjny? – Bill uniósł brwi.
- No, może jak trochę sobie dziabniecie, zaczniecie wreszcie gadać jak ludzie.
- Ja chętnie, a ty, Bill?
Czarny westchnął.
- Dobra, ale nie zamierzam być miły.
Geo, słysząc to, prychnął.
- Ok, przyjadę po was o dwudziestej. Dalej macie ten głupi szlaban?
- Czekaj przy drodze, poradzimy sobie z wyjściem – rzucił Bill, a potem wyszedł.
Geo wyciągnął rękę i pokazał mu fuck’a, a potem jeszcze język.
- Wstrętny bachor! Co on sobie, kurwa, wyobraża?! – syczał Geo i aż poczerwieniał ze złości. – Tom, nawet nie próbuj mi wpierać, że można się z nim dogadać. Kłócimy się, odkąd on tu się pojawił. Jak go wyjebiemy, wszystko wróci do normy.
- Geo, może nie zauważyłeś, ale to on ułożył wszystkie teksty, które teraz mamy. Jeśli odejdzie, znowu zostaniemy z niczym. Po prostu spróbuj się z nim zaprzyjaźnić, przecież jak wyjechaliśmy na weekend, bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wszyscy.
Szatyn prychnął, zwijając kable.
- Mam to w dupie. Denerwuje mnie i nie będę go tolerował. Mam tego dość. Ten wypad to jego ostatnia szansa. Jeśli nie zacznie się zachowywać jak człowiek, nie będę z wami grał. Albo on, albo ja. Już możecie się zastanawiać.
Tom patrzył na przyjaciół ze smutkiem. Aż nie chciało mu się wierzyć, że na początku obaj tak bardzo chcieli, żeby Bill dołączył do zespołu. Ciągle go denerwowali i pytali, czy już go przekonał, a teraz byli do niego negatywnie nastawieni. Tom wiedział, że mają trochę racji, ale Bill też miał swoje powody, żeby zachowywać się akurat w taki sposób. Nawet Gus, który ciągle na nich warczał, że mają się wreszcie dogadać, też patrzył na Billa krzywo.
Dredziarz pokręcił głową ze smutkiem.
- Cześć – rzucił i wyszedł.
Bill siedział już w limuzynie i palił papierosa. Jego ręce lekko się trzęsły i wyglądał na zdenerwowanego.
- W porządku?
Cisza.
- Bill… Wszystko ok?
- Nie chcę teraz z tobą gadać, daj mi spokój!
- Nie przejmuj się, wszystko…
- ZAMKNIJ SIĘ! Kurwa, czego nie rozumiesz w słowach „Nie chcę teraz z tobą gadać”? Po prostu mnie zostaw!
W głosie Czarnego pobrzmiewały jakieś histeryczne nuty. Tom umilkł i położył uszy po sobie. Chyba naprawdę powinien dać mu czas, żeby odsapnął. Bill wyglądał na wyprowadzonego z równowagi. Dredziarz chciał mu spojrzeć w oczy, ale Bill celowo odwrócił twarz w stronę okna i ułożył włosy tak, że zasłaniały mu całą twarz.
Przez całą drogę milczeli. Tom przez chwilę bawił się telefonem, wysyłając swoje nagranie do Elli, a potem siedział, zastanawiając się, co ma z tym wszystkim zrobić. Gdy tylko zajechali na miejsce, Bill zerwał się ze swojego miejsca i nim Tom zdążył się chociażby odezwać, Czarny już zniknął we wnętrzu domu.
- Kurwa jego mać! – wrzasnął Dredziarz, kopiąc w drzwi limuzyny i zamykając je z trzaskiem. Carlos spojrzał na niego ze zdumieniem, ale Tom zignorował go i poszedł do domu.
Bill zamknął się na klucz i przetarł załzawione oczy. Rzucił się na łóżko i zawył jak zranione zwierzę. Cały aż się trząsł od targających nim emocji.
To bez sensu, pomyślał. Oni nigdy mnie nie polubią. Nigdy mnie nie zaakceptują. Po co w ogóle mam brać w tym udział, skoro nie jestem mile widziany? Oddam im te teksty, które opracowaliśmy wspólnie i po prostu powiem, że mają sobie szukać kogoś innego.
Czuł się okropnie. Zdążył już polubić śpiewanie z tymi chłopakami. Fakt, wciąż miał jakieś spięcia z Geo i lubił trochę namieszać, ale ogółem mu się podobało. Zaczynał powoli wierzyć, że ma szansę stać się kimś innym niż jest teraz, że może jakoś przełamać swoje wewnętrzne opory i wyjść do ludzi. Że może zaufać komuś innemu poza bliźniaczym bratem i jakoś zapomnieć o tym, co mu się przytrafiło, a jeśli nie zapomnieć, to chociaż zepchnąć to na samo dno podświadomości.
Po jego policzkach pociekły zdradzieckie łzy, ale nawet ich nie ocierał, bo to i tak było bez sensu. Dawno już nie płakał, więc chyba przyszła pora, żeby się porządnie wyryczeć, a potem wstać, ubrać się, pomalować, wyjść do klubu i oznajmić, że odchodzi.
Tak zrobi. Chociaż serce krajało mu się na samą myśl o powrocie do dawnych zwyczajów i ograniczenie takiego kontaktu z Tomem, nie miał innego wyjścia. Koniec z jego śpiewaniem. Gdyby mógł zostać w zespole… To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.
Postanowione.
Tom, gdy tylko wszedł po schodach na górę, wziął do ręki jakiś wazon, który nawinął mu się pod rękę i z głośnym okrzykiem cisnął nim przez cały korytarz. Jego oczy otworzyły się szeroko, kiedy akurat zza zakrętu wyszedł Andreas. Mężczyzna dosłownie w ostatniej chwili zdołał się schylić, a wazon świsnął mu tuż nad głową i rozbił się o ścianę, rozpryskując na mnóstwo drobnych odłamków.
Dredziarz stał nieruchomo i czekał, aż Andreas jakoś zareaguje na to, co się stało.
- T- tom… - zaczął niepewnie, podchodząc do niego ostrożnie. – Wszystko w porządku?
Chłopak kiwnął głową i wziął głęboki, uspokajający oddech.
- Przepraszam – burknął. – Ja… nie spodziewałem się, że akurat wyjdziesz.
- Coś nie tak?
Tom tylko kiwnął głową ze zrezygnowaniem.
- Chciałbyś o tym porozmawiać?
Zawahał się. Bardzo by chciał, ale Bill tyle razy go ostrzegał. Czy na pewno może mu ufać?
Spojrzał Andreasowi w oczy. Mężczyzna naprawdę nie wyglądał jakby udawał. Jego oczy patrzyły na niego z prawdziwą troską. Bill przyznał, że Andreas coś mu zrobił i nie życzyłby tego żadnemu wrogowi. Tom miał pewne podejrzenia, co to by mogło być, ale wydawało mu się to zbyt absurdalne. Daniels zachowywał się podobnie jak Gordon – taki dobroduszny wujaszek z jajami, który nie boi się ich opieprzyć, gdy nie podoba mu się coś  w ich zachowaniu. Nie wyglądał na agresywnego ani zdolnego do skrzywdzenia kogokolwiek. Poza tym, Tom czuł się dobrze w jego towarzystwie. Kiedy spotykał kogoś „złego”, od razu czuł w stosunku do kogoś takiego antypatię. Tym razem było wręcz odwrotnie. Otoczenie słało mu sprzeczne sygnały i sam już nie wiedział, co o tym myśleć.
Westchnął i kiwnął potakująco głową. Ruszył korytarzem i wszedł pierwszy do pokoju mężczyzny, a potem wgramolił się na łóżko, chwycił za jedną z poduszek i wtulił się w nią.
- Tom, buty.
Dredziarz westchnął i zdjął szerokie adidasy.
- Dziękuję – powiedział Andreas. Sam też zdjął buty i usiadł obok nastolatka. Spojrzał na niego wyczekująco.
Tom jęknął cicho, spuścił głowę i opowiedział wszystko. O tym, jak się umówili z Billem – że on będzie brał udział w jego sesjach, a Bill dołączy do zespołu jako wokalista (o pocałunku nie wspomniał). O tym, że Bill nie potrafił się dogadać z jego kolegami, a z Geo ciągle prowadził wojny. Przytoczył kilka wyzwisk, a na końcu streścił ich ostatnie spotkanie.
- Nasz zespół się rozpada – mruknął z smutkiem. – Nie mam pojęcia, co robić. Jak tak dalej pójdzie, zespół się rozpadnie.
- Problem nie tkwi w Billu, tylko w waszym podejściu. Musicie iść na ustępstwa. Bill musi przestać narzekać i pozwolić wam robić to, co chcecie, a twoi przyjaciele muszą zaakceptować to, że Bill czasami ma niewyparzony język i nauczyć się puszczać jego odzywki koło uszu.
- To nie przejdzie. Już próbowaliśmy, nic z tego.
- Dopóki wszyscy nie będziecie chcieli stworzyć zespołu, to po was. Nie myślałeś o tym, żeby zostawić tych kolegów i zacząć grać tylko z Billem?
- Bill na początku nie chciał śpiewać w zespole, ale mam wrażenie, że jeśli teraz każą mu odejść, będzie mu przykro.
- Nic na to nie poradzisz. Sam nie jesteś w stanie nic zrobić, możesz tylko porozmawiać z przyjaciółmi.
- Czasami nienawidzę swojego życia.
Tom ułożył się na wznak na łóżku i podkulił nogi.
- Każdy czasami nienawidzi swojego życia – odparł Andreas.
- Serio? Nawet ty?
- Tak, nawet ja.
- To trochę dziwne. Przecież masz wszystko, czego możesz zapragnąć. Jesteś bogaty, przystojny, świat leży u twoich stóp. Możesz być zmęczony pracą, ale przecież nie aż tak, żeby nienawidzić swojego życia.
- Ach, a ty możesz?
Tom prychnął.
- Ja jestem nastolatkiem, a poza tym, musisz przyznać, że ostatnio moje życie nieźle się posrało. Tak czy siak, nastoletnie problemy zawsze są WAŻNE. Zawsze, nie wolno ich ignorować. Ale ty jesteś dorosły, powinieneś już opracować jakiś patent, jak nie nienawidzić swojego życia.
- To nie takie proste. Każdy popełnia błędy, a ja… Zrobiłem kiedyś coś, czego bardzo się wstydzę i czego bardzo żałuję.
- Nie powiesz mi, co to, prawda? – spytał Tom z zawodem.
- Sądzę, że to nie jest temat, o którym mógłbym rozmawiać z nastolatkiem, Tom. Zresztą, są pewne rzeczy, z którymi człowiek musi zmierzyć się sam. Ja też z tym walczę samotnie.
- Chyba słabo ci idzie, skoro nadal twierdzisz, że nienawidzisz swojego życia.
Andreas zaśmiał się.
- Jeju, Tom, w twoich ustach wszystko jest takie proste. Są pewne rzeczy, których nie można naprawić. To, co zrobiłem, to chyba jedna z tych rzeczy.
- Ok, rozumiem. Ma to jakiś związek z Billem?
Daniels zrobił zdziwioną minę.
- Dlaczego tak myślisz?
- Wysyłacie mi sprzeczne sygnały – burknął Dredziarz. – On ciągle twierdzi, że mam się od ciebie trzymać z daleka. Zresztą, nie ukrywa tego, że ciebie nie lubi. A ty z kolei zachowujesz się jak Gordon!
- To dobrze czy źle?
- No, nie wiem! Wierzę Billowi, więc źle. Powinieneś by wstrętny i zachowywać się okropnie, żebym mógł cię nie lubić.
Andreas parsknął śmiechem i poczochrał mu dredy.
- Jesteś naprawdę uroczy.
Tom naburmuszył się.
- Nie, nie chcę być uroczy.
- Nie? A niby jaki?
Chłopak zaczął wyliczać na palcach.
- Męski, seksowny, przystojny…
- Och, już przestań. Wszystko przed tobą.
Tom uśmiechnął się lekko i odwrócił przodem do Danielsa.
- Ciągle tak mówisz. Wszystko przed tobą. Mogłoby już być przy mnie.
- Tia… Chcesz mi powiedzieć, że dziewczyny cię nie podrywają?
Nastolatek zastanowił się przez chwilę.
- A bo ja wiem. Taka jedna, Tina, chciała się ze mną umówić. Obiecałem jej, że się jakoś zgadamy, ale na razie nie mam ochoty.
- Ładna?
- Mhm.
- I nie masz ochoty się z nią umówić?
- Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do dziewczyn. Znaczy, wiesz, fajnie się na nie patrzy i w ogóle, ale zawsze się nudziłem w ich towarzystwie, dlatego unikam zbyt częstych spotkać. Żeby nie dostać na łeb, wiesz.
- Zawsze mi się wydawało, że dzieciaki – widząc morderczy wzrok Toma, poprawił się – nastolatki w twoim wieku chcą się umawiać z dziewczynami i myślą tylko o seksie.
Jeśli Andreas sądził, że uda mu się zawstydzić Toma, mylił się. Dredziarz uśmiechnął się do niego.
- Wiesz, to, że nie chcę się z nimi umawiać nie oznacza, że nie myślę. Ani że tego już nie robiłem.
- A robiłeś?
Andreas wyglądał na rozbawionego, najwyraźniej nie wierząc w jego słowa.
- Oczywiście. W obie strony, jeśli już musisz wiedzieć.
Tom powiedział to specjalnie. Nigdy nie wstydził się tego, że robił to z chłopakiem. Był bardzo ciekawy reakcji Andreasa.
- W obie strony? – zapytał Daniels. – Jak w obie?
- No, jako aktywny i pasywny.
Mężczyzna otworzył szeroko oczy ze zdumienia, patrząc na Toma.
- Robiłeś to z… chłopcem? Jesteś gejem?
- Gej to za dużo powiedziane. Nazwałbym to raczej Bi. Wiesz, większy wybór.
- Ty wstrętny łobuzie! Ja ci dam większy wybór!
- No, co? Każdy radzi sobie jak może.
- Zabezpieczałeś się, prawda?
- Nie, po co? Znam tego chłopaka od dziecka. Jest zdrowy jak koń.
- Tom! – jęknął mężczyzna.
Dredziarz wzruszył ramionami.
- Mógłbym się tutaj przespać? Nie chcę na razie się spotkać z Billem. Nawrzeszczał na mnie.
- W porządku. Śpij.
- Obudzisz mnie przed siódmą?
- Ok, nie ma sprawy.
Tom zamknął oczy i wtulił się bardziej w poduszkę. Wiedział, że zostawanie w tym pokoju to czysta prowokacja. Nie tyle konfrontacji z Billem, co tego „zła”, które Bill utożsamiał z Danielsem. Nawet jeśli Andreas jest niebezpieczny, Tom nie uwierzy w to do końca, dopóki nie dostanie porządnego dowodu.
Gdy się raz przebudził, zorientował się, że leży wtulony w pierś Andreasa. Mężczyzna głaskał go na przemian po plecach i włosach, w drugiej ręce trzymając jakieś kserówki i czytając je. Tom uśmiechnął się lekko i wtulił mocniej w ciepłe ciało. Trochę się zdziwił, kiedy ręka Danielsa wsunęła się pod jego koszulkę i dotknęła jego nagich pleców, ale był to miły dotyk i nie zareagował.
Zamknął oczy i ponownie odpłynął do krainy Morfeusza, przygotowując się do konfrontacji, która miała nadejść wieczorem.

środa, 1 sierpnia 2012

Rozdział 4

Kolejny tydzień minął spokojnie i wręcz nudno. Andrej nie wychodził na żadne imprezy i nie musiał stawiać się w agencji. Jakiś magazyn chciał zrobić mu zdjęcia w plenerze gdzieś w Afryce, ale agencja się nie zgodziła – magazyn płacił mało i nie zapewniał dobrych warunków podczas pobytu. Chadwick bardzo dbało o pracujących u nich modeli i nie mieli zamiaru ryzykować ich utratą.
W piątek przyleciał Igor, starszy brat modela. Chociaż widywali się raczej rzadko, byli ze sobą naprawdę blisko. Igor, ku zdumieniu Andreja, również nie miał najmniejszych oporów przed założeniem spódniczki albo sukienki, a malowanie się traktował jak dobrą zabawę. Nie robił tego na co dzień, ale kiedy przyjeżdżał do młodszego brata, zawsze się wygłupiali. Już nie raz poprzebierali się w kiecki w jego pokoju i porobili sobie zdjęcia. Ich matka tylko kręciła głową i nawet nie próbowała tego komentować – wiedziała, że nie ma sensu, bo dzieci tylko ją wyśmieją. Zresztą, Andrej bardzo szybko ją przyzwyczaił do tego, jak się ubiera w pracy i chociaż czasami uważała jego fotki za zbyt… intymne, nie wtrącała się. Andrej był dorosły.
- Ej, młody, tu nic nie ma – burknął Igor, zaglądając do lodówki. To była pierwsza czynność jaką robił zawsze zaraz po przyjeździe, nawet przed przywitaniem matki. Kobieta uważała to za prawdziwy skandal. – Idziemy do sklepu!
Kobieta chrząknęła znacząco, splatając ręce na piersi. Igor odwrócił się i uśmiechnął głupkowato
- Cześć, mamo. Nie zauważyłem cię.
- Jasne – mruknęła, przytulając syna. – Jak zwykle widzisz tylko lodówkę.
- Och, przestań. Nie mogę uwierzyć, że nadal odżywiacie się tym zielskiem.
- Ale to nawet nie jest zielone – mruknął Andrej, wyciągając z lodówki marchewkę. Wgryzł się w nią z prawdziwą przyjemnością.
- Ciota. Naucz się wreszcie jeść. Idziemy na zakupy.
- Ale…
- Idziemy!
Blondyn zaśmiał się, ale nie protestował. Igor zabrał mu kluczyki i odłożył na miejsce
- Idziemy na pieszo, wstrętny mieszczuchu.
Andrej tylko westchnął.
- Sorry, młody, ale przyleciałem tylko na dwa dni i chcę dożyć do tego czasu – stwierdził Igor, widząc minę brata.
- Dobrze jeżdżę! – odparł urażony model.
- Jaaasne… A ja jestem baletnicą. Prowadzisz okropnie, nie wiem, kto dał ci prawko. Jakiś samobójca chyba, skoro cię nie oblał na teście!
Andrej pokazał bratu język i odwrócił głowę od niego w iście teatralnym geście, udając obrażonego. Długo Andrej nie udawał, bo zaraz Igor wypchnął go bezceremonialne z kuchni, goniąc do zakładania butów. Model westchnął, ale posłusznie przestał boczyć się na brata.
Przez całą drogę do pobliskiego marketu rozmawiali ze sobą z ożywieniem, próbując zapełnić luki, kiedy nie byli razem, a trzeba było przyznać, że widywali się dość rzadko. Naprawdę było o czym rozmawiać. Andrej wiedział, że plotkują jak przekupki na targu, ale nie mógł się powstrzymać.
 W markecie Igor zdecydował się na duży wózek, co sprawiło, że długie włosy Andreja omal nie stanęły dęba. Już wiedział, że zanosi się na poważne zakupy i szczerze wątpił, że wrócą do domu przed dobranocką.
- Ej, ja chcę muszelki! – burzył się model, kiedy Igor wybrał kuleczki czekoladowe, zamiast muszelek.
- Jestem gościem i wybieram.
- Ej, no!
- Nie ejaj mi tutaj. Ja wybieram i koniec, gówniarzu.
- Wszystko powiem mamie, zobaczysz.
Igor zaśmiał się cwaniacko.
- Och, przypominam ci, że ona leci razem ze mną i wie, że jeśli zalezie mi za skórę, nie zabiorę jej do parku z tymi wstrętnymi chwastami…
- Igor! – jęknął model.
- Ani słowa, gówniarzu. Słuchałbyś się starszych.
Andrej prychnął i kiedy tylko Igor się odwrócił, dorzucił ukradkiem do wózka pudełko muszelek czekoladowych. Niech sobie Igor mówi co chce, ale jeśli już chce napychać go takim gównem, żadnych kuleczek! Tylko muszelki.
- Masło ciasteczkowe, masło ciasteczkowe… Hm… Macie tutaj coś takiego jak masło ciasteczkowe?
- Oczywiście! – mruknął blondyn z ironią. – Masło ciasteczkowe i dwadzieścia rodzajów papieru do d…
- Nie chrzań.
Model znowu się naburmuszył, ale tym razem powstrzymał się od komentarza. W pewnym momencie Igor parsknął śmiechem i odwrócił się do brata, uśmiechając się szeroko.
- Co? – burknął Andrej.
- Och, po prostu jest jak za starych, dobrych czasów… Ty i ja…
- Aż dziw, że tyle wytrzymałem! – warknął model, przewracając oczami. Igor może i był jego bratem, ale czasami doprowadzał go do szewskiej pasji.
Prychnął i zostawił wózek. Niech sobie dupek radzi sam, a co!
Ledwo wyszedł spomiędzy półek i chciał skręcić w prawo, kiedy wpadł nagle na kogoś.
- Au!
- Przepraszam.
Cholera!
Podniósł gwałtownie głowę i niemal jęknął, widząc przed sobą Erica Richardsa. Bosz, czemu akurat on?!
- Nic się nie stało – Andrej uśmiechnął się niepewnie.
- Ciamajda. Uważaj trochę. – Igor podszedł do niego i potarmosił mu włosy, robiąc mu na głowie tak zwany artystyczny nieład.
- Zostaw, Brutusie!
- Pff! Przeproś pana i idziemy.
Andrej miał ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego brat z taką przyjemnością go zawstydzał przed innymi ludźmi?
Był przekonany, że Eric skrytykuje jego brata albo jego samego, ale on się nie odezwał, a w jego oczach pojawiły się lodowate błyski, które Andrej już, niestety, znał.
- Co ty tutaj robisz? – spytał model. Melbourne było ogromnym miastem i prawdopodobieństwo, że spotka fotografa akurat w tym supermarkecie, było bliskie zeru.
- Zakupy. Nie widać? – W głosie Erica znowu była ironia, która doprowadzała go do szału.
- Ale… czemu tutaj?
Szatyn wywrócił oczami.
- Mieszkam w pobliżu.
- Serio?
- MAM!
Andrej odwrócił się i zobaczył uśmiechniętego brata, z masłem ciasteczkowym w ręce. Westchnął ciężko.
- Znacie się? – zapytał Igor, widząc, że jego brat nadal rozmawia z nieznajomym mężczyzną.
- To Eric Richards, nowy fotograf w Chadwick.
Igor uśmiechnął się.
- Twój kumpel? Spoko. Ja jestem Igor.
Eric niechętnie podał chłopakowi rękę. Widać było, że obaj bracia działają mu na nerwy, na szczęście Igor w ogóle nie zareagował na jego przeszywające spojrzenie.
- Dobra, chodźmy, młody, bo mama nas wybije jak kaczki, jeśli szybko nie wrócimy. Obiecałem jej, że zajmie nam to tylko chwilę.
- Cecylia jeszcze do ciebie nie dzwoniła, ale w poniedziałek masz sesję do kolejnego magazynu. Chcą kilka świeżych fotek, z których coś będą mogli wybrać. Przyjdź na szesnastą i ostrzegam, że jeśli się spóźnisz, inaczej sobie porozmawiamy. Jasne?
- Ok. To… do zobaczenia – mruknął niepewnie Andrej w stronę Erica. Czuł się nieswojo, ponieważ mężczyzna cały czas taksował go wzrokiem, ani na chwilę nie odwracając oczu na przykład do Igora. Gapił się na niego jak na ciekawy okaz pod mikroskopem i nie było to przyjemne dla Andreja. Zdecydowanie zbyt wiele ludzi lubiło się na niego gapić, ale nikt nie patrzył tak, jak on.
Szatyn odwarknął coś w odpowiedzi i odszedł, sztywno wyprostowany.
- Dziwny typ – mruknął Igor, wkładając do wózka jeszcze kilka rzeczy. – Chyba mnie nie polubił.
- Mnie też niezbyt.
- Był dla ciebie niemiły?
Model nie chciał mówić bratu o problemach w pracy. Dobrze wiedział, że Igor ma wystarczająco własnych zmartwień, żeby przejmować się również nim.
- Nie, to nie to. Po prostu widać, że mnie nie lubi.
- Serio? Wyglądał trochę inaczej.
- Inaczej?
- Nom. Patrzył na ciebie tak… dziwnie. Jakby… sam nie wiem. Bynajmniej nie wyglądało na to, żeby cię nie lubił, tylko… Eh. Może mi się wydawało. O, patrz! Serki waniliowe! Uwielbiam serki waniliowe.
Zakupy były całkiem przyjemne, zwłaszcza kiedy Igor nie starał się zawstydzić go przed innymi ludźmi. Na szczęście obaj akceptowali się w zupełności i mogli ze sobą rozmawiać naprawdę na każdy temat. Igor był chyba jedyną osobą poza Marco, który nie próbował mu wmówić, że naprawdę jest gejem. Na początku jego pracy w modelingu nawet jego matka dociekała, czy na pewno preferuje odmiennej płeć.
- Szkoda, że nie przyjechałeś na dłużej – mruknął Andrej, kiedy już wyszli ze sklepu obładowani siatkami z zakupami.
- Muszę wracać do pracy. Nie powodzi nam się tak dobrze, jak wam.
- Mogę ci pożyczyć forsę, jeśli chcesz. Wiesz, że nie przywiązuję wagi do swoich zarobków.
- Nie, Andrej. To mój problem i sam go jakoś rozwiążę. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dam sobie radę.
- Ale przecież wiesz, że…. – urwał, kiedy nagle coś kapnęło mu na nos. Zmarszczył go. – Tylko mi nie mówi, że… Cholera!
W ciągu kilku sekund z nieba lunął potężny deszcz, na jaki w ogóle się nie zapowiadało. Nie mając innego wyjścia, jak tylko się gdzieś schować, dobiegli do jakiegoś zadaszenia i ukryli się tam, wzdychają z ulgą.
Igor śmiał się, widząc brata zmokłego jak kura.
- Nie nabijaj się! Sam też jesteś mokry! – warczał Andrej.
- Tak, ale to nie moje zdjęcia są na pierwszych stronach różnych magazynów. Gdyby ktoś cię teraz zobaczył…
Model prychnął oburzony i nic nie powiedział na tak jawną zniewagę. Już się przyzwyczaił do tego, że brat zawsze znajdzie sposobność, aby sobie z niego pożartować. Jeszcze mu się za to odpłaci, a co? Na razie jeszcze tylko nie wiedział, jak.
Deszcz lał przed cały kwadrans, a na dworze było bardzo zimno. Kiedy wreszcie dotarli do domu, Andrej trząsł się jak osika i miał fioletowe usta. Matka i Igor poważnie się tym zaniepokoili, ale blondyn tylko machnął na to ręką i szybko wziął gorący prysznic. Od razu poczuł się lepiej.
Igor i matka siedzieli w kuchni i rozmawiali ze sobą.
- Andrej, kochanie, usiądź sobie. Robiliśmy ci gorącą herbatę.
- Dzięki.
Usiadł przy małym stoliku. Chociaż odkąd zaczął pracować jako model miał naprawdę sporo pieniędzy, on i matka nadal mieszkali w małym domku, który zajmowali od początku w Melbourne. Fakt, wydali mnóstwo pieniędzy na różne sprzęty mające im ułatwić i umilić życie, ale pomieszczenia wciąż były małe. W samym pokoju Andreja już dawno zabrakło miejsca na wszystkie książki, które kupował wręcz obsesyjnie za każdym razem, kiedy gdzieś wyjechał. Jego matka wiedziała, że jeśli jej najmłodszy syn gdzieś jedzie, musi zrobić miejsce na jakiejś półce na jego nowy nabytek. Mimo braku miejsca żadne z nich nie chciało się nigdzie przeprowadzać. W tym małym domku było im naprawdę dobrze i nie chcieli szukać sobie nowego lokum, nawet jeśli byłoby wygodniejsze.
Przegadali kilka godzin, a potem bracia poszli do pokoju Andreja i tam spędzili resztę wieczoru, wygłupiając się. Andrej pomalował swojemu bratu twarz i kazał mu założyć jakąś czarną sukienkę, co Igor bez słowa sprzeciwu uczynił. Wyglądał naprawdę pedalsko, ale nie miał nic przeciwko uwiecznieniu się na zdjęciu.
- Idę spać – mruknął Igor około północy, ziewając głośno i przeciągając się. Krótka sukienka podwinęła mu się i ukazała kawałek penisa, ale on w ogóle nie martwił się tym, że jego brat może coś zobaczyć. Obciągnął sobie kieckę na tyłku i wyszedł, uśmiechając się nieprzytomnie. Wciąż miał na sobie makijaż.
Andrej tylko pokręcił niepewnie głową i położył się na łóżko. Zasnął w mgnieniu oka.
Następnego dnia jasne było, że się przeziębił. Nos miał czerwony, a oczy opuchnięte, ale wypił jakieś syropy, połknął witaminy i starał się jak najlepiej spędzić dzień w bratem. Wieczorem Igor i matka mieli już wylatywać i miał zostać w domu sam przez cały tydzień. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, chciał, żeby matka też mogła gdzieś pojechać i coś zobaczyć. Cieszył się, że nareszcie ma taką okazję, ponieważ nie chciała korzystać z jego pieniędzy, a nie na każdy pokaz, w którym brał udział, mógł ją zabrać. Dobrze, że Igor od czasu do czasu używał mózgu i wpadł mu do głowy pomysł zaproszenia jej do siebie.
Matka, widząc, że jest chory, zastanawiała się, czy nie zostać z nim w domu, ale obaj skutecznie wybili jej to z głowy. Kazała mu jednak przysiąc, że jeśli poczuje się gorzej, natychmiast uda się do szpitala.
Chciał. Naprawdę chciał, ale kiedy jego brat i matka już się z nim pożegnali i wyszli, a on położył się spać… to był koniec. Kaszlał i smarkał na przemian, w międzyczasie zapadając w krótkie, niespokojne drzemki. Nie miał sił żeby iść chociażby do lodówki, zresztą, sama myśl o jedzeniu sprawiała, że robił się zielony. Czuł się okropnie i marzył tylko o tym, żeby ktoś przyszedł i go dobił.
Nawet nie wiedział, że coś w tym stylu wkrótce się stanie.

 ***
Nie informuję. Są wakacje, a ja - nie wiem, jak to się stało - nie mam na nic czasu.
Pozdrawiam!