poniedziałek, 22 października 2012

33.Rodzinny dom


- I wtedy powiedział, że jeśli podpiszemy z nim umowę, od przyszłego tygodnia wchodzimy do studio, żeby nagrywać nasze piosenki! Czy to nie cudowne?! – opowiadał Tom, żywo gestykulując. Siedział po turecku na łóżku Andreasa i cały czas gadał, gadał i gadał, obserwując jego poczynania, ale nie komentując ich nawet w najmniejszym stopniu.
- Tak, cudowne – rzekł mężczyzna, uśmiechając się lekko. W duchu miał tylko nadzieję, że ten facet nie wystrychnie ich na dudka. Tom był tak bardzo podekscytowany…
- Bill mówi, że niepotrzebnie się tym wszystkim „podniecamy”, bo może z tego wyjść wielkie gówno, ale dla mnie i tak super. Jeśli jedna osoba się nami zainteresowała, mogą też inne! Będę sławnym gitarzystą zespołu… Eee… O, kurcze, nie mamy nazwy! – Tom padł plackiem na łóżku, splatając ręce pod głową. – Jak myślisz, co będzie odpowiednie? To musi być coś z charakterem, żeby oddawało klimat naszej muzyki. Hmm… nigdy nie byłem dobry w takich rzeczach.
- Tom?
- Co?
- Przymknij się wreszcie. Nie mogę zebrać własnych myśli.
Dredziarz zaśmiał się.
- Sorry, no. Tylko że tak strasznie się cieszę i nie mogę się już doczekać, kiedy zaczniemy nagrywać. Wiesz, że ten udany występ zawdzięczamy tobie? Gdybyś mi nie dał gitary, nie mógłbym ćwiczyć z Billem. Nauczyłem się kilku tekstów i dość dobrze ciągnę te niższe partie. Chłopaki mówią, że to brzmi naprawdę ekstra, ale sam nie wiem. Może kiedyś ci zaśpiewamy, jeśli namówię Billa.
Andreas westchnął. Usiadł na łóżku obok Toma i pokręcił głową.
- Nie zamierzasz się zamknąć, prawda?
- Skąd wiedziałeś? – zaśmiał się Tom.
- Zmykaj już do siebie, młody. Mam jeszcze sporo papierowej roboty.
- Dlaczego wszyscy biznesmeni mają tyle papierowej roboty? Nie nudzi cię to? Ja bym to rzucił w cholerę.
- Ta papierkowa robota zapłaciła za prezenty dla twoich znajomych i gitarę, która pomoże ci zdobyć sławę. Jesteś pewien, że powinienem z tym skończysz? – Andreas uniósł zaczepnie jedną brew.
- No, po głębszym namyśle…
- Zmykaj, Tom. Za bardzo się dzisiaj nakręciłeś. Wolę, kiedy siedzisz cicho.
- Oj tam, oj tam… - Dredziarz podniósł się z łóżka i odgarnął dredy na plecy. – No, skoro mnie wyrzucasz, idę do Billa. On zawsze ma dla mnie czas.
Tom stanął w drzwiach i pokazał Danielsowi język, a potem zatrzasnął za sobą drzwi i już go nie było. Andreas odetchnął. Może i zakochał się w tej pleciudze, ale to nie znaczy, że przebywanie z nim go nie męczyło. Wręcz przeciwnie.
Dredziarz pobiegł do pokoju bliźniaka, ale nie zastał go tam. Okazało się, że Bill bierze prysznic. Wszedł do łazienki i zamknął drzwi.
- Długo jeszcze? – spytał. – Ja też chcę się umyć.
- Wskakuj.
Takiej odpowiedzi z pewnością się nie spodziewał. Bill nigdy nie inicjował kontaktu, a już na pewno nie w taki sposób. Zwykle to on wykazywał się inicjatywą.
Pospiesznie zdjął swoje ubranie i rzucając je niedbale na podłogę, wszedł do kabiny prysznicowej. Bill stał pod strumieniem ciepłej wody z zamkniętymi oczami. Ustawił się tak, żeby woda rozpryskiwała się na jego plecach. To musiało być bardzo odprężające.
- Ktoś tu chyba ma dobry dzień – stwierdził Tom.
- Mógłby być lepszy – stwierdził Bill, ocierając twarz z wody.
- Tak? A co mogłoby sprawić, że będzie lepszy?
W głosie Toma była wyraźna, choć odrobinę nieśmiała sugestia.
- Hm, pomyślmy – Czarny udał, że się zastanawia. Nie zmieniając wyrazu twarzy, złapał Toma za rękę i pchnął go na ścianę. Dredziarz w ostatniej chwili podparł się rękami, chroniąc w ten sposób twarz przed zderzeniem z twardą nawierzchnią. Otworzył usta, chcąc opierzyć bliźniaka, ale spomiędzy ciepłych warg wydobył się jedynie pełen zaskoczenia jęk.
Czuł, jak jeden z placów Billa dość brutalnie się w nim zagłębia do pewnego stopnia.
- Dobra, tego się nie spodziewałem – mruknął Tom, opierając czoło o chłodne kafelki.
- Dobrze ci? – spytał Czarny, lekko ruszając palcem.
- Byłoby lepiej, gdybyś użył czegoś do nawilżenia.
- Hm…
Bill zaśmiał się. Tom nie wiedział, co tak bardzo go rozbawiło. Próbował zajrzeć za siebie i zobaczyć, ale został przyparty do ściany w taki sposób, że nie mógł.
- Nie wierć się, bo wsadzę ci go tak mocno, że przez tydzień nie usiądziesz – mruknął Bill, parskając.
- Stworzyłem potwora…
Czarny wyjął z niego na chwilę palec. Gdy wsuwał go następnym razem, był już ślizgi i wchodził bez najmniejszych oporów.
- Widzę, że szybko się uczysz – stęknął Tom.
To było coś zupełnie innego niż w stanie „lekkiej” nietrzeźwości. Tym razem obaj byli doskonale świadomi tego, co robią. Żaden nie mógł się tłumaczyć zamroczeniem alkoholowym czy czymś innym. Było tu i teraz i żadnej możliwości wyrzucenia tego z głowy. Obaj tego chcieli i się na to godzili. Tom był zaskoczony, że Bill tak szybko zmienił zdanie, ale w chwili obecnej nie miało to wielkiego znaczenia. Zgodził się, a o to przecież cały czas chodziło.
Ruchy Billa doprowadzały go do szału. Doznania były bardziej intensywne niż kiedykolwiek wcześniej i Tom nie wiedział, dlaczego.
Bill dołożył drugi palec. Chyba mu się spieszyło, bo naprawdę robił to mało delikatnie, dodając temu wszystkiemu nutkę pikanterii. W dodatku kąsał go po szyi, zostawiając ślady ugryzień i robiąc mu malinki. Tom odchylił głową mocno do tyłu, pozwalając mu się tam całować i pieścić gorącym językiem. Miał bardzo wrażliwą szyję i uwielbiał, kiedy ktoś robił mu to, co teraz Bill.
Czarny zabrał palce. Tom jęknął cicho z zawodu. Chciał więcej. Już. Teraz. Natychmiast.
Odwrócił się przodem do brata i oparł plecami o zimną ścianę. Bill patrzył na niego zza kurtyny mokrych włosów, które częściowo opadły mu na twarz. Jego usta były zmysłowo rozchylone, a klatka piersiowa unosiła się chaotycznie, nabierając płytkie oddechy. Obaj byli podnieceni niemal do granic możliwości.
Tom po omacku odnalazł żel do higieny intymnej.
- Chcesz sam czy…?
Czarny pokręcił tylko głową. Jak do tej pory niezbyt pozwalał mu się dotykać, zwłaszcza w okolicach pośladków i penisa. Teraz nie zaprotestował, kiedy Tom wylał sobie na rękę sporo żelu i chwycił jego penisa, smarując go nim zawzięcie. Bill, jęcząc z przyjemności, zakręcił gorącą wodę i puścił samą zimną. Tom pisnął w proteście, ale bliźniak nie pozwolił mu nawet dotknąć kurków.
Bill zabrał bratu żel i wylał go sobie trochę na ręce, a potem wsunął dłoń między pośladki Dredziarza i lekko wtarł go w jego wejście, żeby był jak najlepszy poślizg. Obaj robili wszystko dość pospiesznie, stękając cicho z nadmiaru pożądania. Chcieli się pieprzyć natychmiast, niestety niektóre rzeczy po prostu trzeba było zrobić.
Tom był pewien, że Bill odwróci go do siebie plecami, ogromne więc było jego zdziwienie, kiedy Czarny złapał go za nogę pod kolanem i założył ją sobie na biodro. Tom parsknął cicho z niedowierzania, splatając mu ręce na karku i nachylając się do przodu w celu złączenia ich ust.
Zaczęli się całować i było to równie podniecające co penis, który powoli wślizgiwał się w ciało Dredziarza. Chłopak czuł to rozpierające go powoli gorąco, ale nie dał tego w ogóle po sobie poznać, wciąż odpowiadając na gorące pocałunki. Z ich złączonych ust zaczął się sączyć strumień śliny, wypływając z kącika ust Billa. Pewnie niektórzy powiedzieliby, że to obrzydliwe. Tom tylko przeciągnął tam językiem, zlizując to, po czym wrócił do ciepłych ust Billa. Mat był pieprzonym pedantem. Nie chciał się całować do utraty tchu, a gdyby miał się trochę oślinić, chybaby umarł.
Tom nie miał nic przeciwko.
Bill pchnął na próbę biodrami. Dredziarz jęknął cicho, mocniej zaciskając ręce na jego karku. Oderwali się na chwilę od siebie. Biodra Billa cofnęły się i ponownie naparł na dziurkę Toma, zagłębiając się w nim po same jądra. Jęknęli obaj. Członek Dredziarza uwięziony pomiędzy ich ciałami pulsował i sączył się lekko. Zimna woda zamiast ich studzić, potęgowała doznania.
Z każdą chwilą Bill napierał coraz mocniej. Pieprzył go tak szybko, że w pewnej chwili stało się to niemal bolesne, ale było też cholernie przyjemne. Bill błyskawicznie się nauczył, pod jakim kątem musi w niego wejść, żeby dosięgnąć tego punktu, który sprawiał, że Tom jęczał, bezwstydnie dopraszając się o więcej.
Bill z radością mu to dawał, ledwo hamując chęć, aby zrobić to jeszcze szybciej. Z jednej strony chciał, żeby to trwało jak najdłużej, a z drugiej – skończyć jak najszybciej.
Nie był w stanie powstrzymywać się zbyt długo. Po kolejnych kilku pchnięciach Tom zacisnął się na nim desperacko, ochlapując jego brzuch spermę. Noga ugięła się pod nim. Bill jęknął, dochodząc, a w następnej chwili obaj upadli, dysząc ciężko.
Tom syknął lekko i zamknął oczy, gdy Bill delikatnie opuszczał jego ciało.
- Boli? – spytał Czarny, sapiąc głośno. Głaskał Toma lekko po biodrze.
- Trochę szczypie – mruknął Dredziarz. – Nic wielkiego. Było zajebiście, kociaku.
Bill prychnął, uśmiechając się lekko.
- Kociaku?
Tom nie odpowiedział, również się uśmiechając. Jego olśniewający uśmiech każdego by ujął, zwłaszcza że był przepełniony radością i spełnieniem. Gdy spojrzał na Billa, jego oczy wręcz błyszczały z nadmiaru pozytywnych emocji, które w chwili obecnej w nim buzowały, nie mogąc znaleźć ujścia poprzez zmęczone seksem ciało.
Odczekali chwilę. Tom ostrożnie umył sobie wejście i pomógł spermie opuścić swoje ciało. To miejsce było naprawdę wrażliwe i podrażnione, ale warto było dla takiej przyjemności.
Warto było dla Billa.
Po łazienkowym seksie bliźniacy poszli do pokoju Billa. Tom zasnął niemal natychmiast, podczas gdy Bill leżał i patrząc się w sufit, myślał o przeszłości i tym, jak wiele rzeczy w jego życiu uległo zmianie, zwłaszcza od pojawienia się Toma.

- Nie! Niee, nie, nie! Proszę! Proszę, nie! NIEE!
Krzyki nie pomagały. Chociaż Tom walczył z całych sił, wciąż miał przed oczami męską postać. Wiedział, co zaraz się stanie. Wiedział, że nie ma sensu błagać, a jednak jego usta jakby bez jego woli otwierały się do krzyku, który bezlitośnie zdzierał mu gardło. Niepohamowany szloch targał jego ciałem, kiedy bezskutecznie próbował odsunąć od siebie napastnika. Czuł, jak mężczyzna brutalnie go bierze, jak dochodzi głęboko w nim i nieruchomieje. Przestał krzyczeć, przestał zawodzić… Jedynie leżał nie poruszając się nawet na milimetr, pustym wzrokiem wpatrując się w drogie, ładne panele, teraz poznaczone śladami jego paznokci. Po jego policzkach płynęły łzy, ale on zupełnie na to zobojętniał.
Mężczyzna wstał z niego, złapał za ramię. Jego ręka dziwnie drżała, zapewne po niedawnym orgazmie. Tom chciał wiedzieć, kto jest tym oprawcą, ale znowu twarz mu umknęła, jakby nie chciał patrzeć. Widział jedynie kominek, w którym wesoło tańczyły języki ognia.
- Boże… O mój Boże!
Nie poruszył się. Czy był w ogóle jakiś sens, żeby to robić?
Mężczyzna złapał go za ramię i chłopak mimowolnie się wzdrygnął.
- Boże… J-ja…
Tom zamknął oczy, przewracając się na bok mimo bólu i kuląc do pozycji embrionalnej. Drżał ze strachu i bólu, ale teraz to już nie miało znaczenia.
Gdy ręka nieznajomego próbowała dotknąć jego biodra, stało się coś dziwnego. Poczuł, że jego dłoń zaciska się na czymś dziwnym… Zanim zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, już pochylał się nad nieznanym mężczyzną i bez większych wyrzutów sumienia dźgnął go w brzuch…

-Aaa!
Tom zerwał się do pozycji siedzącej, oddychając ciężko. Zacisnął dłonie na kołdrze i miął ją w rękach, jakby to miało ukoić jego skołatane nerwy.
- Tom?
Bill zapalił lampkę przy łóżku. Trąc zaspane oczy, spoglądał niemrawo w stronę bliźniaka.
- Co się stało?
Tom pokręcił tylko głową, ciężko przełykając ślinę. Nienawidził tych snów. Tak się cieszył, kiedy przestały go nękać, a teraz znowu to samo…
- Koszmar? – dopytywał Czarny.
Dredziarz skinął głową. Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Podniósł rzucone na podłogę spodnie i wyciągnął z nich paczkę papierosów oraz zapalniczkę, a potem wyszedł do łazienki. Szybko spalił dwa papierosy i przemył twarz zimną wodą. Zadrżał, kiedy zobaczył swoją zmęczoną i zastygłą w wyrazie przerażenia twarz.
- Co się dzieje? – spytał Bill, stając w progu łazienki. Oparł się ramieniem o futrynę i splótł ręce na piersi.
- Nie wiem. Mam… złe przeczucia – powiedział Tom, poprawiając dredy, które opadły mu na twarz. – Mam cholernie złe przeczucia. Jeszcze nigdy się tak nie czułem.
- Chcesz o tym pogadać?
Tom pokręcił przecząco głową.
- Nie bardzo wiem, co mógłbym powiedzieć. Po prostu… uważaj na siebie, Bill. Obiecaj.
Czarny skinął lekko głową.
- Obiecuję. A teraz chodź spać, zamartwianie się po nocy nic ci nie da.
Tom bez sprzeciwu, choć z lekkim ociąganiem, poszedł za Billem do jego pokoju.
Może to było głupie, ale miał wrażenie, że jemu nic nie grozi.
Tu chodziło o Billa i to przerażało go najbardziej.
 

niedziela, 21 października 2012

Rozdział 15


Cieszył się jak głupi.
Po raz pierwszy odkąd zaczął pracować w Chadwick Models, nie spóźnił się nawet o minutę. Nawet był przed czasem.
Zadowolony wszedł do środka. Przywitał się z recepcjonistką.
- Pokój 306. Eric już czeka – przekazała, odwzajemniając gest.
CeCe często mu mówiła, że wszystkie recepcjonistki czują do niego miętę, ale on jakoś jej nie wierzył. W końcu to, że ktoś się do niego uśmiecha nie oznacza, że od razu musi się w nim kochać. Wiedział, że jest ładny. Ciężko było tego nie wiedzieć, kiedy twierdził tak cały świat, ale gdy był jeszcze dzieckiem, matka nie pozwalała mu popaść w samouwielbienie. W szkole oglądały się za nim wszystkie dziewczyny, a chłopcy chcieli się z nim kolegować, bo miał spore powodzenie i dzięki niemu mogli chociaż pogadać z dziewczyną, która im się podobała. Dzięki temu poznał Marco – ten jako jedyny opierał się powierzchowności rówieśnika, jawnie kpiąc z jego urody i powodzenia. Sam Marco był zwykłym, niezbyt atrakcyjnym okularnikiem. Dopiero w trakcie kilku ostatnich lat brzydkie kaczątko przemieniło się w ślicznego łabędzia. W chwili obecnej obok Marco nie przeszła obojętnie żadna dziewczyna. Wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni – Andrej, kiedyś wręcz rozchwytywany, teraz na ulicy brany za dziewczynę. Żadna dziewczyna się za nim nie oglądnęła na ulicy.
Oglądali się faceci.
Wszedł do pokoju i uśmiechnął się lekko. Eric zachłysnął się kawą, kiedy go zobaczył.
- Już… tutaj? – spytał zdziwiony.
- No… A gdzie? Miałem przyjść na czternastą, tak?
- No, tak, ale… - mężczyzna nagle spojrzał na niego z rozbawieniem. – Specjalnie podaliśmy ci wcześniejszą godzinę, żebyś się nie spóźnił.
- CO?!
To teraz przynajmniej wiem, czemu zdążyłem, pomyślał z westchnieniem.
A tak fajnie mu się szło… Żadnych wypadków… Zapewne gdyby miał przyjść na normalną godzinę, wszystko waliłoby mu się na głowę.
- Przychodzisz dzisiaj na kolację, tak? – spytał Pejic, siadając obok Erica na skórzanej kanapie.
- A może tak przywitałbyś się właściwie, co?
Model westchnął. Nachylił się nad szatynem i pocałował go lekko w usta.
- Cześć – wywrócił oczami. - To przychodzisz?
- Jesteś pewien, że tego chcesz?
- Mama mi kazała cię przyprowadzić.
- Jak to się stało, że jej wszystko wypaplałeś?!
- Zmusiła mnie.
- Nie masz jaj, Pejic.
Oho, po nazwisku, pomyślał chłopak. Uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś pewien? Kiedy ostatnio sprawdzałem, wciąż tam jeszcze były.
- Może sprawdzimy teraz?
Andrej krzyknął urwanie, kiedy Eric powalił go swoim ciałem na kanapę. Jego usta momentalnie przylgnęły do ciepłych warg blondyna, badając je uważnie.
- A jak ktoś wejdzie? – spytał model, splatając mu ręce na karku.
- To będzie miał darmowe porno!
- Eric! Nie jestem pewny, czy to odpowiednia chwila na coming out.
Szatyn nie odpowiedział, liżąc jego szyję. Andrej zauważył, że bardzo się fotografowi spodobała.
- Zrobisz jak chcesz.
To była kolejna cecha, która bardzo zaimponowała Andrejowi. Eric do niczego go nie zmuszał. Nie pluł się, że model nawet nie pomyślał o ujawnieniu tego związku. Był cierpliwy i ważne decyzje pozostawiał w rękach Andreja, bo to on musiał je podjąć. Nie wywierał na nim żadnego nacisku. Czekał, aż Andrej sam do tego dojrzeje. To była wspaniała cecha w tej zbitce płytkich wad i zdecydowanie cudownych zalet. Mimo wcześniejszego uprzedzenia, Eric był naprawdę spoko facetem.
Pejic zachichotał, wierzgając nogami, kiedy Eric niechcący połaskotał go nad biodrami.
- Masz tu łaskotki? – spytał z błyskiem w oku fotograf.
- Nie? Ahahaha! Przestań! – wykrztusił model.
Eric zatkał mu usta pocałunkiem, kierując swoją dłoń na pośladek blondyna. Miał kurewską ochotę go przelecieć, ale nie sądził, żeby Andrej mu na to pozwolił. Jakiekolwiek były tego powody, musiał je uszanować i poczekać, aż Andrej zaufa mu na tyle, żeby mu się oddać. To, co robili, też było ok.
Fotograf pocałował go jeszcze raz w usta, po czym odsunął się i usiadł.
- Studio jest zajęte jeszcze przez pół godziny, musimy poczekać tutaj. Chcesz kawy?
Andrej skinął głową. Szatyn wstał i szybko zrobił mu kawę.
- Jesteś uzależniony od kawy.
- A ty od fajek. Jak myślisz, kto pierwszy umrze?
- Ty, bo jesteś starszy i niezdrowo się odżywiasz.
- Myślisz, że na samej zieleninie da się przeżyć?
- Ja żyję i nie tylko na samej zieleninie.
- Jasne, jasne.
Eric wplótł palce we włosy Andreja i bawił się nimi zupełnie bez udziału woli.
- Zaraz pewnie wparuje tu CeCe.
- Pewnie tak… Tylko czeka na okazję, żeby nas przyłapać w jakiejś jednoznacznej sytuacji. Nie, żeby mogła…
Andrej parsknął w swój kubek.
- Nie przesadzaj.
- Nie przesadzam. Jak mam się ubrać na tą kolację u ciebie?
- Hm, normalnie? Jak człowiek. No, wiesz, spodnie, buty, koszulka.
- Ha, ha, bardzo śmieszne.
- No, wiem. Ubierz się jak zwykle, tylko żadnych krawatów. Moja mama już przywykła do moich i Igora ekscesów, więc trochę normalności jest jak najbardziej pożądane.
- Ok, zapamiętam to sobie.

Ubierając się przed kolacją, Andrej zastanawiał się nad ostatnimi tygodniami. Zaledwie czternaście dni temu Eric się zdeklarował, że nie myśli o nim jak o kimś do zliczenia, a materiale na partnera. Przez te dwa tygodnie obaj jakby się upewniali, czy to w ogóle ma rację bytu. Starali się jak najwięcej o sobie dowiedzieć. Częściej mieli okazję do kontaktu fizycznego. Zaczęli się przytulać, całować na przywitanie i pożegnanie, dotykać… Oczywiście, nie wtedy, kiedy ktoś mógł ich zobaczyć, ale gdy byli sami tak właśnie się zachowywali. Andrej raz był na obiedzie u Erica, gdzie przez cały czas się zastanawiał, jakby to było dać się przelecieć na tej miękkiej kanapie w salonie. Skończyło się jednak na tym, że tylko się trochę całowali.
Model wątpił, żeby to na długo im starczyło. Obaj byli dorosłymi facetami, każdy z nich miał swoje potrzeby. Już przez ostatnich kilka dni Andrej zaspokajał się w nocy ręką po kilka razy. Nawet obejrzał sobie porno z udziałem pary gejowskiej, bo poza teorią nie wiedział na ten temat zbyt wiele. Przeczytał też trochę opinii i upewnił się w tym, co sam myślał – seks analny jest bolesny. Nie sądził, żeby Eric celowo chciał zrobić mu krzywdę czy coś, ale słowo „bolesny” wryło mu się w pamięć. Czuł się też trochę niekomfortowo na myśl, ze to on będzie tym, któremu się wsadza, ale cóż. Takie życie. Eric był większy, silniejszy, miał więcej doświadczenia. Andrej nie miał żadnych argumentów za tym, żeby to on rządził  w łóżku. A poza tym w Londynie Eric wsunął w niego palce i to było nieziemskie uczucie. Jeśli zaś chodziło o własne eksperymentowanie, nie było nawet takiej opcji, żeby sam spróbował sobie coś tam wtyknąć.
Nie, nie i jeszcze raz nie!
Ubrał się i rozczesał włosy, które wysuszył dosłownie chwilę wcześniej. Wyprostował je również i trochę zmierzwił z jednej strony, żeby nie były aż takie druciaste. Jego mama krzątała się w kuchni, przygotowując różne potrawy. Chociaż oboje lubili bardziej swoją narodową kuchnię, matka przygotowywała też dania typowe dla tego regionu. Właściwie to Andrej nie wiedział, co Eric mówi.
Gdy był gotowy, zbiegł na dół.
- Pomóc ci w czymś, mamuś? – spytał. Trochę się tym wszystkim stresował. Na Boga, matka miała poznać jego chłopaka! CHŁOPAKA! Nie dziewczynę, chociaż przez tyle lat swojego życia był pewien, że jest hetero. A teraz nagle się okazało, że zaprasza na kolację do domu faceta.
- Nie, już prawie skończyłam. Mam nadzieję, że mu zasmakuje.
- Na pewno, przecież świetnie gotujesz.
Matka uśmiechnęła się lekko do syna. Chociaż nie spodziewała się, że Andrej weźmie jej słowa o drugiej połówce tak do serca, była szczęśliwa. Skoro jej syn chce żyć z jakimś chłopcem, nie miała nic przeciwko.
Usłyszeli dzwonek do drzwi.
- Pewnie Eric już przyszedł – mruknął Andrej, wstając.
- Wszystko jest już prawie gotowe, zaraz pozanosimy tylko to na stół i możemy jeść.
- Ok. Otworzę mu.
Andrej poszedł do drzwi i szybko otworzył je na oścież. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył Erica.
- Hej.
- Hej.
Pocałowali się na przywitanie.
- Przyniosłem twojej mamie czekoladki, mam nadzieję, że lubi.
Model zaśmiał się.
- Uwielbia. Nie może znieść, ze staram się jeść jak najbardziej wegetariańsko. Daj, powieszę ci kurtkę.
Szatyn posłusznie oddał mu nakrycie i zdjął buty. Wyglądał naprawdę dobrze. Miał na sobie ciemne dżinsy i szary, przylegający do ciała golf, który podkreślał jego dobrze umięśnioną i wysportowaną sylwetkę. Włosy miał zmierzwione przez wiatr, a policzki lekko zaczerwienione.
- Chodź, już prawie wszystko gotowe.
Eric przyglądał się modelowi z uwaga. Chłopak miał na sobie obcisłe dżinsy i koszulę w czarno czerwoną kratę, która była na niego sporo za duża, ale wyglądał w niej naprawdę… słodko. Aż nie chciało mu się wierzyć, że takie określenie przyszło mu do głowy.
Poszedł za chłopakiem do salonu, gdzie na stole stała już część potraw. Eric nie wiedział, jak ich trójka ma to wszystko zjeść.
- Dobry wieczór – odezwał się spokojnie, kiedy zobaczył niską kobietę wchodzącą do salonu z miską pełną pachnących gołąbków.
- Dobry wieczór – odparła kobieta z szerokim uśmiechem. Wyglądała na niezwykle pogodną osobę. Wystarczył jeden rzut oka, żeby wiedzieć, po kim Andrej odziedziczył pogodę ducha. – Siadaj kochanie, zaraz do was dołączę.
Eric posłusznie klapnął na jednym z krzeseł.
- Fajną macie chatę, chociaż twój pokój to syf.
- Wiem – westchnął model, drapiąc się po głowie. – Po prostu nie mam miejsca na książki.
- Naprawdę aż tak bardzo lubisz czytać?
- Mhm…
Do pokoju weszła mama Andreja i usiadła przy stole.
- Długo się znacie? – spytała zaraz po tym, jak fotograf wręczył jej czekoladki.
- Kilka miesięcy – odparł spokojnie Richards.
- Jak długo jesteście razem? Andrej nigdy nic mi nie mówi.
- Um… Tak oficjalnie to dwa tygodnie.
- A nieoficjalnie?
Andrej zastanowił się. Jeśli wziąć pod uwagę ich pierwszy, prawdziwy pocałunek i tak dalej, to byłoby prawie dwa miesiące.
- Ponad miesiąc – stwierdził Eric.
- Czy wy już…
- MAMO! – oburzył się Andrej, cały pąsowiejąc.
- No, co?! Muszę wiedzieć takie rzeczy.
- Wcale nie musisz.
Eric uśmiechnął się tylko lekko. Wścibska baba, ale bardzo ją polubił.
Długo siedzieli i rozmawiali. Eric był zmuszony odpowiedzieć na setki pytań, zanim wreszcie mama Andreja dała mu spokój. Dania były przepyszne. Przez większość kolacji trzymał modela za rękę, pieszcząc kciukiem jego delikatną skórę. Oczywiście, Andrej nie byłby sobą, gdyby się gdzieś nie potknął, ale ogółem kolacja przebiegła w naprawdę miłej atmosferze.
Gdy już było po wszystkim, była niemal północ. Wygoniliśmy gospodynię spać, a sami zajęliśmy się sprzątaniem.
- Może zostaniesz na noc?-  spytał Andrej, który mył naczynia. Eric już się dowiedział, że jego mama lubi to robić i dlatego nie mają zmywarki. – Mam duże łóżko, zmieścimy się.
- No… Ok.
- Mama cię polubiła.
- Wątpiłeś? – spytał Eric kpiąco.
- Ej! Czy to nie zbyt wielka pewność siebie?
- Pff!
Po skończeniu mycia naczyń, obaj poszli do pokoju blondyna. Eric nie miał w czym spać, a Andrej był zbyt szczupły, żeby coś mu pożyczyć, więc stanęło na tym, że będą spać w bieliźnie. Andrej przyniósł dodatkowy koc, bo nie był pewien, czy sama kołdra im wystarczy. Gdy już leżeli przytuleni do siebie, Andrej zdecydował się zadać pytane, które nurtowało go od dłuższego czasu.
- Eric? Um… Jak to jest… uprawiać seks z mężczyzną?
- A o co konkretnie pytasz?
Eric wyczuł, że odpowiedź ma dla chłopaka wielkie znaczenie. Przysunął go jeszcze bardziej do siebie, wtulając jego plecy w swoją klatkę piersiową. Głaskał jego brzuch leniwie.
- No, wiesz… Czy to… boli?
- Trochę. Najgorzej jest na początku, ale… To też zależy z kim to robisz. Wszystko ma znaczenie… Wielkość, odpowiednie przygotowanie i tak dalej. Boisz się tego?
- Uh. Nie wiem.
- Nie masz czego – powiedział Eric stanowczo. – Nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy. Wiem, jak cię przygotować, żeby zbyt mocno nie bolało…
Andrej cały się zaczerwienił po tych słowach.
- Pokazać ci? – spytał cicho fotograf.
Model zastanowił się chwilę, a potem westchnął i wymruczał zgodę.
Nie był pewien, co Eric chce zrobić. Usłyszał dziwne mlaskanie, a potem poczuł, jak ręka szatyna wsuwa się w jego bokserki. Mimowolnie zadrżał, kiedy mokry palec odnalazł jego wejście. Eric wsuwał i wysuwał opuszek palca tak długo, aż rozluźnił mięśnie i mógł wsunąć się bez oporu. Andrej jęknął cicho, wypychając biodra do przodu.
- Boli? – spytał cicho Richards.
- N-nie. Ale to dziwne uczucie.
- Z pewnością.
Mężczyzna dołożył drugi palec i poruszał nimi zmysłowo, a potem wsunął jeszcze trzeci.
- Jeśli ci stanął, pieść się. Ważne, żeby ci było dobrze.
Nie trzeba był mu dwa razy powtarzać. Jego ręka bez udziału jego woli zsunęła mu bokserki  i zaczęła rytmicznie ugniatać i obciągając jego penisa. Wystarczyła mu zaledwie chwila, żeby dojść. Pieszczony z dwóch stron, nie był w stanie zbyt długo wytrzymać. Fakt, uczucie było dziwne i trochę bolało, ale tylko odrobinę.
Na koniec Eric zrobił coś, czego Andrej się nie spodziewał. Mężczyzna wsunął się pod kołdrę i wylizał spermę z jego penisa, zasysając się na czubku, jakby chciał wyciągnąć z niego to, co jeszcze zostało. Potem bez słowa ostrzeżenia pocałował go, dzieląc się z Andrejem jego własnym nektarem. Model był za bardzo zszokowany, żeby protestować. Uwielbiał różne zobaczenia i perwersje.
Z Ericem na pewno mu tego nie zabraknie.

***
Przepraszam za opóźnienie, niestety nie udało mi się tego skończyć do dnia wczorajszego, więc wrzucam dzisiaj. Rozdział jest niesprawdzony i nie powiadamiam o nim, a przynajmniej nie teraz.
Pozdrawiam!

czwartek, 18 października 2012

~~.6.~~


Tom patrzył na śpiącego brata z głupim uśmiechem na twarzy. Kto by pomyślał, że Czarny jeszcze nigdy nie pił alkoholu. W życiu by się tego po nim nie spodziewał, nie wspominając już o jego słabej głowie i reakcji organizmu na procenty. Sam spróbował, gdy miał szesnaście lat, już pierwszego dnia po tym, jak przenieśli go do innej klasy. Dobrze pamiętał ten dzień. Upił się jak ostatnia świnia i koledzy musieli go odholować do domu. Co ciekawe, wszystko świetnie pamiętał, zwłaszcza potworny ból głowy na drugi dzień.


...Piotrek i Mateusz prowadzili do domu chwiejącego się Toma, ignorując kwaśną miną Pawła i jego dosadne komentarze odnośnie stanu nowego kolegi.
- I co teraz? - spytał Piotrek.
- Tom, czy twoja mama wie, że pijesz? - spytał go spokojnie kolega.
- Stary, porąbało cię?! Ja jestem abstynentem, stary, abstynentem - wybełkotał młody Coger,  mrużąc lekko oczy z oburzenia.
- Z przyjemnością mogę cię poinformować, że właśnie zostałeś alkoholikiem - powiedział Paweł i wszyscy oprócz młodego Cogera wybuchli śmiechem.
Tom musiał mieć nie za ciekawą minę, bo chłopcy cały czas się z niego śmiali.
- On świetnie pasuje do naszej paczki - stwierdził Piotrek.
- To jest, on wie, co to znaczy zalać się w trupa i świetnie do nas pasuje -poprawił Mateusz.
- Właśnie - poparli go chłopacy.
- Ej, chłopaki... - wybełkotał Tom.
- Co? - spytał Mateusz.
- Gdzie idziemy?
- Do twojego domu? - spytał zdziwiony Piotrek.
- Ale mój dom jest tam! - Coger skazał na jednorodzinny domek, który minęli jakieś dziesięć minut wcześniej.
Trzy pary oczu spojrzały na niego ze zdziwieniem i zażenowaniem.
- Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś? - wkurzył się Paweł.
- Nie mówiliście, że idziemy do mnie - bronił się Tom.
- Trzeba było wziąć taczkę, szybciej by nam to poszło - stwierdził Mateusz.
Wszyscy westchnęli jak jeden mąż i zawrócili. Gdy już wreszcie dowlekli się do domu kolegi, pojawił się kolejny problem, a mianowicie jak przetransportować go do pokoju, żeby nie dowiedziała się jego matka?
- Może lepiej ją obudźmy - powiedział niepewnie Piotrek.
- A jeśli zadzwoni do naszych starych? Mało masz problemów? - szturchnął go Paweł.
Piotrek westchnął.
- Hej, Tom, masz klucz od domu? - spytał Paweł.
- Bill ma.
- Bill? Kto to jest?
- Mój bliźniak.
- Masz bliźniaka?! - krzyknęli chłopcy, zapominając, że jest już po północy i powinni zachować ciszę.
- Rany, o co te wrzaski? - spytał zirytowany Coger.
- Dzwoń do niego, pomoże nam - podsunął Paweł.
- Będzie zły - ostrzegł kolegów Tom.
- Dzwoń i nie marudź!
Coger wygrzebał z kieszeni telefon i wybrał numer do brata. Musiał trochę poczekać, żeby Bill odebrał, w końcu o tej porze prawdopodobnie spał.
- Halo? - usłyszał w słuchawce zaspany głos.
- Cześć, Bill. To Tom. Bo widzisz... Hmm... Musisz mi pomóc.
- Co ty bredzisz? Jest środek nocy, daj mi spać!
- Bill, jestem odrobinę nieprzytomny.
- Nieprzytomny?
- Nie wnikajmy w szczegóły, dobra?
- Co ty świrujesz?! Daj mi spać.
- Bill, zalałem się w trupa. Jak mama się dowie to mnie zabije!
- Powinna cię zabić!
- Możemy pogadać o tym później? Muszę do łazienki.
- Eh, gdzie jesteś?
- Pod domem.
- Zaraz zejdę. Poczekaj chwilę. I, na miłość boską, nie zlej się!
Bill rozłączył się. Po jakichś pięciu minutach drzwi otworzyły się i wyszedł najmłodszy Coger. Widać było, że jeszcze nie do końca się obudził. Blond włosy były rozczochrane i sterczały na wszystkie strony. Nie miał zbyt wesołej miny.
- Tom, ty cioto! - warknął na wstępie.
- Mówiłem, że będzie zły - stwierdził winowajca, patrząc na kolegów.
- O mój Boże…
- Faktycznie jesteście podobni - powiedział Piotrek. - Nawet… identyczni!
- Dasz radę sam go doholować do łóżka? - zapytał Mateusz.
- Czemu on jest pijany, a wy nie ?- spytał podejrzliwie młodszy Coger.
- Nie jestem pijany - wtrącił się Tom.
- Jasne, tylko lekko wstawiony - syknął Bill.
Spojrzał na brata i westchnął.
- Nie dociągnę go sam do łóżka, trzeba wejść po schodach. Jeden z was musi mi pomóc.
- Ja pójdę. Wy tutaj poczekajcie - powiedział Mateusz.
Bill chwycił brata z jednej strony, a Mateusz z drugiej i zaczęli go prowadzić do jego pokoju. Na szczęście Tom się nie odzywał. Udało im się to zrobić w miarę cicho. Najpierw zaprowadzili go do łazienki, gdzie mruczał jak kociak z zadowolenia jakby poza opróżnieniem pęcherza robił tam coś jeszcze. Potem z ulgą ułożyli Cogera na łóżku.
- Słuchaj, nie wiem, coś ty za jeden, ale zostaw mojego brata w spokoju! I bez zadawania się z takimi jak ty ma wystarczająco du...- usłyszał Tom, zanim odpłynął do krainy Morfeusza...

Tak, to były piękne czasy.
Westchnął z lekkim uśmiechem i ponownie spojrzał na Czarnego. Gdy zamykał oczy, widział urżniętego brata i znowu zaczynał się śmiać jak idiota. Bill byłby duszą każdego towarzystwa. Jego reakcje były bezbłędne. Szkoda, że nie zdążył zadać mu kilku innych pytań. Na wspomnienie odpowiedzi bliźniaka znowu zaczął się śmiać.
Gdyby mnie ktoś teraz zobaczył, pomyślał, zapewne uznałby, że oszalałem. Cóż, widocznie jestem szaleńcem. Czarny, jesteś boski!
Osiemnastolatek czuł się jak prawdziwy wariat i tak zresztą się zachowywał. Co kilka minut przypominał sobie jakiś tekst czy wyraz twarzy brata i napadała go nowa salwa śmiechu. Nie potrafił tego kontrolować. Aż się bał, co się stanie, kiedy jego bliźniak się obudzi. Chyba nie będzie umiał przestać się śmiać.
- Tylko barany śmieją się kilka razy tak samo mocno z tego samego. Tom, jesteś baran - mruknął do siebie, ponownie szczerząc się do swoich myśli.
Nie wiedział, ile czasu tak siedział i zachowywał się co najmniej dziwnie, ale na pewno długo. Na dworze powoli się ściemniało, a deszcz wciąż padał. Musieli więc zostać w grocie do następnego dnia. Bill ciągle spał i zaczynało mu się nudzić. W tym dziwnym miejscu nie było nic do roboty.
Zirytowany wstał i zaczął czegoś szukać, sam do końca nie wiedział, czego. Po chwili jednak znalazł bryłkę piasku. Była twarda jak kamień. Tom wziął ją do ręki i podszedł do ściany w miejscu, gdzie była mniej więcej równa. Z chęcią zrobiłby na tym zadupiu jakiś fajny rysunek, ale mając do dyspozycji tylko grudę piachu, raczej niewiele można zdziałać. Zawiedziony schował jedną rękę do kieszeni spodni, a drugą zaczął pisać. Co prawda napis byłby bardziej widoczny, gdyby miał coś białego, ale stwierdził, że i tak nikt nigdy tego nie przeczyta, za to on będzie o tym wiedział. Napisał na skale:
„Bliźniacy to dwie połówki jednej całości, jedna dusza zamknięta w dwóch ciałach, jedno serce podzielone na dwoje.”
Po chwili namysłu dopisał jeszcze pod spodem:
„Bill i Tom tu byli.”
Sam nie wiedział, co go tak nagle tknęło. Zdał sobie sprawę z prawdziwości tych słów dopiero wtedy, kiedy je napisał. Westchnął. Lepiej by zrobił, jakby dał bratu spokój. I tak już mu nieźle namieszał w życiu. Naprawdę powinien się usunąć. Wystarczyło jednak, że spojrzał na spokojną twarz bliźniaka i już wiedział, że nie może tego zrobić, bo tylko znowu by go zawiódł. Musi być przy nim w tych dobrych i złych chwilach, żeby mu pomagać. Teraz akurat nadeszły te złe. Czy będzie im kiedyś dane przeżyć jakieś dobre?
Wkurzało go, że nie potrafi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nienawidził sytuacji, w których problem nie był jasno postawiony. Gdyby wiedział, co tak naprawdę doprowadziło do tej sytuacji, może potrafiłby jakoś ich stąd wydostać.
Jednak nie wiedział. Musieli iść w ciemno i nie mieli pojęcia, czy są martwi, czy może nie. Nie wiedzieli, co to wszystko ma znaczyć, co powinni zrobić, z czym walczyć. Nie wiedzieli nic prócz tego, że siedzieli w tym razem i musieli sobie jakoś radzić. Doprawdy irytujące uczucie.
Tom chodził po jaskini, rozmyślając i wkurzając się potwornie. Po pewnym czasie ogarnęło go tak przytłaczające poczucie bezsilności, że w oczach pojawiły mu się łzy rozpaczy. Usiadł ciężko na ziemi i otarł je wierzchem dłoni. Nie mógł sobie na nie pozwolić, nie mógł się załamać. Gdyby Bill przez przypadek zobaczył, że się popłakał, byliby zgubieni. Musi być silny dla niego. Nie wolno mu się poddawać.
Odetchnął głęboko i przysunął się do Czarnego. Spojrzał na jego skuloną sylwetkę. Oczy ponownie mu się zaszkliły.
Nie, nie możesz płakać, powiedział do siebie w myślach, ocierając łzy.
- Jakoś nas stąd wydostanę, Bill. Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić -szepnął cicho.
Ułożył się wygodnie obok brata i zamknął oczy. Długo nie mógł zasnąć. Jednak gdy wreszcie zmorzył go sen, został brutalnie obudzony przez rozdzierający krzyk. Zerwał się do pozycji siedzącej, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Z każdej strony otaczała go ciemność.
- Nie! Nie! Pomocy! Aaa! - wydzierał się Bill.
Tom szybko rzucił się w stronę brata, gorączkowo szukając jego twarzy.
- Bill, obudź się! - krzyknął do niego, ale bliźniak nadal przebywał w swoim koszmarze.
Rzucał się na wszystkie strony i wymachiwał rękami, jakby chciał odepchnąć Toma. Bez przerwy krzyczał. Blondyn musiał siłą odsuwać jego ręce. Podniósł bliźniaka do pozycji siedzącej i objął go, mocno nim potrząsając i wołając go. W pewnym momencie krzyk się urwał i Czarny przestał się wyrywać. Opadł bezwładnie w ramiona brata, oddychając ciężko.
- Bill, co się stało? - spytał łagodnie Tom.
- Tom? - szepnął cicho.
- Tak, to ja. Co ci się śniło?
- To było straszne! Goniły nas potwory, ja się wywróciłem i krzyczałem, żebyś mi pomógł, a ty... Ty mnie zostawiłeś!
Tom otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Nie mógł uwierzyć, że Bill miał taki sen. Czy naprawdę tak bardzo się obawiał, że zostawi go samego? Był aż tak przerażony, że śniły mu się takie koszmary?
Starszy bliźniak przez chwilę się nie odzywał. Był zbyt zaszokowany, żeby móc z siebie cokolwiek wydusić. Zdał sobie sprawę, że kiedy uciekali tunelem przed dziwnymi stworami, Bill poruszał się bardzo szybko, mimo że był zmęczony i stłukł sobie kolano. Czy naprawdę popchnęła go do tego obawa, że on go tam zostawi? Boże!
Jakie to głupie, że dopiero teraz zaczynał rozumieć, jak wielką krzywdę wyrządził bratu.
- Bill, posłuchaj mnie uważnie! Cokolwiek nas tu spotka, nigdy cię nie zostawię! Jeżeli z jakiegoś powodu zostaniemy rozdzieleni, na pewno jakoś cię znajdę! Przysięgam, że nie zostaniesz tutaj sam! Rozumiesz?
- Tak.
Zapadła chwilowa cisza. Bill ułożył się wygodnie na ziemi, podkulając nogi.
- Śpij dalej, jutro ruszamy w drogę – mruknął Tom, również się kładąc.
- Boję się, że znowu mi się coś przyśni.
- Będę tuż obok i cię obudzę.
- Ale...
-Masz już skończone osiemnaście lat! Musisz być silny! Jeżeli będziesz się dręczył, to nigdy sobie tutaj nie poradzimy.
- Eh, masz rację. Przepraszam.
- Odpocznij.
- Tom?
- Co?
- Dzięki, że jesteś.
Starszy bliźniak ścisnął lekko jego dłoń w swojej. Nie musiał nic odpowiadać, Bill doskonale zrozumiał to przesłanie.
Przysunęli się trochę bliżej do siebie. Tom odczekał, aż Czarny zaśnie, dopiero potem pozwolił sobie na odpoczynek.
Ciężko jest być starszym bratem.
Następnego dnia nadal była lekka mżawka, ale obaj zdecydowali, że muszą iść dalej. Nie wiedzieli, ile czasu będzie tak padać, a każdy dzień zwłoki zmniejszał ich szanse na przeżycie. Zerwali jeszcze trochę owoców, choć Bill patrzył na nie z niechęcią. Mimo to zjadł dwa, żeby nie iść z pustym żołądkiem. Wzięli ich tyle, ile unieśli i ruszyli w drogę.
Szli wzdłuż ściany lasu, po drugiej stronie mieli tylko skały, niektóre ogromne, a niektóre zupełnie małe. Nie rozmawiali ze sobą, nie chcieli marnować sił na zbędne słowa. Zaczynali się naprawdę rozumieć i czegokolwiek by nie powiedzieli w tej chwili, na pewno by im to nie pomogło. Woleli zachować milczenie i umacniać tą cienką nić porozumienia, która się między nimi na nowo wytworzyła. Nie chcieli, żeby ponownie została zerwana.
Szli cały dzień, a krajobraz wciąż był taki sam. Zrobili tylko małą przerwę, żeby się najeść. Udało im się znaleźć też mały strumyk, w którym przemyli pokaleczone ręce i twarze oraz napili się wody. Potem wędrowali dalej, starając się iść szybko, ale też nie przemęczać się zbytnio. W końcu nie wiedzieli, kiedy wreszcie dojdą tam, gdzie chcieli. Wyjście z tego dziwnego miejsca mogło znajdować się tuż przed nimi, ale nie musiało. Równie prawdopodobna była opcja, że do końca trasy mają ze sto mil. Mając taki rozrzut, mogli tylko zacisnąć zęby i liczyć na szczęście, które jak na razie im zbytnio nie dopisywało. Deszcz cały czas padał i przemoczył ich już do suchej nitki, poza tym Czarny zaczął kichać. Widać kąpiel w jeziorze i spanie na golasa niezbyt mu się przysłużyło, zwłaszcza w taką pogodę. Tom zaczynał się obawiać, że jeśli Bill się rozchoruje, to będą uziemieni. Pozostawała tylko modlitwa do tego kawalarza, który ich tak urządził, z prośbą o zdrowie. Najlepiej powiedzieć, że dla nich obu, bo gdyby zaczął ich chwytać za słówka, to pewnie Bill by wyzdrowiał, a on zachorował. Nie wyglądało to dobrze, wręcz przeciwnie - tragicznie!
Wieczorem szczęście im dopisało i znaleźli kolejną grotę. Była dobrze usytuowana, ściany chroniły przed wiatrem, tak więc bracia nie musieli dodatkowo kombinować. Wykończeni wędrówką i załamani, że to już czwarty dzień, ułożyli się na ziemi i zasnęli.
Piątego dnia deszcz przybrał na sile. Bliźniacy poważnie się zastanawiali, czy nie powinni przeczekać oberwania chmury, ale w końcu z westchnieniem ruszyli w dalszą drogę. Natrafili na kolejne drzewo owocowe, tym razem przypominające gruszę. Tom gruszek nie lubił, ale owoce z tego drzewa mu smakowały. No, i nie były z alkoholem, co Bill przyjął z ogromną ulgą. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby znowu się upił. Jedno było pewne, daleko na pewno by nie zaszli.
Zaopatrzyli się w jak największą ilość owoców, które powoli zaczynały wychodzić im bokiem. Tęsknili za ciepłym obiadem u mamy, która przecież tak wspaniale gotowała. Tom tak bardzo chciał napić się coli, że aż go skręcało, kiedy chlipał wodę. Gdy zapadł zmrok, znaleźli jakieś drzewko z rozłożystymi gałęziami. Po drobnych przeróbkach udało im się zrobić nieprzemakalną kopułę nad głowami. Było im trochę mokro w tyłki, ale pocieszali się, że zawsze mogło być gorzej.
- Tom, mogę zadać ci pytanie? - odezwał się Bill, przerywając ciszę.
Obaj siedzieli obok siebie oparci o dziwacznie powykrzywiany pień drzewa i patrzyli przed siebie.
- Jasne, wal.
- Brałeś kiedyś narkotyki?
Tom spojrzał na niego zaskoczony.
- Skąd to pytanie?
- Brałeś?
Starszy bliźniak westchnął.
- Nie, nigdy. Żadnego syfu. Może i jestem nieuk, ale na pewno nie głupek. Czemu pytasz?
- Tak się zastanawiałem... Jesteśmy tu już kilka dni, a ty nic. W sumie to nigdy nie widziałem u ciebie śladów po igle ani też jakichś niepokojących symptomów, ale prawdą jest, że rzadko bywałeś w domu. Za każdym razem, kiedy mama szła na nockę do pracy, ty zawsze wybywałeś i widziałem cię dopiero w szkole.
- Możesz być pewny, że nie jestem narkomanem. Mogę ci pokazać ręce.
Bill uśmiechnął się pod nosem.
- Wierzę ci. Palisz?
- Co palę?
- No, kopcisz?
- Nie.
- Nie?
- Nie bądź taki zdziwiony. W sumie to na pewno bym palił, gdyby nie ten przeklęty Kevin Zakrzewski. Od samego początku się nie lubiliśmy. To zawsze on proponował mi fajki. Któregoś pięknego dnia posprzeczaliśmy się i założyliśmy o to, że nie uda mu się mnie skusić. Od tamtej pory mocno się pilnuję. Każdą pokusę dotyczącą papierosa przegania wizja jego krzywej gęby.
Kevin Zakrzewski był ich rówieśnikiem i chodził z Tomem do klasy. To on był liderem ich paczki, chociaż część chłopaków bardziej słuchała się Toma. Kevin był typem nieobliczalnym. Zabójczo przystojny, piekielnie niebezpieczny i zadziwiająco okrutny jak na swój wiek. Był diabłem wcielonym, choć na pierwszy rzut oka wyglądał raczej niegroźnie. Często snuł się ponury po szkole, wręcz szukając zaczepki. Nigdy jednak nie atakował pierwszy i mimo licznych wyskoków, zawsze wywijał się policji. Zawsze też był obecny przy torturowaniu Billa w szkole. Kiedy jego koledzy go bili i poniżali, Kevin zwykle siedział na parapecie okna, bawiąc się swoim scyzorykiem z nieprzeniknioną miną. Bill jednak nie miał wątpliwości, że patrzenie na jego krzywdę wprawia Zakrzewskiego w jakąś dziwną euforię.
Czarny wybuchnął śmiechem.
- Chyba naprawdę zalazł ci za skórę.
- Ta, można tak powiedzieć. W sumie to... Eh, to on mnie wtedy podpuścił.
- Kiedy?
- Eh, rozmawianie o tym chyba nie jest najlepszym pomysłem.
- Kiedy, Tom?
Starszy bliźniak westchnął ciężko.
- Jak cię pobiłem. Wyszedłem z McDonalda i spotkałem go na ulicy. Szmaciarz podpuścił mnie, żebym ci przyłożył. Byłem tak wściekły, że wydawało mi się to dobrym pomysłem. Ja...
Tom nie wiedział, co mógłby powiedzieć bratu. Że jest mu przykro? Że żałuje tego, co zrobił? Może powinien obiecać, że już więcej go nie skrzywdzi? Wszystko wydawało się takie oklepane, kiedy on naprawdę tak czuł. Brakowało mu słów do wyrażenia swoich uczuć. Czuł się niezręcznie, rozmawiając o tym z Billem, na którym najzwyczajniej w świecie się wyżywał. Nie potrafił wyrzucić ze świadomości, że doprowadził go do próby samobójczej. To tkwiło w nim jak cierń pod skórą, którego nie można się pozbyć, lecz trzeba nauczyć się z tym żyć. I on też musiał tak zrobić. Wiedział jednak, że nigdy nie będzie w stanie sobie tego wybaczyć. Najgorsze jednak było to, że zauważył swoje błędy dopiero w ostatniej chwili. To była jego szansa, na którą sobie nie zasłużył. Gdyby Czarny wtedy umarł, nigdy by mu nie powiedział, jak bardzo mu na nim zależy. Zżerałyby go tylko wyrzuty sumienia, że jest bratobójcą i że źle traktował swojego bliźniaka. Poczucie winy wywoływałoby w nim chęć pogodzenia się z bratem, chociaż nie miałby ku temu okazji.
Tom dziękował niebiosom, że jest ciemno i brat nie może dostrzec wyrazu jego twarzy. Po raz kolejny jego oczy zaszkliły się od łez, które dzielnie przełknął.
- Bill, ja... - znowu się zaciął.
- Nie musisz mi nic mówić, Tom, to twoja sprawa. Byłem po prostu ciekawy.
Blondyn prychnął.
- Jeśli ci tego nie powiem teraz, na pewno zrobię to później. Boże, nawet nie wiesz, jak wiele spraw chciałbym z tobą przedyskutować. Popełniłem tyle niepotrzebnych błędów...
- Ja też, Tom.
- Ale moje mają większą wagę. To moje błędy doprowadziły cię do samobójstwa, do cholery!
- Nikt mnie nie zmuszał, żebym to zrobił. Jeśli ktoś zawinił, to tylko ja.
- Och, nie piernicz głupot! Gdybym nie przejechał się po tobie jak po zwykłej szmacie nigdy by do tego nie doszło. Nie wierzę, że targnąłbyś się na swoje życie. Bardzo dobrze wiem, że to ja cię do tego doprowadziłem.
- Już ci mówiłem, że nikt mnie do niczego nie zmuszał.
- Daj spokój. To tak jakbym ci powiedział, że zaraz zabiję cię w męczarniach, a potem położył przed tobą pistolet z jedną kulą, dając ci możliwość wyboru. Albo strzelisz sobie w łeb i zginiesz szybko i w miarę bezboleśnie, albo cię wykończę.
Obu zdziwiła trafność tego porównania. Bill właśnie tak się czuł, kiedy zdecydował się na ten desperacki krok. Odebranie sobie życia przez przedawkowanie było wspomnianym przez Toma pistoletem, który miał zrobić to szybko i bezboleśnie. Nic nie poczuł. Tylko zamknął oczy i zasnął. To, że obudził się w jakimś dziwnym miejscu, jest już inną historią. Gdyby nie zjadł tych tabletek, Tom dalej by go powoli zabijał, zbyt wiele życia już w Billu nie zostało. Starszy bliźniak świetnie zdawał sobie z tego sprawę i okropnie go to męczyło.
- Nawet nie masz pojęcia, jakie to przytłaczające. Jak okropnie się z tym czuję. Nigdy sobie nie wybaczę, że zrobiłem ci coś takiego. Ciężko jest o czymś mówić nie będąc pewnym, czy się żyje. Załóżmy jednak, że ten przeklęty piorun nie rąbnął w stację. Że... - Tom zacisnął zęby, starając się opanować, ponieważ zaczynał mu się łamać głos. - Że nie udało się ciebie uratować... Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja... Ja też...
- Tom... - szepnął cicho Bill, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
- Ja nie umiałbym z tym żyć. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Nie po tym, jak cię krzywdziłem. Nie po tym, jak nie reagowałem na to, co inni ci robili. Nie po tym wszystkim, Billy…
Czarny siedział jak skamieniały. Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą powiedział mu bliźniak. Czy wyrzuty sumienia naprawdę mają aż tak wielką moc, żeby pchnąć młodego zdrowego chłopaka do samobójstwa? Są aż takie straszne? Bill zadrżał na myśl, że jego głupi postępek mógł pociągnąć za nim brata. Nie chciał tego. Pragnął tylko wreszcie przerwać własne cierpienie. Chciał znowu poczuć się bezpiecznie i mieć pewność, że nikt już go nie skrzywdzi. Że Tom go nie skrzywdzi.
- Nie wiedziałem - szepnął Bill, nie mogąc znieść przedłużającej się ciszy.
- Ja też nie. Uświadomiłem sobie to dopiero tutaj. I nienawidzę siebie za to - blondyn odetchnął głęboko. - Przetraw to w spokoju. Prędzej czy później musimy sobie to wszystko wyjaśnić, inaczej przeszłość zawsze będzie stała między nami.
- Tom, kiedy ja będę to trawił, jak to ująłeś, ty spróbuj sobie wybaczyć. Nie mam do ciebie pretensji o to, co się stało, chociaż powinienem. Ale bardzo bym chciał, żebyśmy znowu byli braćmi i to nie tylko z nazwy. Ja ci już wybaczyłem. Teraz ty musisz zrobić to samo w stosunku do siebie, dobrze?
- To nie jest proste.
- Wiem. Ale jeśli tego nie zrobisz, nigdy nie będziesz w stanie spojrzeć na pewne sprawy obiektywnie.
- Postaram się, Bill.
- To co? Idziemy spać?
Tom zaśmiał się. Tak łatwo przyszło mu zmienienie tematu. Chyba naprawdę zaczynają się dogadywać.
Czyżby bliźniacy Coger mieli powrócić?, zastanawiał się.
- Jasne - odparł i sam już nie wiedział, czy odpowiedział na pytanie Billa, czy może na te zadane sobie w myślach.
Chłopcy w dobrych nastrojach ułożyli się na ziemi i zatopieni we własnych myślach, jeszcze długo nie mogli zasnąć.

***
Pojawiła się kolejna, mała podpowiedź co do tego, dlaczego wcześniej relacje bliźniaków tak szybko się pogorszyły, a w chwili obecnej - tak szybko się poprawiły. Zastanawiałam się nawet, czy nie zrobić czegoś w rodzaju... No, nie wiem. Konkursu? Wiecie, kto zgadnie, dlaczego jest tak, a nie inaczej, będzie mógł podać mi jakiś paring na jednoparta? Na razie jest tam pusto, więc wypadałoby coś tam dodać.
Piszcie, co myślicie o tym pomyśle. Jestem otwarta na Wasze propozycje.
Chciałam jeszcze tylko zaznaczyć, że pracuję nad dodatkiem do "Okowów życia". Będzie to yaoi. Nie mam pojęcia, kiedy go wstawię, ale przynajmniej wiecie, że coś takiego się pojawi.
Dziękuję za wszystkie komentarze. Czytanie ich sprawia mi wielką radość.
Pozdrawiam i... życzę miłego weekendu (piątek to już weekend, nie?)