piątek, 10 maja 2013

11.Granice



Sebastian
- Zrobiłeś to specjalnie!
Spojrzałem na Robina, który wpadł do klasy jak burza. Wyglądał jak naburmuszone dziecko. Bardziej efektownie wyglądałby tylko wtedy, gdyby tupnął nogą.
- Marudzisz – powiedziałem. – Bierz się lepiej za sprzątanie.
- Co? Serio mam sprzątać?
Uniosłem brwi.
- Oczywiście. Wydawało mi się, że jasno się wyraziłem.
Robin już chciał zaprotestować, ale ktoś zapukał i wszedł do klasy, więc siedział cicho. Chłopiec z młodszej klasy przywitał się cicho i usiadł w pierwszej ławce.
Czarnowłosy zaczął zamiatanie od okolic mojego biurka. Gdy tylko poszedł do mnie z miotłą, skrzywiłem się.
- Linn, śmierdzisz – stwierdziłem.
Chłopak z młodszej klasy spojrzał na mnie jak na UFO. Jego mina była po prostu genialna. Zapewne nie spodziewał się, że usłyszy takie słowa z ust nauczyciela.
- Kąpałem się wczoraj – burknął Robin z urazą.
- Śmierdzisz fajkami – uściśliłem. – Chyba wiesz, co w związku z tym, hm?
Westchnął tylko. Wyciągnąłem z jednej z teczek sprawdzian i podałem go młodszemu uczniowi. Robin wykorzystał tą chwilę i wywrócił teatralnie oczami. Uśmiechnąłem się półgębkiem.
Wstrętny, zadziorny gówniarz.
Dzieciak, który pisał sprawdzian, jako jedyny w szkole nie miał jeszcze wystawionej  oceny. Był zagrożony i ten sprawdzian mógł uratować mu dupsko na semestr. Młody pocił się nad zadaniami, które mu dałem, starając się wybrnąć z zagrożenia. Chyba nie umiał. Zwykle by mnie to nie obeszło, ale ostatnio taką minę miał Robin, a kilka godzin później ratowałem go po próbie samobójczej. Gdyby wtedy umarł, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Co jednak powinienem zrobić z tym chłopakiem?
- Proszę pana, idę po wodę i mopa – rzucił Robin, wychodząc z klasy.
Spojrzałem na dzieciaka.
- Dlaczego się nie nauczyłeś?
Podskoczył i zerknął na mnie spłoszony.
- Nauczyłem…
Wzruszyłem ramionami.
- W porządku. Pisz.
Dzieciak spuścił wzrok. Jeszcze przez chwilę coś bazgrał, a potem zagryzł mocno dolną wargę i wstał. Podał mi kartkę.
- Ma pan rację, nie umiem – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Przepraszam, że zmarnowałem pana czas… Został pan specjalnie dla mnie…
Zerknąłem na kartkę. Właściwie nie było co sprawdzać. Na pierwszy rzut oka było widać, że rozwiązał za mało zadań, żeby podciągnęło mu to ocenę na semestr.
- Muszę ci wpisać niedostateczny, Rai – poinformowałem go.
- Wiem… Jeszcze raz przepraszam. Pójdę już i… I… Dowidzenia.
Pozbierał szybko swoje rzeczy i wyszedł, nie dając mi możliwości przemyślenia tej sytuacji. Wziąłem do ręki długopis, gotowy wpisać mu tę ocenę, ale… zawahałem się. Tym razem nie była to moja wina, dzieciak sam przyznał, że się nie przygotował, ale… Czy to cokolwiek zmieniało? Co powinienem z nim zrobić? Sprawiedliwie byłoby postawić mu lufę.
Westchnąłem ciężko, masując nasadę nosa.
Zaczynałem nienawidzić swojej pracy.


Robin
Nalałem pełne wiadro wody w toalecie i złorzecząc chemikowi, postawiłem je na podłodze.
- Cholera, jakie ciężkie.
Wyszedłem z łazienki i skierowałem się do klasy, jednak zatrzymał mnie cichy płacz. We wnęce obok windy zobaczyłem tego chłopaka, który jeszcze przed chwilą pisał sprawdzian u Sebastiana. Odstawiłem wiaderko.
- Hej. Wszystko w porządku? – spytałem.
Chłopak schował twarz między kolanami.
- Zostaw mnie.
- Lepiej nie. Nie wyglądasz najlepiej. – Kucnąłem obok niego i westchnąłem. – Chodzi o chemię? Dokopał ci?
- Co za różnica?
- Mi dokopał – mruknąłem z przekąsem. – Dowalił mi takie zadania, że przez tydzień nie mogłem się pozbierać.
Chłopak chlipnął żałośnie.
- Nie dał mi nic trudnego. To ja się nie nauczyłem. Idź sobie, dobra? Chcę zostać sam.
- Czemu się nie nauczyłeś?
- Bo nie.
- Hej, słuchaj. To tylko szkoła. Poprawisz tą ocenę i…
- Ty nic nie rozumiesz.
- „Nic” to znaczy? – spytałem ze zdumieniem.
- Obiecałem mojemu bratu, że to zdam… Poprosił mnie o to przed operacją…
- Operacją? Jaką operacją?


Sebastian
- Jest problem!
Aż podskoczyłem, kiedy Robin wparował do klasy.
- Nie możesz postawić temu dzieciakowi niedostatecznej na semestr.
- Dlaczego?
Robin przysiadł na biurku tuż przede mną.
- Nie nauczył się, bo jego brat od trzech tygodni jest w szpitalu. Ma białaczkę. Młody oddawał mu przedwczoraj szpik, a poza tym, nie trudno zgadnąć, w jakiej był sytuacji wcześniej. On obiecał bratu, że to zda.
- Ale nie zdał.
- Wpisz mu dwóję, proszę.
- Nie nauczył się.
- Przedwczoraj pobierali mu szpik i…
- Cały semestr nie troszczył się o brata.
- Trzy miesiące temu na białaczkę umarła jego matka.
Westchnąłem.
- Nie odpuścisz, prawda?
- Nie.
- Wpisałem mu dwa, więc przestań marudzić.
Robin spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Wyprostował się.
- Nie mogłeś powiedzieć od razu?
Uniosłem jedną brew i uśmiechnąłem się kpiąco.
- Ale po co?
- Och, ty! Pokaż dziennik na dowód!
Westchnąłem, ale pokazałem mu, że naprawdę wpisałem temu chłopaki dwójkę. Robin uśmiechnął się szeroko i wybiegł z klasy. Miałem nadzieję, że dobrze zrobiłem.
Wrócił po chwili z wiadrem wody i mopem. Jego twarz zdobił najszerszy na świecie wyszczerz.
- I co?
- Młody znowu się rozbeczał, ale z radości – powiedział.
- Świetnie. Teraz odnieś to z powrotem i jedziemy do domu.
Linn jęknął cierpiętniczo i wyszedł z powrotem z klasy. Chciało mi się z niego śmiać.
Zszedłem na dół z dziennikiem i zostawiłem go w pokoju nauczycielskim.
Robin czekał na mnie na parkingu. Gdy mnie zobaczył, „dyskretnie” wyrzucił i zadeptał peta.
- Wszystko widziałem – powiedziałem.
Wzruszył ramionami. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do domu. Miałem nadzieję, że żadna wścibska sprzątaczka nas nie zauważyła, bo jeśli tak, jutro już wszyscy będą wiedzieć, że Robin odjechał ze mną spod szkoły.


Robin
- Masz ochotę na coś konkretnego na obiad?
Byłem trochę wkurzony na chemika, ale nie chciałem mu tego okazywać. W końcu jak by nie patrzyć, trochę racji miał z tymi lekcjami. No i był dla mnie dobry, więc nietaktem z mojej strony byłoby okazywać mu jawną wrogość.
- Może spaghetti?
… Trochę złośliwości jednak nie zaszkodzi.
- Może coś szybszego? Muszę jeszcze nadrobić zaległości sprzed świąt, żebym nie dostał więcej uwag.
Sebastian uniósł brwi (wrr…!). Mój wzrok zapewne był wyzywający, a on nie był typem człowieka, który ma zwyczaj unikać wyzwań.
- W takim razie rób, co chcesz. Tylko nie skupiaj się za bardzo na zaległościach, bo jeszcze coś pomieszasz w bieżącym materiale i dostaniesz złą ocenę. Z chemii, na przykład.
Prychnąłem.
- Nie moja wina, że mój nauczyciel od chemii jest jakiś dziwny.
Seba spojrzał na mnie wilkiem. Wziął do ręki swój kubek kawy i skierował się do wyjścia.
- Zawsze to jakaś wymówka dla złych ocen.
Pokazałem mu język, ale tak, że tego nie widział i wziąłem się za robienie spaghetti.
Zauważyłem, że coraz śmielej sobie z nim poczynam i coraz mniej jest rzeczy, których mu nie powiem czy błędów, których mu nie wytknę. Zacząłem się zachowywać trochę… wrednie jak na mnie. Albo to ze mną było coś nie tak, albo to przy nim nie szło inaczej. Faktem jednak było, że na za dużo sobie pozwalałem i świetnie zdawałem sobie z tego sprawę. Nie umiałem jednak i nawet nie chciałem przystopować. To, co było między nami… Hm, właściwie nie wiedziałem, co jest między nami. Coś się jednak działo i obaj badaliśmy grunt. Szczerze powiedziawszy to, że chemik prawdopodobnie chce mnie przelecieć, mile łechtało moje ego. W końcu był cholernie przystojny i… To taki typowy samiec. A ja? Już to przemyślałem. Ja jestem tym, który chyba tylko z największą ciotą na świecie wylądowałby na górze. Podświadomie widziałem się jako pasywa i TO miejsce w łóżku widocznie najbardziej mi odpowiadało. Nie byłem pewien, czy Seba odważy się przelecieć własnego ucznia, ale miałem zamiar go dopingować. I prowokować. Nie, żebym umiał, ale…
Coś zaśmierdziało spalenizną. Jęknąłem cicho i dopadłem kuchenki, gdzie w rondelku sos niemal już się całkiem sfajczył. Szybko się nim zająłem, nie chcąc zrobić z obiadu katastrofy, tak jak to miała w zwyczaju moja mama. Odetchnąłem z ulgą, kiedy go spróbowałem i nie stracił na… jakości, powiedzmy.
Po zrobieniu i zjedzeniu obiadu – w dość ciekawej atmosferze, to muszę przyznać – zabrałem się do pokoju i poszedłem przepisywać lekcje. Skończyłem też zadania, które Seba dał mi wcześniej i zaniosłem mu do sprawdzenia.
Nadeszła pora spania i tu pojawił się problem.
Gdzie mam się położyć spać? W sumie to nie zapraszał mnie do siebie, ale też nie wyganiał. Ciężko mi więc było się zdecydować.
W końcu, po długiej debacie w swojej głowie doszedłem do wniosku, że położę się u siebie w pokoju. Gdy chemik to zobaczył, wyraźnie się zamyślił.
- Jeśli znowu będzie ci się śnił koszmar i mnie obudzisz… - mruknął z wyraźną groźbą w głosie.
- Co mam w takim razie zrobić? – spytałem, rozkładając bezradnie ręce.
Chemik westchnął.
- Zróbmy tak. Do piątku będziesz spał u mnie i zobaczymy, jak to z tobą będzie. W weekend położysz się u siebie. Jeśli nada będziesz miał koszmary, pomyślimy, co dalej.
- Czyli… mam dzisiaj spać z tobą?
- Jutro zaczynam od rana, chcę się wyspać – powiedział jakby na swoje usprawiedliwienie.
- Uhm… wybacz, że ci budzę.
- Zamiast przepraszać, zastanów się, co z tym zrobić.
Westchnąłem i poszedłem za nim do jego sypialni.
- Wybacz, że nie uczę się w Hogwarcie i nie umiem rzucić na siebie „silencio”.
Seba parsknął.
- Wybaczam.
Skłoniłem się nisko.
- Dzięki, o łaskawco.
Uśmiechnął się lekko, kładąc na łóżku.
- Bardzo cię wypytywali? – spytał, układając się wygodnie. Położyłem się obok niego, czując gorące rumieńce na policzkach. Szybko się obudził z tym pytaniem, nie ma co.
- Tylko trochę. Nie byli zbyt wścibscy.
- Ciężko mi w to uwierzyć. A jak tam Brown? Też o nic nie pytał?
- Ma Lucy – powiedziałem niechętnie. – Dziwię się, że w ogóle zauważył moją nieobecność.
- Wyczuwam zazdrość.
Westchnąłem. Seba patrzył na mnie przez chwilę, po czym uśmiechnął się domyślnie.
- Lecisz na tego blondasa!
Spłoniłem się jeszcze bardziej i odwróciłem wzrok.
- Nawet jeśli, to co?
- Kiepski wybór. Na gorszego hetero nie mogłeś trafić.
- Może nie będzie tak źle. Zresztą, on o niczym nie wie.
- No, no, no… Taki zakochany, a mizia się ze swoim nauczycielem?
Wcześniej myślałem, że twarz już nie może mnie bardziej palić.
Myliłem się.
- Nie miziam się z tobą! A poza tym, jestem nastolatkiem. Mam swoje potrzeby.
- Pff.
Spojrzałem na niego karcąco.
- Już chyba lepiej z nauczycielem niż z uczniem – wytknąłem mu złośliwie.
- Nie przeciągaj struny, Linn.
- Bo co? Dostanę kolejną uwagę?
- Specjalnie mnie prowokujesz, co?
- Po co miałbym to robić?
- No, właśnie, po co? Po przeanalizowaniu twoich wcześniejszych słów wnioskuję, że masz na myśli te swoje „nastoletnie potrzeby”.
- Nie chcę cię wykorzystać!
- Geje się nie wykorzystują – nachylił się nade mną i dodał szeptem wprost do mojego ucha. – Geje się pieprzą.
Zadrżałem lekko, na szczęście Seba już się odsunął i tego nie poczuł. Oblało mnie gorąco.
Przełknąłem ciężko ślinę. To była okazja, żeby go spytać.
- Tego chcesz? Bo, wiesz… Chciałbym wiedzieć, na czym stoję.
- A jeśli tak, to co?
Moje serce zabiło mocniej.
- To ok. – Spojrzał na mnie zaskoczony. – Nie patrz się tak. Mówię serio.
- Na pewnych zasadach, oczywiście.
- Oczywiście.
- Nie zakochasz się we mnie.
Wyglądał, jakby to było dla niego najważniejsze. Widocznie chciał samego seksu, bez tej całej otoczki, która charakteryzowała normalne pary. W moim przypadku nie musiał się jednak o to martwić. Ja już miałem kogo kochać. Dotarło do mnie, że właśnie zaproponowałem mojemu wychowawcy niezobowiązujący seks. Linn, idź się utop! Tylko tym razem porządnie!
- Kocham Phila. Możesz być spokojny.
- Prawiczek?
- Aktywny czy pasywny?
Sama rozmowa o TYM sprawiła, że byłem podniecony. Wkurzało mnie, że nie potrafię nad tym panować. Jakbym nie mógł teraz zachować zimnej krwi i na chłodno to przekalkulować. Głupek, głupek, głupek!
- Aktywny – odparł.
- Prawiczek – mruknąłem.
Seba poruszył się na łóżku, a ja omal nie dostałem zawału. Skoro o tym rozmawiamy, może chce zrobić to teraz? Czemu nie, prawda?
Chemik zgasił lampkę i westchnął cicho.
- Śpij już. Może ten niedobry chemik zrobi kartkówkę i jeszcze dostaniesz jedynkę.
Zaśmiałem się.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
Zamknąłem oczy i zacząłem myśleć o czymś obrzydliwym, żeby pozbyć się niechcianego wzwodu. Nie było to zbyt łatwe…

Głośny, irytujący dźwięk wyrwał mnie brutalnie z krainy snów. Nieprzytomnie próbowałem zlokalizować jego źródło i pozbyć się go, a sklejone powieki w ogóle mi tego nie ułatwiały.
- Wyłącz to cholerstwo!
Po zdecydowanie za długich, jak na mój gust, poszukiwaniach, wreszcie udało mi się znaleźć telefon. Spojrzałem jednym okiem na wyświetlacz, ledwo rozczytując, o co chodzi.
„Phil”
Odruchowo nacisnąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem telefon do ucha, wzdychając ciężko.
- Halo? – wymamrotałem.
- Pozwoliła mi! – wykrzyczał Phil zadowolony.
Seba zawarczał ze złości, naciągając kołdrę na głowę. Przetarłem zaspane oczy.
- Coo? – ziewnąłem.
- No, dała mi!
- Coo?
- Lucy! – warknął zniecierpliwiony chłopak. – Uprawiałem seks z Lucy! Było super, szczególnie jak ją…
- Phil! – jęknąłem, wiercąc się na łóżku. – Jest środek nocy!
- No, to co? Lodowa Księżniczka oddała mi swoje dziewictwo, a ty śpisz?
- Jeśli powie jeszcze choćby słowo, ja jego pozbawię dziewictwa – warknął chemik wyraźnie wkurzony.
Zaśmiałem się cicho. Słyszał?
- Opowiesz mi jutro – wymamrotałem.
- Ale Robin! To było takie eks…
Seba zabrał mi komórkę i rozłączył się.
- Zabiję gówniarza! Odechce mu się ruchania na najbliższe sto lat!
- Mhmmm…
Byłem cholernie śpiący. Zamknąłem oczy z nadzieją na szybki i mocny sen.

- Wyciągamy karteczki – obwieścił Sebastian. Przysiadł na swoim biurku z rękami splecionymi na piersi i lustrował wzrokiem całą klasę. Chciało mi się śmiać. Znowu. – Walkers, pośpiesz się, dobrze? Masz ruchy jakbyś całą noc nie spała. – Lucy spłonęła rumieńcem. Nie dziwiłem się, bo Sebastian patrzył na nią tak, jakby dokładnie wiedział, co robiła tej nocy. Zresztą, właściwie to wiedział. – Brown, ty też jeszcze nie masz kartki? Uch, to chyba była upojna noc.
Klasa wybuchła śmiechem, a Phil wyglądał jakby dostał czymś ciężkim w łeb. Lucy siedziała cała czerwona. I dobrze suce, pomyślałem złośliwie. Może jej się odechce robienia TEGO z MOIM Philem.
Jeszcze nigdy nie miałem takiego dobrego humoru podczas pisania kartkówki.


***
Matur zdecydowanie nie powinno się pisać w czasie, kiedy zazwyczaj śpię. Zamiast rozkminiać, o co, do cholery, chodzi z tym całym Aresem, prawie drzemałam sobie na ławce na polskim rozszerzonym. I myśląc o Aresie wpadł mi do głowy kolejny pomysł na opowiadanie, spodziewam się więc, że polski poszedł mi fatalnie.
Ale co tam, matura to bzdura:).
Pozdrowienia dla wszystkich maturzystów... i nie-maturzystów.
Mam nadzieję, że rozdział się podobał.

czwartek, 9 maja 2013

~~.28.~~ + Epilog



Tom usłyszał, jak ktoś wchodzi do domu. Zerwał się z miejsca, przewracając krzesło i pobiegł do drzwi. Gdy zobaczył Billa omal nie rozpłakał się z ulgi. Podbiegł do niego i przytulił go z całych sił.
- Tom? Co jest? - zdziwił się chłopak.
- Co jest?! Ty się jeszcze pytasz?! Masz pojęcie, jak się o ciebie martwiliśmy?! - wrzasnął blondyn, czując, że obraz zaczyna mu się rozmazywać przed oczami.
- Przecież Kevin do was dzwonił.
- Co?! Oszalałeś?! Dał do zrozumienia, że coś ci się stało i się rozłączył!
Czarny patrzył zdumiony na Toma oraz Aleksa i Anię, którzy dołączyli do uścisków. Zakrzewski go wykiwał?
Młodszy Coger westchnął cicho. Mógł się tego spodziewać.
- Co ty w ogóle masz na sobie? - zdziwił się blondyn.
- A, to? Kevin mi pożyczył, bo moje... Ee... Podarły się.
- Nic ci nie zrobił? - spytał Aleks.
- Napędził mi trochę stracha... Ale poza tym, to był w porządku. Tom, musimy bardzo, ale to bardzo poważnie porozmawiać. Ale to za chwilę. Muszę szybko się ogarnąć, bo spóźnię się do szkoły.
- Jesteś głodny? - spytała Ania.
- Dzięki, już jadłem.
Starszy Coger patrzył na bliźniaka, który wbiegł do góry po schodach. Dopiero teraz jego mięśnie zaczęły się rozluźniać i poczuł nieludzkie zmęczenie. Bill wyglądał w porządku, ale coś mu nie pasowało. Od kiedy ich najgorszy wróg opiekuje się swoimi ofiarami? On przecież tylko czekał na okazję, żeby któremuś z nich dopiec. Dlaczego więc teraz z tego nie skorzystał?
I co, do cholery, miał znaczyć ten telefon?
Tom poszedł do kuchni i zjadł banana, nie był w stanie przełknąć niczego innego. Poczekał na bliźniaka, a potem razem wyszli z domu.
- O czym chciałeś pogadać? - spytał Billa.
- Nie uwierzysz, czego się dowiedziałem...
- To może zacznij wreszcie, dobra?
- Słuchaj, Kevin... On... On jest naszym bratem.
Tom zatrzymał się i spojrzał na brata z niedowierzaniem.
- Dzień kłamstwa jest w kwietniu! - powiedział.
Bill westchnął i zaczął opowiadać mu całą historię. Blondyn nie mógł w to uwierzyć. Był wściekły na bliźniaka, że nic mu nie powiedział o groźbach Kevina. A reszta? To wszystko wydawało mu się złym snem. Jak to możliwe, że ten psychopata jest ich bratem? Poczuł do ojca jeszcze większą nienawiść. Gdyby ten dziad teraz żył, własnoręcznie by go zabił!
Szok nie opuszczał go przez dwie pierwsze lekcje. Potem nagle wszystko stało się jasne i banalnie proste, znalazł wszystkie elementy tej skomplikowanej układanki i powciskał je we właściwe miejsca. Już wiedział, dlaczego Kevin od samego początku go nie lubił, dlaczego na każdym kroku go prowokował, i dlaczego tak chętnie znęcał się nad Billem. Wszystkie jego motywy stały się jasne i jego zachowanie nie było już tak bardzo tajemnicze, pomijając to, że Czarny spędził u niego noc i wrócił cały i zdrowy.
Jak to ogarnąć?
Spotkali Kevina na przerwie w towarzystwie Fabiana, Aleksa i Marcela. Wszyscy patrzyli na nich wrogo. Na twarzy Billa odbijała się niepewność, nie wiedział, jak Zakrzewski zareaguje. To, że nic mu nie zrobił i był dla niego względnie miły wcale nie oznaczało, że go lubi. Tom tylko westchnął lekko. Znowu wszystko się skomplikowało. Ledwo udało im się uporać z jednym problemem, a już mieli następny. Miał jednak jakieś głupie wrażenie, że już nie musi się bać o bliźniaka. Czuł, że Kevin mu nie zagraża. Oby to nie było mylne odczucie.
- Musimy pogadać – rzucił, patrząc szatynowi w oczy.
- Nie ma o czym gadać - odparł spokojnie chłopak.
- Dobrze wiesz, że jest. Należą nam się jakieś wyjaśnienia, nie uważasz?
- Nic się wam nie należy. Ciesz się, że go nie zabiłem. Narzygał mi na kurtkę, już powinien być trupem.
Tom zerknął na czerwonego bliźniaka. Gdyby nie powaga sytuacji, wybuchnąłby śmiechem.
- Po tym wszystkim co się stało chcesz to tak po prostu zostawić? - spytał starszy Coger.
Kevin wzruszył tylko ramionami i odwrócił się na pięcie. Reszta chłopaków podążyła za nim. Tom westchnął. Nagle Bill krzyknął i pobiegł za szatynem. Ten zatrzymał się i odwrócił w jego stronę. Jego kumple chcieli zostać i przekonać się, czego chce Czarny, ale szatyn spojrzał na nich morderczo i poszli dalej.
Bill nie wiedział, dlaczego w ogóle przejmuje się tym chłopakiem. W sumie to powinien go nienawidzić - gdyby nie on, nigdy nie pokłóciłby się z Tomem i nie przeżyłby dwóch lat w męczarniach. Nie potrafił jednak mieć do niego pretensji. Coś mu mówiło, że mogło być o wiele gorzej. Nie wiedział, dlaczego przyszło mu to tak łatwo i tak po prostu mu wybaczył. Może dlatego, że szatyn był jego bratem, a może po prostu zaczynał rozumieć, że też nie miał łatwo.
- Słuchaj, dziękuję ci za to, co zrobiłeś, a może raczej… za to, czego nie zrobiłeś. Przepraszam, że źle cię oceniłem. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał pogadać albo gdzieś wyskoczyć, możesz na mnie liczyć. To mój drugi numer, mam jeszcze jedną kartę w biurku – powiedział, podając mu kartkę z rzędem cyfr, którą szatyn automatycznie wsunął do kieszeni, nawet na nią nie zerkając. - Dzwoń i pisz kiedy tylko chcesz.
Kevin patrzył mu w oczy, ale nic nie powiedział. Jego twarz była nieprzenikniona. Bill sięgnął do zapięcia bransoletki, którą dostał na święta i odpiął je. Podał ją chłopakowi.
- Jeżeli naprawdę jesteśmy braćmi, to... wiem, że raczej mnie nie lubisz, ale chciałbym, żebyś to wziął. Spóźniony prezent na urodziny? - odezwał się niepewnie Czarny.
Kevin wziął do ręki srebrną bransoletkę i przeczytał napis, po czym spojrzał na Cogera i uniósł jedną brew.
- Żebyś pamiętał, że nie jesteś sam...
Szatyn spojrzał mu znowu w oczy i kiwnął nieznacznie głową.
- Twoje rzeczy... - zaczął Bill.
- Zatrzymaj je - rzucił Kevin.
Zerknął na Toma, potem z powrotem przeniósł wzrok na Czarnego. Nie mówiąc już ani słowa, podążył za swoimi kolegami.
- Oddałeś mu prezent wart jakiś tysiąc złotych? - spytał głupio Tom.
- Zasłużył na to.
- On to sprzeda.
- Nie sądzę. Mam wrażenie, że jest zupełnie inny, niż ktokolwiek by przypuszczał.
- Marzenia ściętej głowy - burknął Tom.
- Być może, ale... Mam dziwne przeczucie, że jeszcze się spotkamy.
- Mam nadzieję, że tym razem nie będzie chciał nam nic zrobić. Gdyby nie on, do niczego by nie doszło.
Czarny westchnął.
- Sam nie wiem. Zupełnie go nie rozumiem. Przez dwa lata dążył do tego, żeby nas zniszczyć, a teraz tak po prostu odpuścił? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mamy pewności co do naszego pokrewieństwa.
- Można to łatwo sprawdzić.
- Nie jest to takie proste. Musielibyśmy zobaczyć metrykę urodzenia, ale nam jej nie pokażą. Moglibyśmy go o to poprosić, ale to chyba nie jest odpowiedni moment.
Zadzwonił dzwonek. Zrezygnowali poszli na lekcję. Sytuacja wyglądała beznadziejnie.
- Bill? A co z mamą? Sądzisz, że powinniśmy jej powiedzieć? - zapytał Tom, gdy już wracali autobusem do domu.
Chłopak westchnął ciężko. Ta sytuacja przerastała ich obu.
- Nie wiem. Chyba nie. A ty jak myślisz? - odezwał się Czarny.
- Sądzę, że powinniśmy jej powiedzieć, ale nie teraz. Dopiero jak wszystko się ułoży, weźmie ślub z Aleksem... Minie trochę czasu... Nie wiem, jakiś rok? Może dwa? Nie mam pojęcia.
- Dobrze. Pomyślimy o tym później, dobra?
- Nasza tajemnica?
- Tylko nasza.
Chłopcy przybili żółwika na zgodę. Mieli tylko nadzieję, że sprawy już nie będą się bardziej komplikować. Tom nie ufał Kevinowi, od samego początku ich znajomości się nie lubili i szukali okazji, żeby sobie dokuczyć. Tamten miał swoje powody, Coger robił to z czystej przekory. Miał wrażenie, że teraz nadszedł ten spokojniejszy okres, kiedy wszystko powoli zacznie się układać, jednak nie mógł pozbyć się dziwnego wrażenia, że to nie koniec całej historii. Ciekawiło go, jakim cudem szatyn tak szybko zapracował sobie na zaufanie Billa. On sam musiał się nieźle namęczyć w tamtym świecie, żeby go do siebie tak do końca przekonać. Cóż, po prostu Czarny nie miał w ogóle instynktu samozachowawczego, sam zresztą mu to powiedział. Zbyt łatwo wybaczał wszystkie krzywdy. Tom miał tylko nadzieję, że to kiedyś nie obróci się przeciwko niemu. Jednak gdyby tak się stało, to istnieje właśnie Tom Coger, który będzie pilnował, żeby wszystko było w porządku.
Ach, ci młodsi bracia. Zawsze pakują się w kłopoty.



 *****


 Epilog


- Tom! - wrzeszczał Bill, pukając do zamkniętej łazienki.
- Czego chcesz?! - odkrzyknął blondyn.
- Pospiesz się! Zostało mało czas, ja też muszę skorzystać z łazienki!
- Trzeba było wstać wcześniej!
- Trzeba było powiedzieć, że masz zamiar tam siedzieć ze trzy godziny!
- Już kończę, odczep się!
Czarny oparł czoło o drzwi i westchnął zrezygnowany. Jeśli tak dalej pójdzie, pojedzie na ślub matki brudny i wściekły.
Usiadł pod drzwiami łazienki, podkulając nogi i chowając głowę między kolanami. Ciuchy, w które miał się przebrać po kąpieli, położył obok siebie. Garnitur wisiał w łazience.
Maj.
Te ostatnie miesiące w szkole tak szybko zleciały. Nim się obejrzeli, już trzeba było pisać maturę i spieprzać ze szkoły. Odkąd w styczniu rozstali się z Kevinem, ani razu z nim nie rozmawiali. Szatyn nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, odciął się od kolegów Toma i nawet po części od swoich. Bill słyszał kilka razy, jak dzieciaki plotkowały o jego bójkach i wybrykach. Było mu z tego powodu bardzo przykro. Codziennie czekał na telefon, jakąś wiadomość, cokolwiek, ale Kevin nigdy się do niego nie odezwał. W końcu dał sobie spokój. Widocznie szatyn nie uważał go za kogoś godnego uwagi. Przestał więc myśleć o swoim jednym bracie i skupił się na drugim.
Tom potrzebował pomocy. Olewał naukę od początku szkoły i miał wiele do nadrobienia. Bardzo się zmienił od czasu wypadku, nie wychodził już tak często z domu, a nawet jeśli to robił, zawsze zabierał go ze sobą. Większość dnia spędzali na nauce. Blondyn przeważnie leżał na łóżku, a Bill siedział obok niego i opowiadał mu wszystko po kolei, wcinając coś kalorycznego i próbując trochę przytyć. Następnie przepytywał brata z tego, co zapamiętał i uzupełniał luki o dodatkowe informacje. Obaj mieli z tego korzyści. Czarny sobie powtarzał, a Tom się uczył. Wieczorami przeważnie siadali razem z Anią i Aleksem przed telewizorem i oglądali jakiś film albo po prostu słuchali muzyki u siebie. Jednego dnia robili też graffiti w pokoju Billa - wyszło z tego niezłe cudo przedstawiające yin-yang i ich imiona w połówkach oraz obramowanie znaku wymyślone przez Toma. Nie obyło się też bez częstych wypraw z puszkami sprayu w plecaku. Mieli z tego niezłą radochę: Tom się realizował, a Bill występował jako krytyk jego dzieł.
Te kilka miesięcy minęło bardzo szybko, a młodszy Coger dostrzegał każdą zmianę, jaka zachodziła w bliźniaku. Jego zachowanie w szkole też się zmieniło, stało się mniej agresywne, chociaż oczywiście nadal był postrachem całej budy. Odkąd Kevin zaakceptował Czarnego, nikt już mu nie dokuczał, nikt nawet nie śmiał spojrzeć na niego krzywo. Dzieciaki szeptały między sobą, że teraz zamiast go gnoić, Kevin i Tom go bronią. Bill nigdy nie słyszał, żeby szatyn stanął w jego obronie, ale przecież nie wiedział wszystkiego. Tak czy siak, miał spokój. W szkole szło mu dobrze, po lekcjach zaganiał brata do nauki i miło spędzali czas. Te kilka miesięcy były najlepszym okresem w całym życiu Billa.
Oprócz tego matka zaczęła bywać częściej w domu, Aleks już jej tak ze sobą nie ciągał na różne spotkania i inne wyprawy. Bliźniacy nawet nie bardzo wiedzieli, czym on się zajmuje. Orientowali się, że był prezesem jakiejś ważnej firmy, ale nigdy specjalnie się nie interesowali tym, co on robi. Chyba chodziło o budownictwo, ale Bill nie dałby za to głowy.
Pewnego dnia wybuchła też awantura o to, gdzie będą mieszkać. Bliźniacy chcieli zostać w tym domu, ale Aleks prosił, żeby przeprowadzili się do niego. Jego dom był większy i przyszły ojczym miał tam lepsze warunki do pracy. Chłopcy nie chcieli tego robić, z tym domem wiązało się zbyt wiele wspomnień. Wymogli jednak na Ani obietnicę, że go nie sprzeda, i to w sumie ich przekonało do przeprowadzki. Uznali, że kilka lat i tak spędzą w internatach lub na stancji, tak więc ostatecznie mogą się zgodzić.
Nikomu nie powiedzieli o tym, co działo się podczas tego miesiąca, gdy rzekomo byli w śpiączce. Czarny chciał opowiedzieć wszystko matce, ale Tom niechętnie odnosił się do tego pomysłu, więc z tym również dał sobie spokój. Może jeszcze kiedyś uda mu się przekonać starszego brata?
Bill siedział tak i rozmyślał, gdy nagle drzwi łazienki się otworzyły i stanął w nich Tom. Był już ubrany w czarny garnitur i męczył się z krawatem. Nienawidził takich ciuchów.
Czarny zagwizdał, widząc go, a kiedy brat posłał mu mordercze spojrzenie, ze śmiechem wszedł do toalety i zatrzasnął drzwi. Szybko wziął prysznic i się ubrał. On również wbił się w czarny garnitur. W taki dzień, jak ślub mamy, można przecież się poświęcić i zamiast kochanych czarnych trampków założyć wypastowane półbuty. Eh, czego się nie robi dla rodziny.
Gdy już był gotowy, wyszedł z łazienki i zszedł na dół. Panowało ogólne zamieszanie i rozprężenie. Każdy czegoś szukał, każdy panikował, każdy miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Trochę im zajęło ogarnięcie całego tego bałaganu i pozbieranie się.
Ania Coger ubrana była w ładną, różową sukienkę, a jej blond włosy były delikatnie podkręcone. Cała rodzina pojechała do kościoła, gdzie już czekali wszyscy goście.
Ślub był bardzo uroczysty i wiele osób się popłakało. Była ponad setka gości, a rodzina Aleksa okazała się być całkiem sympatyczna. Bliźniacy jednak nie mogli opędzić się od swoich rówieśniczek, które lgnęły do nich jak ćmy do ognia. Byli w sumie jedynymi chłopakami w tym wieku. Wytrzymali zaledwie do północy, bo potem zwinęli ze stołu colę i dwie flaszki wódki i wkurzeni schowali się w jakimś magazynie, gdzie każdy ze swojej butelki popijał alkohol za zdrowie młodej pary. Urżnęli się jak nigdy w życiu i zasnęli przytuleni w kącie, co zostało uwiecznione na zdjęciu i wpięte do rodzinnego albumu. Widok ich słodkich uśmiechów i leżących obok dwóch pustych butelek po wódce jeszcze długo miał być wspominany przez całą rodzinę Aleksa, jak i ich własną.
Cóż, nikt jednak nie śmiał zwrócić im uwagi, że źle postąpili, bo to w końcu byli Bill i Tom Cogerowie.
Do bliźniaków Coger się przecież nie podskakuje.




KONIEC TOMU I




No i jest. Koniec pierwszego tomu. Ma ktoś jakieś sugestie co do tego, co będzie działo się w drugim?:) W mojej głowie powstał już niemal cały trzeci, ale chyba nie dam rady przelać tego na papier.
Od przyszłego tygodnia startujemy z kolejną serią przygód Billa i Toma... Zresztą, sami zobaczycie.
A co do matur (bo ktoś pytał, IVE chyba) - nawet całkiem przyzwoicie. Nawet angielski rozszerzony, który zdawałam hardcorowo jako przedmiot dodatkowy, poszedł mi całkiem dobrze.
Pozdrawiam!