niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział 22



- Andrej! Może mi się tylko wydaje, ale mieliśmy wyjechać pół godziny temu! – krzyknął Eric rozsierdzony.
- Już, już! – odkrzyknął model, pędząc po schodach z paczką fajek w ręce. – Zapomniałem papierosów.
- Wsiadaj wreszcie do auta, bo nigdy nie dojedziemy.
Eric był naprawdę zirytowany. Pejic zbierał się na ten wyjazd jakby nie miał zamiaru dojechać na miejsce do końca miesiąca. Chcesz się użerać z czymś gorszym niż baba? Zainwestuj w modela-geja! Wkurw gwarantowany.
- Cholera, gdzie jest moja katana?
- Zaraz pojedziesz goły!
- Już, już…
- Wrr…
Fotograf patrzył, jak chłopak jeszcze poleciał do kuchni, potem jeszcze do łazienki, a potem znowu po schodach na górę.
-  ANDREJ!
- No, już!
Chłopak zbiegł z góry i pokazał mu triumfująco katanę.
- Do auta! – warknął Richards, zastanawiając się, gdzie może kupić jakieś tabletki na uspokojenie.
- Jeszcze…
- DO AUTA!
- Maruda!
Model odpuścił i wyszedł wreszcie z domu. Eric też szybko zrobił to samo, chcąc jak najszybciej go zamknąć i nie pozwolić Andrejowi przypomnieć sobie o czymś jeszcze. Przeszukał kieszenie i aż zamknął na chwilę z irytacji oczy, zdając sobie sprawę, że nie wie, gdzie są klucze, a to on je cały czas miał przy sobie.
- Kurwa!
Następne dziesięć minut szukał kluczy. Dopiero potem przypomniał sobie, że czekając na kochanka poszedł do toalety za potrzebą i zostawił klucze na pralce. Zabrał je szybko i zamknął dom, a potem wreszcie wsiedli do samochodu i pojechali.
- Wyluzuj! – powiedział spokojnie blondyn.
- Najlepiej się zamknij, dobra? – warknął fotograf poirytowany.
Andrej wywrócił jedynie oczami.
Zaczęli ze sobą znowu rozmawiać po około godzinie. Eric odezwał się pierwszy. Złość już opadła i nie chciał jechać do rodziców z Andrejem akurat w momencie, kiedy są skłóceni. Zresztą, jego rodzice powinni to zrozumieć.
- Łeb mi pęka – poskarżył się model, wzdychając.
Eric uśmiechnął się złośliwie.
- A dupa cię nie boli
Andrej prychnął, ale jego policzki zabarwiły się soczystą czerwienią.
To był impreza jego życia.
I kompromitacja stulecia.

…Alkohol płynął strumieniami, a głośna muzyka nawoływała do tańca. Andrej jako pierwszy porwał wszystkich do zabawy. Z każdym po kolei wypił po kieliszku wódki, a że gości było sporo, miał już nieźle w czubie. Eric obserwował go uważnie, nie mogąc się nadziwić jego biegłości w piciu i, jak to mówią, głowa pijana, dupa sprzedana.
Najpierw młody Pejic wszedł na stół i zatańczył tak, że żadna prostytutka nie zrobiłaby tego lepiej, a potem cudem udało się go uratować przez rozwaleniem sobie głowy. Eric na szczęście nie był jeszcze zbyt pijany i zdążył zareagować na czas.
- Dzięki, skarbie – wymruczał model, chichocząc cicho. Był zupełnie rozluźniony i szczęśliwy. – Chodźmy do pokoju – szepnął cicho. – Mam ochotę na ostre…
- Chodź – mruknął Richards.
Wszyscy patrzyli na nich z ciekawością, więc wolał go zabrać w jakieś ustronne miejsce, zanim naprawdę się skompromituje. Andrej porwał po drodze jeszcze lampkę wina, którą wypił na dwa razy.
- Będziesz miał kaca stulecia – mruknął fotograf, zamykając na klucz drzwi od sypialni.
- Nieprawda! – zaśmiał się Andrej. Z trudem, ale jednak, udało mu się zdjąć koszulę. Cały czas patrząc Ericowi w oczy, zsuwał ją powoli z siebie, robiąc to naprawdę seksownie. Eric nie chciał wykorzystywać jego stanu, ale nie mógł oderwać wzroku od tych ponętnych ruchów i.. ust, które błyszczały lekko od różnych trunków.
- Kusisz.
Andrej znowu się zaśmiał. Zdjął spodnie i bieliznę i stanął do kochanka tyłem, po czym wypiął się.
 - Chcesz?
Fotograf poczuł, że zaczyna reagować na tą dziecinadę. Model zachwiał się i upadł na łóżko, wciąż się śmiejąc.
- O rety, najebałem się jak bąk.
- Właśnie widzę.
Eric zawahał się tylko na chwilę. Potem w mgnieniu oka się rozebrał i dołączył do Andreja, całując go mocno i namiętnie.
- Już… - marudził blondyn. – Chcę już.
Eric parsknął jedynie, sięgając po prezerwatywy i żel. Pospiesznie przygotował kochanka. Czuł, że nawet bez tego Andreja by nie bolało – po takiej ilości alkoholu raczej nic nie poczuje.
Napalony po pokazie sprzed chwili, przygotował się do wyjścia, kiedy Andrej złapał go w proteście za biodro.
- Co? – spytał Eric.
- Skarpetki.
- Co „skarpetki”?
Andrej spojrzał na niego dziwacznie.
- Nie będę się rżnął w skarpetkach, nie? Mam na nogach skarpetki.
Rozbawiony Eric zagryzł dolną wargę, widząc święte oburzenie swojego chłopaka.
- W czym ci te skarpetki przeszkadzają?
- Niewygodnie mi.
- Jak może ci być niewygodnie?
 - No, niewygodnie! Ze skarpetkami nie ma seksu.
Eric parsknął śmiechem.
- No, jasne, śmiej się! Śmiej! – mamrotał, samemu próbując się pozbyć ostatniej części garderoby. Fotograf spróbował to wykorzystać i ręką nakierował penisa do wejścia modela, ale ten zdzielił go mocno po łapach. – Poczekaaaaj! Jeszcze nie zdjąłem.
- To bolało.
- A może seks w skarpetkach zabolałby mnie? Pomyślałeś o tym?
Szatyn wybuchnął śmiechem.
- Miałeś rację. Naprawdę się najebałeś.
Andrej zdjął wreszcie skarpetki i ułożył się płasko na pościeli, wyraźnie zadowolony.
- Teraz już możesz.
Eric musiał się drugi raz pobudzać, tak go ta sytuacja rozbawiła. Przytulił Pejica i wsunął się w niego delikatnie. Chłopak objął go za szyję i przyciągnął do siebie jak najbliżej, podczas gdy Eric zaczął się w nim rozpychać. Andrej był taki przyjemnie ciasny… Oddychał teraz ciężko, na wpół podniecony, czemu fotograf się nie dziwił – po takiej ilości alkoholu najlepszy ogier nie byłby w stanie współżyć. A że Andrej sam się prosił i do seksu nie potrzebował akurat tej części ciała, Eric zdecydował się skorzystać z zaproszenia.
- Lubię, gdy tam jesteś… - szepnął chłopak sennie, gdy już było po wszystkim. – Nie wychodź.
- Chciałbym, kochanie, ale nie mogę.
- Zostań. Eric, nooo…
- Śpij.
- Chcę tam z powrotem. – Andrej dotknął swojej dziurki i jęknął. Była na wpół otwarta. – Proszę.
- Jednak racja – mruknął do siebie Eric, kładąc się obok blondyna. – Głowa pijana, dupa sprzedana.
- Mhmhmm… Nie zasnę, jeśli nie wejdziesz powrotem. Eric, nooo…
Fotograf pomyślał, że dzięki tej imprezie będzie miał na swojego chłopaka niezłego haka. Z westchnieniem wsunął w niego jednego palca.
- Mhmm…
- Stworzyłem bestię.
- Mhmhm?
- Śpij – mruknął Eric, poruszając nim delikatnie.
Nie musiał tego mówić, bo model już chyba spał dłuższą chwile, mamrocząc przez sen. Richards zabrał rękę i wytarł ją w pościel, a potem nakrył kochanka kołdrą. Ubrał się i wrócił na końcówkę imprezy, ciesząc się, że Andrej już śpi. Gdyby mu zaczął marudzić, chybaby walnął go w łeb.
Następnego dnia Andrej do czternastej nie mógł zwlec się z łóżka, narzekając na ból głowy. Eric spytał go wtedy złośliwie.
- A dupa cię nie boli?...

- Ha ha ha. Bardzo śmieszne! – burzył się Andrej. – Nigdy nie słyszałeś, że pijanych nie wolno?
- Powiedziałeś, że jak ci nie wsadzę, to nie zaśniesz.
- Na pewno mnie ściemniasz! Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział.
- Ale powiedziałeś. Cholera, mogłem cię nagrać.
- Spróbowałbyś tylko!
Andrej naprawdę nie mógł uwierzyć, że tak sobie pofolgował. Film mu się urwał przed końcem imprezy. Nie pamiętał tańczenia na stole ani tego, co stało się później w pokoju. Gdy Eric, niemal płacząc ze śmiechu, opowiadał mu o incydencie ze skarpetkami, miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Dobrze, że reszta jego znajomych nie była świadkiem tego, co działo się w sypialni.
Spaliłby się we wstydu jak nic.
Na dworze było już szarawo, kiedy wreszcie zajechali na miejsce. Przywitali się z rodzicami Erica i poszli do swojego pokoju, który zajmowali już kilka razy, kiedy przyjeżdżali do nich. Andrej od razu zrobił na nich wielkie wrażenie. Widywali go w telewizji i w różnych czasopismach i byli go bardzo ciekawi. W ciągu kilku godzin przeprowadzili z nim szczegółowy wywiad, próbując dowiedzieć się o nim dosłownie wszystkiego.
Ciężko było Andrejowi mówić, że nie byli wścibscy, zwłaszcza że Eric go wyśmiał, gdy to usłyszał. Pejic, swoim zwyczajem, bardzo szybko podbił ich serca i od pierwszego dnia traktowali go jak swojego syna. Czasami szatyn mu zazdrościł tej łatwości w nawiązywaniu kontaktów. Wcześniej miał wrażenie, że modelowi wszystko przychodzi nadzwyczaj łatwo, dopiero kiedy miał okazję się wokół niego trochę zakręcić, zmienił zdanie. Pejic na wszystko zapracował sobie i osiągnął sukces nie tylko dzięki nieprzeciętnej urodzie, ale również swojemu niepowtarzalnemu sposobowi bycia. No, bo kogo by nie urzekła taka urocza niezdara?
Zostawił chłopaka ze swoimi rodzicami i wieczorem poszedł na cmentarz. Jeden z grobów wręcz wzywał go do siebie, ilekroć wracał do rodzinnej wioski. Tym razem również czuł wewnętrzną potrzebę przyjścia w to miejsce.
- Proszę, proszę… Odwiedzamy rodzinne strony?
Eric obejrzał się i z niechęcią spojrzał na Marka.
- Co ty tutaj robisz?
- Nie ładnie tak witać starych znajomych. Odkąd jesteś z tym całym Pejicem, masz niewyparzony ryj.
- Odczep się, co? Już ci kiedyś mówiłem, że nie będziemy razem.
- Chyba jeszcze nie pojąłeś, Eric, że w moim słowniku nie ma słowa „nie” – powiedział spokojnie Mark, uśmiechając się złośliwie. – Jesteś mój i nie oddam cię tej małej przybłędzie.
- Nie obrażaj go.
- Och, chcesz go bronić? Aż tak bardzo ci na nim zależy?
- Nie twój interes.
Mark zagwizdał.
- A jednak. Kochasz go. I pewnie chcesz, żeby o niektórych rzeczach się nie dowiedział, co? – Richards zesztywniał, a jego plecy oblał zimny pot. Nie, tylko nie to… - To mogłoby być straszne… zostawiłby cię – Mark stanął przy sąsiednim nagrobku i patrzył przez chwilę na imię i nazwisko zmarłego. – Na pewno by cię zostawił.
- Czego chcesz? – spytał Eric, starając się panować nad głosem, ale i tak nie udało mu się to w pełni.
- Widzę, że się rozumiemy.
Mark podszedł do przyjaciela z dawnych lat i pocałował go w usta. Fotograf chciał go odepchnąć, ale nic nie zrobił, bojąc się ewentualnych skutków.
- Smakujesz tak jak kiedyś – mruknął czarnowłosy, uśmiechając się lekko. Czuł, że ma przewagę. – Nie martw się. Jeśli będziesz grzeczny, nic mu nie powiem… Nie chcemy przecież, żeby twój związek się rozpadł.
-  Nienawidzę cię.
- I znienawidzisz jeszcze bardziej. Wiesz, gdzie mieszkam, hm? W piątek o dziewiętnastej. Weź gumki i porządnie się przygotuj, bo mam zamiar zdrowo cię przerżnąć. – Mark zaśmiał się dźwięcznie, widząc zaciśnięte pięści szatyna. Spojrzał jeszcze raz na nagrobek, przy którym stał i uśmiechnął się lekko. – To będzie rżnięcie życia. Obiecuję, że nigdy tego nie zapomnisz.
Odszedł, zostawiając Erica samego. Mężczyzna zaklął szpetnie i kopnął pobliski kamień, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Nie miał pojęcia, jak z tego wybrnąć, wiedział tylko jedno – Andrej za żadne skarby świata nie mógł się dowiedzieć o jego tajemnicy. Jeśli ją pozna, odejdzie, a do tego Eric nie mógł dopuścić.
Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie chciało mu się płakać.

***
Rozdział niesprawdzony.
Wątek, o który mi chodziło, wprowadzony... Ktoś się domyśla, o co może chodzić?
Wybaczcie zwłokę, ale miałam trochę ograniczony czas.
Bliźniaków wstawię najprawdopodobniej jutro.
Ta historia o bracie Erica to... Hm... Nie to opowiadanie. Pisałam to szybko i ubzdurało mi się, że to powinno być tutaj. Już to zmieniłam, wybaczcie.
Pozdrawiam!

czwartek, 27 grudnia 2012

Prolog



„Macie bowiem wiedzieć, że są dwa sposoby walczenia
– trzeba być lisem i lwem”



- Myślisz, że to dobry pomysł?
Mężczyzna westchnął, skupiając wzrok na kobiecie, która stała przed kominkiem i sączyła drogie wino. Wyglądała na podenerwowaną.
- To jedyny pomysł – mruknął. – Gdyby tak po prostu się dowiedzieli, że mają brata bliźniaka, prawdopodobnie nie wybaczyliby nam tego do końca życia. No i… może kiedy się już lepiej poznają… Sam nie wiem, Simone. To był błąd, że Bill trafił do obcej rodziny, ale nic już nie możemy na to poradzić. Musimy jakoś doprowadzić do ich spotkania i przekonać, że możemy stworzyć szczęśliwą rodzinę.
- Oni nigdy tego nie zaakceptują – mruknęła kobieta zrezygnowana. – Nigdy.
- Słuchaj. Mamy dwa wyjścia. Albo chłopaki do końca życia będą trwać w nieświadomości i już na zawsze będą się budzić z krzykiem, śniąc o chwili, w której zostali rozdzieleni, albo próbujemy ich jakoś poznać i z czasem wyznamy, że są bliźniakami.
- Tak czy siak ich stracimy.
- Ale wtedy oni będą mieli siebie. To oni są tu najważniejsi. Zasłużyli na szczęście.
- Nie chcę stracić Toma po tym wszystkim, co musiałam przejść, żeby móc go zatrzymać.
- Wiem – Gordon wstał i podszedł do kobiety. Objął ją w pasie i ucałował delikatnie w policzek. – Ale teraz musimy zaryzykować, żeby już dłużej nie cierpieli.
Simone skinęła niechętnie głową. Bała się, że Tom nie zaakceptuje prawdy, kiedy już będzie musiała mu ją wyznać. Chłopak miał niezwykle twardy charakter i jeśli wbił sobie coś do głowy, nie było szans, żeby poszedł na kompromis.
Miała złe przeczucia.
- Dobrze. Spróbujemy ich sobie przedstawić na neutralnym gruncie.
- Są w tym samym wieku, to nie powinno być takie trudne. Wystarczy wysłać ich do jednej szkoły i klasy. Obaj są znani niemal w całych Niemczech, więc raczej nie powinno być problemu z przeniesieniem ich obu w jedno miejsce. Jeszcze dzisiaj zadzwonimy do Dereka i wyjaśnimy mu szczegóły planu.
Simone odetchnęła głęboko.
- To się źle skończy.

- Wszyscy już są? – nauczyciel rozejrzał się po klasie. Wszyscy byli wyjątkowo cicho, patrząc z ciekawością na dwójkę chłopaków stojących obok wychowawcy. Obaj różnili się jak dzień i noc – jeden ubrany był w ciuchy tak szerokie, że niemal się w nich topił, a długie dredy spływały mu na ramiona, częściowo ukryte pod full capem. Miał kolczyk w dolnej wardze i był bardzo wysoki. Plecak zarzucił niedbale na ramię i wyglądał na znudzonego. Łypał okiem niechętnie w stronę drugiego „nowego ucznia”. Wyglądał on jak typowy metal – był niezwykle szczupły, przez co spodnie na kolanach i w niektórych miejscach lekko mu odstawały, ale to dodawało mu uroku. Miał przefarbowane na czarno i rozpuszczone, chociaż starannie ułożone i przycięte włosy, które sięgały mu aż do ramion. W brwi błyszczał kolczyk. Długie glany kończyły się dopiero przed kolanami, a czarna bluza miała nadruk jakiegoś zespołu metalowego. Na nadgarstku i szyi nosił pieszczochę. Oczy lekko podkreślił czarną kredką, a na szyi miał krzyżyk zawieszony na rzemyku i opleciony drutem kolczastym. Wyglądał na lekko zirytowanego i również patrzył na „tego drugiego” niechętnie. Wyraźnie jednak cieszyło go, że górował nad nieznajomym. – Jak widzicie, mamy dwóch nowych uczniów. Przywitajcie ich ciepło. To jest Bill Kaulitz. Przyjechał do nas z południowej części Niemiec. Z kolei Tom Kaulitz mieszkał w Magdeburgu, tak więc niedaleko. No, dobra. Chłopcy, zajmijcie swoje miejsca.
Tom i Bill patrzyli na siebie podejrzliwie od chwili, kiedy usłyszeli swoje WSPÓLNE nazwisko. Żadnemu z nich nie podobało się, że czymś tak ważnym muszą podzielić się z obcą osobą. Tom nie lubił metalów, a Bill nie cierpiał skejtów.
Już pierwszego dnia doszło pomiędzy nimi do awantury, o której plotka obiegła całą szkołę w przeciągu jednej lekcji. Po pierwszym starciu nikt już się nie bał, że ten rok szkolny powieje nudą. Uczniowie podzielili się na dwa obozy – „zwolenników Billa” i zwolenników Toma”. Obaj chłopcy postanowili wgnieść „rywala” w betonową podłogę.
Pozostało tylko pytanie, który zrobi to pierwszy.

***
Przez ostatni miesiąc planowałam wstawić zupełnie inny twincest, ale dziwnym trafem zaczynam publikację tego. Mój pomysł z... wczoraj. Z pewnością zauważycie, że różne sceny będą podobne do moich poprzednich twincestów. Z każdego pojawi się jakiś element.
Pomysł średni, ale zobaczymy jak to wyjdzie.
Jeśli ktoś chce być informowany, proszę o informację w komentarzu albo na GG.
 Nie mam pojęcia (jeszcze), w jakie dni będą się pojawiać rozdziały.
Pozdrawiam!

wtorek, 25 grudnia 2012

Jak to z Dylanem było...



Miałam to wstawić wczoraj razem z życzeniami, ale padłam jak kawka i wstałam dzisiaj dopiero jakieś dwie godziny temu. Więc z małym opóźnieniem życzę Wam wszystkiego najlepszego w najbliższych dniach, szczerego uśmiechu na twarzy, udanego wypoczynku i nabrania energii do przeżycia kolejnego, zbliżającego się 2013 roku.
Doczekaliście się wreszcie. Przed Wami dodatek do "Okowów życia". Historia jednego z bliźniaków. Dedykuję tego one-shota Murasaki, która wytypowała mnie do Liebster Award, ale że miałam trochę do dupy w szkole, nie odpowiedziałam na jej pytania i już chyba tego nie zrobię, bo minęło sporo czasu... To dla Ciebie.
To pierwsze z opowiadań, które pojawią się w ciągu najbliższych kilku dni, więc... wypatrujcie.
Miłego czytania!

***

Nigdy nie chciał znaleźć się w TAKIEJ sytuacji.
Cały czerwony na twarzy chował się za Jeffem, który również nie wyglądał na kogoś, kto wie, jak postąpić w zaistniałej sytuacji. Wszystko pogarszał fakt, że obaj byli nadzy i siedzieli na kanapie w salonie.
Kilka metrów przed nimi stali Sean, Dominik i David. Sean w pierwszej chwili stanął jak wryty, a w następnej Dominik już musiał go przytrzymywać, żeby czasem nie zabił Jeffa. David pacnął się w czoło i pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć, że jego bliźniak dał się tak głupio złapać. Całe szczęście, że nie zabrał swojej dziewczyny na ten zaimprowizowany obiad. Gdyby to zobaczyła i przed kimś coś chlapnęła, Dylan nie miałby życia.
- Może zamiast się na nas gapić, pozwolilibyście się nam chociaż ubrać?! – spytał Dylan łamiącym się głosem.
Nie wiedział, co teraz będzie. David wiedział o wszystkim od jakiegoś czasu, ale Sean i Dominik trwali w błogiej nieświadomości. Nawet nie chciał sobie wyobrażać reakcji Seana na to wszystko. Bał się tego, jak jego starszy brat zareaguje na to, czego za kilka minut będzie musiał się dowiedzieć.
- Skoro nie wstydzisz się biegać z gołym dupskiem przy nim, równie dobrze możesz się ubrać przy nas! – warknął Sean rozzłoszczony.
- Kochanie! – mruknął Dominik, zaciskając ręce na ramionach partnera. Rzucił szybkie spojrzenie na Dylana. – Chodźmy do kuchni. Dylan i Jeff zaraz do nas dołączą.
Sean burczał coś jeszcze pod nosem, ale pozwolił się zaprowadzić do kuchni.
- Mam nadzieję, ze masz dobrą wymówkę, Jefferson! – krzyknął jeszcze do starszego mężczyzny. – W przeciwnym razie rozszarpię cię na strzępy.
David uniósł tylko jedną brew i popatrzył na bliźniaka z politowaniem. Chociaż pomagał mu ukryć ten związek, jego mina mówiła dobitnie, że nie ma zamiaru się wtrącać w rozmowę, która się odbędzie niedługo. Dylan nie miał mu tego za złe. Wiedział, że to on tutaj namieszał i teraz musi się z tego wytłumaczyć.
Gdy wszyscy opuścili salon, Dylan zerwał się z kanapy i szybko odnalazł poszczególne części garderoby. Ubrał się szybko i przeczesał palcami swoje dość długie blond włosy.
- Sean nas zabije – jęknął.
- Raczej mnie – mruknął Jeff, zapinając guziki koszuli. Wyglądał trochę żałośnie, biorąc pod uwagę, że część guzików Dylan oderwał chwilę wcześniej, kiedy szarpnął go za nią.
Jeff podszedł do niego i przytulił go.
- Będzie dobrze – mruknął. – Sean zrozumie.
- A jeśli nie? Będzie zły, że mu nie powiedziałem wcześniej.
- Sean nie będzie miał do ciebie o nic pretensji. Jak już, przyczepi się do mnie. O nic się nie martw, damy radę.
Dylan złapał go niepewnie za rękę. Jeff bez sprzeciwu splótł swoje palce z palcami młodszego chłopaka. Był za stary, żeby tłumaczyć się z takich związków, ale czego się spodziewał, wybierając sobie na kochanka chłopaka, który był od niego o dwadzieścia jeden lat młodszy? Po prostu musiał jakoś to załatwić tak, żeby nikt zbytnio nie ucierpiał. Zwłaszcza Dylan. To on był w tym wszystkim najważniejszy.
Spletli mocniej palce swoich dłoni i weszli do kuchni tak pewnym krokiem, na jaki było ich stać w tej sytuacji. Dylan czuł się źle z tym wszystkim. Oczy Seana zwężyły się niebezpiecznie, ale nic nie powiedział. Zacisnął tylko mocno zęby. Dominik pogłaskał go uspokajająco po ramionach.
Tylko David usiadł, pozostała czwórka stała. W kuchni panowała niezręczna cisza, której nikt nie chciał przerwać pierwszy.
W końcu David się odezwał.
- No? Macie zamiar tak milczeć cały dzień?
- Zamknij się, David! – warknął od razu Sean. – W ogóle nie byłeś zaskoczony, Dominik zresztą też! Czy tylko ja tu o niczym nie wiedziałem?
- Ja się tylko domyślałem, kochanie – rzucił brunet, obejmując partnera w pasie i wtulając jego plecy w swój tors. Po czternastu latach w związku wyglądali na kompletnie w sobie zakochanych, zupełnie jakby dopiero co się poznali.  Był to przykładny gejowski związek, który łamał stereotyp, że geje są bardzo rozwiąźli.
- Więc? – spytał Sean ostro. – Ile to trwa?
Dylan zacisnął mocniej palce na dłoni Jeffa.
- Dwa lata – powiedział w miarę spokojnie.
W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Właściwie wszyscy czekali jedynie na reakcję Seana.
- Dwa lata? – powtórzył głucho mężczyzna. – Dwa lata?! Chcesz mi powiedzieć, że przeleciałeś mojego brata, kiedy miał jeszcze siedemnaście lat?! Ty chuju!
Dominik w ostatniej chwili zdołał przytrzymać swojego wyrywającego się kochanka.
- ZABIJĘ CIĘ! JAK W OGÓLE ŚMIAŁEŚ GO TKNĄĆ?! Jest ze dwadzieścia lat od ciebie młodszy!
- Dwadzieścia jeden – wtrącił David.
Dominik spiorunował go wzrokiem.
- No, co? Przecież to prawda.
- NIE MIAŁEŚ PRAWA! NAWET NIE POWINIENEŚ O TYM POMYŚLEĆ! PRZECIEŻ TO BYŁO JESZCZE DZIECKO!
Sean wrzeszczał tak głośno, że gdyby nie wielkość domu, zapewne usłyszałaby ich cała okolica. Jeff patrzył młodszemu od siebie mężczyźnie hardo w oczy. Zdawał sobie sprawę z tego, że Sean ma rację, ale… nie potrafił żałować tego związku. Tylko dzięki Dylanowi przeżył ostatnie dwa lata. Gdyby nie on, w tej chwili zapewne byłby zwykłym wrakiem człowieka, alkoholikiem z masą pieniędzy do roztrwonienia.
- Mój brat… Jak mogłeś dotknąć mojego brata?
Sean powoli się uspokajał, chociaż nadal był wzburzony.
- To ja to zacząłem – odezwał się Dylan, zdobywając się na odwagę. – To ja go sprowokowałem.
- Wyjaśnijcie nam wszystko po kolei, Dylan – powiedział łagodnie Dominik. – Rozumiesz, że to dla nikogo nie jest łatwa sytuacja.
- W porządku. Zaczęło się przez… przypadek. Ja… nie byłem pewien swojej orientacji i… Jeff wtedy często do ciebie przychodził. Dowiedział się o zdradach żony i tym, że bardzo niedelikatnie przyprawia mu rogi. Kłócił się też ze swoimi dziećmi. Chcieli od niego tylko pieniędzy i był z tego powodu załamany. Trochę z Davidem podsłuchiwaliśmy, jeśli nadarzyła się okazja.

…Dylan uśmiechnął się lekko, kiedy zobaczył Jeffa w progu kuchni. Wiedział, że przyjaciel Dominika wręcz  obsesyjnie unika jego i Davida. Bliźniacy uwielbiali wycinać mu różne głupie kawały, za które Sean naprawdę niechętnie dawał im szlaban, bo też za Jeffem nie przepadał. Jeff odnosił się do nich naprawdę chamsko, kiedy Dominik nie mógł tego usłyszeć. Dylan nie lubił, kiedy ktoś czuł do niego antypatię bez żadnych konkretnych powodów, dlatego celowo go prowokował. Wiedział, że mężczyzna jest biseksualny, a on sam był w fazie eksperymentów. Postanowił zarzucić na Jeffa sieci. Jeśli jego uda mu się złapać, nikt mu się nie oprze.
- Cześć – powiedział Dylan z szerokim uśmiechem na twarzy. To chyba najbardziej denerwowało stojącego przed nim mężczyznę – nie ważne było, jak bardzo obrażał nastolatka, ten i tak zawsze witał go uśmiechem.
Chłopak nie miał na sobie koszulki. Dopiero się wykapał po dwóch godzinach siedzenia w siłowni.
- Jest Dominik? – spytał mężczyzna, nie odpowiadając na powitanie.
- Nie wiem, nie widziałem go dzisiaj. Chciałeś coś konkretnego?
- Już ci mówiłem, że masz się do mnie zwracać per „pan” – warknął Jeff.
- Jesteś aż taki stary? – Dylan udał zdziwienie. Szczęka gościa zacisnęła się gniewnie, a oczy pociemniały.
- Czy. Mógłbyś. Sprawdzić. Czy. Na pewno. Go. Nie ma? – wysyczał Jeff, starając się trzymać nerwy na wodzy.
Dylan prychnął, odwracając się do niego plecami.
- A może sam się pofatygujesz, co? Czuj się jak u siebie.
Mężczyzna zaklął szpetnie. Już nie pierwszy raz zapragnął przełożyć tego dzieciaka przez kolano i po prostu mu przygrzać. Od małego bliźniacy i Sean działali mu na nerwy. Zabrali mu Dominika i sprawili, że nie mógł nawet spotkać się sam na sam ze swoim przyjacielem. Kiedy Sean jeszcze się uczył, pod nogami wciąż kręcił się któryś z dzieciaków, w dodatku były to dzieciaki tak wstrętne, że Jeff chwilami dziękował Bogu za swoje nieznośne bachory, którym do szczęścia wystarczyła stówa w łapie.
Dylan i David nie byli tacy przekupni. Gdy po raz pierwszy spróbował ich przekabacić w ten sposób, David się rozpłakał i poszedł naskarżyć Seanowi, co chłopak odebrał bardzo dosłownie – Jeff przecież wiedział, w jaki sposób on i Dominik się poznali. Sean okropnie się wściekł, ale nie powiedział o tym Dominikowi, bo wtedy jeszcze nie czuł się u niego za pewnie.
Dominik i tak się dowiedział. A jak już się dowiedział, opierdolił przyjaciela od góry do dołu, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że Sean i dzieciaki są dla niego bardzo ważni i nie pozwoli ich obrażać w taki sposób. A Jeff chciał tylko, żeby ten bachor sobie poszedł, bo nie potrzebował dodatkowych świadków swoich zwierzeń.
Od tamtej pory nie próbował robić tego nigdy.
Dylan był tym spokojniejszym z bliźniaków. Chociaż przy swoim żywiołowym bracie wypadał naprawdę blado, nie dało się go nie zauważyć. Jeffa bardzo irytowało to, że za każdym razem, kiedy widział tego gówniarza, coś mu się dziwnie przewracało w żołądku. Dylan uśmiechał się naprawdę ślicznie i już jako mały szkrab był urzekający. Chociaż on i David byli z tych bliźniaków, których ni cholery nie idzie rozróżnić, Jeff dawał sobie radę właśnie dzięki temu uśmiechowi.
Okropna sprawa.
- Jesteś bezczelnym smarkaczem! – warknął Jeff, robiąc krok w stronę chłopaka. – Celowo się ze mną drażnisz, tylko pamiętaj! Któregoś dnia się przeliczysz!
Dylan wzruszył ramionami.
- Nie moja wina, że jesteś już stary dziad i nie pamiętasz prostych faktów ze swojego życia. Może mi się tylko wydaje, ale Dominik trzy raz w drzwiach ci wczoraj powtarzał, że dzisiaj wypada dwunasta rocznica jego związku z Seanem i przygotował dla niego niespodziankę gdzieś poza miastem. – Jeff znieruchomiał, ledwo powstrzymując chęć klepnięcia się w czoło. Zupełnie zapomniał! – Widzę, że dotarło. Jeśli znowu przyszedłeś się nad sobą użalać, niestety musisz poczekać do jutra.
- Nie użalam się nad sobą.
- Bynajmniej! – mruknął chłopak ironicznie. Odstawił pobrudzone naczynie do zlewu i otworzył jedną z szafek, gdzie znajdowała się wbudowana lodówka. Wyciągnął z środka paczkę frytek. – Jesteś… niezbyt stary, całkiem dobrze się trzymasz i na kilometr pachniesz kasą. Zamiast ciągle biegać do Dominika z żalami na swoją popierdoloną rodzinę, zacząłbyś żyć. Myślisz, że to są problemy? Czy zastanowiłeś się kiedyś chociaż przez chwilę, jakie problemy miał Sean, kiedy nasza matka dała nogę? Dam ci jedną dobrą radę. Pozbądź się żony, dzieci i kup sobie psa. On przynajmniej cię nie zdradzi.
Jeff odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami. Bał się, że jeszcze jedno słowo i zwyczajnie pobije tego gówniarza.
Przez kilka tygodni marzył o tym, żeby dzieciaka szlag trafił. Nie spodziewał się, że kiedy pewnego wieczoru przyjdzie do domu Dominika, coś w tym właśnie guście zobaczy.
Na początku wszystko wydawało się w porządku. Dopiero kiedy zajrzał do salonu ze zdumieniem zauważył, że ciężkie, staromodne meble, które stały w jednym kącie, były teraz przewrócone. Podszedł tam, ciekawy, co się stało i zamarł.
Spod mebli wystawała część ciała, a konkretniej jasna głowa, część tułowia i jedna ręka. Jeff podbiegł do chłopca i klęknął przy nim. Gdy Dylan usłyszał kroki, obrócił lekko głowę i spojrzał na gościa ledwo przytomny. Jego oczy były zaszklone, ale na twarzy pojawił się uśmiech. Po raz pierwszy w życiu wymuszony.
- Pomóż… Proszę.
- Dasz radę się wyczołgać, jak je podniosę? – zapytał Jeff.
- Tak.
Nie dał. Gdy Jeff podniósł ciężkie meble, ledwo dając sobie z nimi radę, Dylan zaledwie drgnął. Może był w szoku, a może naprawdę porządnie oberwał? Meble spadły mu przecież na plecy.
Jeff nie wiedział, jakim cudem udało mu się wyciągnąć stamtąd nastolatka, ale kiedy dzieciak już się do niego tulił, mamrocząc coś cicho, odetchnął z ulgą. Skoro mógł się normalnie poruszać, nie miał uszkodzonego kręgosłupa.
- Co się stało? Tak po prostu się przewróciły? – zapytał.
 Dylan go pocałował.
Szok to za lekkie słowo, by wyrazić uczucia starszego mężczyzny.
- Chcesz zapomnieć o żonie? – spytał cicho Dylan, dłonią umiejętnie ugniatając krocze swojego „bohatera”. – Dawno nie byłeś z żadnym facetem, co?
- Przestań.
- Nie mów, że nigdy nie miałeś na mnie ochoty. Jestem młody i ładny. Na pewno ci się spodobam.
Jeff nie wiedział, czy Dylan naprawdę tak myślał, czy była to reakcja na szok. Jego oczy wyglądały jednak normalnie i była w nich ogromna determinacja.
To Jeff skapitulował.
Przez jakiś czas mężczyzna unikał nastolatka, mając w pamięci jego słowa. A potem pewnego dnia pokłócił się ze swoją żoną. Było mu przykro, bo pomimo tych wszystkich problemów, darzył ją szacunkiem. Naprawdę rzadko ją zdradzał, a jeśli już to robił to tak, by nikt nie miał o niczym pojęcia. Ona nie kryła się z niczym. Zarzucała mu, że ogranicza jej dopływ pieniędzy, chociaż w ciągu roku traciła setki tysięcy na swoje zachcianki. Ciągle chciała czegoś więcej. Chciała, żeby zarabiał jak najwięcej pieniędzy, a jednocześnie poświęcał czas tylko jej, żeby czuła się jak księżniczka. Była zła, że zrobił jej trójkę dzieci, że straciła przez nie wiele lat swojej młodości, a na koniec kazała mu się wyprowadzić z własnego domu, żeby jego miejsce mógł zająć jej nowy kochanek.
Tego było za wiele. Po raz pierwszy nie zachował się tak, jak go wychowywano. Pchnął ją na łóżko i wykrzyczał jej wszystkie swoje żale, wszystkie pretensje i uzasadnione motywy postępowania. Było mu naprawdę przykro, że nawet najbliższa mu rodzina ma go jedynie za skarbonkę, z której zawsze można wyciągnąć nieokreśloną ilość pieniędzy. Poczuł się tak samotny jak nigdy w życiu. To on się w końcu popłakał, kiedy po tym wszystkim kazał jej się wynosić z jego domu. Wsiadł w samochód i nawet się nie zastanawiał, gdzie jedzie. Dopiero gdy zaparkował przed domem Dominika, zorientował się w swoich zamiarach.
Otworzył mu Dylan. Jak zwykle. David często chodził na różne imprezy i uwielbiał się bawić, ale Dylan był ulepiony z innej gliny. On lubił domowe zacisze, gdzie mógł się poświęcić swojej pasji. Jeff tylko raz miał okazję zobaczyć jeden z jego rysunków i wprost nie mógł uwierzyć w jego talent. Dzieciak miał przed sobą przyszłość, był tego pewny.
- Coś się stało? – spytał Dylan cicho, patrząc na niego z troską. Zaschnięte łzy wciąż musiały zdobić jego twarz.
- Nadal chcesz mnie pocieszyć? – spytał Jeff bez ogródek.
Dylan nie wahał się nawet chwili. Zamknął za sobą drzwi i pociągnął go do małej altanki w ogrodzie, gdzie czasami rysował.
Chłopak stworzył sobie tam wspaniałe warunki do pracy. Latem on i David często tam razem spali, nie wyjaśniając nikomu, co oni tam właściwie robią i dlaczego akurat tam. To było po prostu ich miejsce, coś jak domek na drzewie dla innych dzieciaków.
Gdy tylko weszli po schodkach do środka, Dylan pociągnął go do ścianki. Rozłożył pospiesznie koce i pościel, po czym bez słowa zdjął z siebie koszulkę.
Jeff popchnął go na posłanie i zaczął całować po całym ciele. Dylan był taki młody… Miał takie delikatne i piękne ciało. Zazdrościł mu tego. Zazdrościł, bo chłopak dopiero właściwie zaczynał żyć, podczas gdy on już swoje przeżył. Miał już prawie czterdziestkę na karku. Wystarczająco dużo, żeby pragnąć być młodszym.
 Chłopak po raz kolejny go zaskoczył. Odepchnął jego ręce i kazał mu się ułożyć na kocach, a potem pieścił go mało wprawnie przez długie minuty, bardzo powoli pobudzając. Dopraszał się o instrukcje, które wypełniał bez cienia zażenowania. Dla Jeffa sam fakt, że tak młody i śliczny chłopiec patrzy z podziwem na jego ciało, był szokujący. Ale cieszył się z tego. Z każdego najdrobniejszego gestu chłopaka czerpał tyle przyjemności, ile nie czerpał nigdy z seksu z żadną inną osobą.
Jęknął głośno, kiedy Dylan wziął go w usta.
- Nigdy tego nie robiłem – mruknął cicho nastolatek, jakby na usprawiedliwienie, po czym zaczął go zawzięcie ssać. Brał go w usta tak głęboko, ja był w stanie, pieszcząc intensywnie. Zasysał się na czubku i oblizywał go, doprowadzając Jeffa do pasji.
- Nigdy bym się nie domyślił – mruknął mężczyzna, gdy chłopak przerwał. Odgarnął swoje długie blond włosy do tyłu. Dla Jeffa artyści mieli właśnie takie włosy, które opadały na twarz, przysłaniając oczy.
Dylan wstał na chwilę i wychylił się w bok, a potem nagle w jego ręce pojawił się żel intymny i prezerwatywy. Bez słowa podał to swojemu kochankowi, po czym ułożył się na plecach i czekał. Jego członek sterczał dumnie, ale chłopak nie poprosił, żeby Jeff się nim zajął.
- Robiłeś to kiedyś? – spytał mężczyzna, nakładając prezerwatywę.
Chłopak pokręcił głową.
- Ufam ci – powiedział tylko.
- Dominik mnie zabije – westchnął mężczyzna, układając się pomiędzy rozsuniętymi nogami młodszego chłopaka.
- Nie musi o tym wiedzieć – odparł Dylan. Syknął cicho, kiedy pierwszy palec zagłębił się w nim. Nikt jeszcze tam nie był.
- Już…
Jeff nie miał zbytniego doświadczenia z chłopakami, ale sądził, że jedno szybkie pchnięcie jest lepszym rozwiązaniem niż powolne tortury. Gdy tylko wsunął w chłopaka główkę, jednym szybkim, ale delikatnym pchnięciem, wszedł w niego do końca. Dylan jęknął, rozsuwając zmysłowo usta.
- Dlaczego to robisz? – spytał Jeff.
Dylan uśmiechnął się, gładząc go po ramieniu.
- Lubię cię.
Jeff miał ochotę się rozpłakać. Pocałował nastolatka i wykonał pierwsze pchnięcie. Dylan jęknął, poruszając się pod nim nerwowo, jednak po kilka delikatnych ruchach rozluźnił się. Widocznie przestało go boleć. Jeff zaczął się poruszać szybciej, cały czas całując młode ciało. Doszedł bardzo szybko, prawie błyskawicznie. Schował twarz w zagłębieniu szyi chłopaka i zapłakał cicho.
Tak dawno już nikt mu nie powiedział, że go lubi.
Opuścił ciało Dylana i uświadomił sobie, że prezerwatywa im pękła.
- Pękła – mruknął z poczuciem winy.
Dylan w pierwszej chwili znieruchomiał, a potem zamknął oczy i wziął głębszy oddech.
- Jesteś zdrowy? – spytał niepewnie.
- Nie uważasz, że powinieneś zapytać przed?
- Jesteś czy nie?
- Jestem.
- Więc nie było tematu. Ja też.
Dylan nie wiedział, co zrobić, więc odwrócił się do kochanka plecami i skulił na posłaniu. Jeff odetchnął i ułożył się obok dzieciaka. Jego ręka odnalazła wciąż sztywny penis nastolatka i zaczęła go wprawnie pieścić.
- Nie zapomniałem o tobie – mruknął.
Gdy tylko udało mu się chłopaka doprowadzić na szczyt, kilka sekund po wszystkim Dylan już spał wtulony w niego jak małe kocię.
W tamtej chwili Jeff zdał sobie sprawę, że go kocha…

- Na początku Jeff nie chciał tego kontynuować – mówił cicho Dylan, ze wzrokiem wbitym w podłogę. – Bał się waszej reakcji, ale jego żona znowu coś odwaliła i znowu nie miał komu się wyżalić. On… miałem wrażenie, że myśli nawet o samobójstwie.
Dominik otworzył usta ze zdumienia, ale wzrok Jeffa powiedział mu wszystko. Tak, naprawdę o tym myślał. To były najgorsze tygodnie w jego życiu, nic mu się nie udawało, miał problemy w pracy i w domu.
- Przyjechałem do was – podjął wątek mężczyzna. – Jak zwykle w domu był tylko Dylan. Zaczęliśmy rozmawiać. Przegadaliśmy niemal całą noc. Przekonał mnie, żebym wniósł pozew o rozwód. Tak też zrobiłem, podejmując pewne kroki prawne. Zaczęliśmy ze sobą spędzać więcej czasu. Początkowo tylko zabierałem go na obiad, do kina, gdziekolwiek… Dobrze nam się rozmawiało, a Dylan cieszył się dosłownie ze wszystkiego. Dużo też wtedy rysował, mimowolnie rzucając mi wyzwanie. Zdarzało się, że całymi godzinami myślałem nad kolejnym miejscem, w które go zabiorę, żeby przebiło swoim pięknem to poprzednie i żeby Dylan mógł je uwiecznić w swoim szkicowniku. Po kilku tygodniach wypadły urodziny bliźniaków. Dzień przed postanowiłem spędzić z Dylanem. Wiedziałem, że w ich urodziny pewnie dom będzie pękał w szwach.

- Gdzie mnie zabierasz? – pytał Dylan z ciekawością.
Jeff mu się dziwił. Dlaczego się nie bał? Przecież nie był głupi. Wiedział, że jego towarzysz jest teraz pod wpływem wielkiego stresu i presji, a wcześniej go nie lubił. Tak łatwo byłoby zrobić mu krzywdę… Położyć dłonie na jego smukłej szyi i zacisnąć je tam… Tak łatwo byłoby go pobić, zabić… Czemu Dylan się nie bał? To, że przyjaźnił się z Dominikiem nie oznaczało, że go nie skrzywdzi. Dlaczego to ignorował?
- To niespodzianka.
- Ej. Nie jestem czasem za duży na niespodzianki? Jutro kończę siedemnaście lat!
- Być może, ale dzisiaj wciąż masz jeszcze szesnaście.
Dylan westchnął.
- Daleko jedziemy?
- Jeszcze ze dwie godzinki.
- Mhm… Zdrzemnę się trochę, ok?
Niespodzianką okazał się domek w górach, w malowniczej okolicy, gdzie Dylan mógł czerpać natchnienie do rysowania nawet ze zwykłej muchy. Gdy chłopak zobaczył otaczającą go przyrodę, aż zaczął podskakiwać z radości.
Pół dnia biegał po okolicy ze szkicownikiem i uwieczniał na kartkach wszystko, co tylko zobaczył w zasięgu wzroku. Nawet biednemu gównu nie przepuścił, a to z kolei sprawiło, że Jeff po raz pierwszy od miesięcy roześmiał się naprawdę szczerze. I jeszcze komentarz oburzonego Dylana – „sztuka to sztuka”.
A potem zjedli we dwójkę kolację, wypili trochę wódki (Dylan pogardził wytrawnym winem za kilka stów) i kochali się namiętnie aż do rana. Gdy Dylan spał, Jeff zawiesił mu na szyi łańcuszek z literką „D”. Bał się, że danie mu swojej literki jest zbyt śmiałe, więc wybrał pierwszą literkę jego imienia.
Dylan.
Piękne imię…

- Wtedy pokapował się David – kontynuował Dylan. – Po naszych urodzinach. Dorwał się do mojego telefonu i przeczytał moje smsy. Dość jednoznaczne, przynajmniej z mojej strony. Okropnie się wtedy pokłóciliśmy. Był wściekły, że nic mu nie powiedziałem. Po raz pierwszy w życiu pobiliśmy się naprawdę. Nigdy tego nie zapomnę.
David zagryzł dolną wargę i po raz pierwszy od początku rozmowy spuścił wzrok.
Źle się czuł z tym, że tak wtedy naskoczył na bliźniaka.

…Dawno nie płakał. Nawet kiedy miał jakiś wypadek czy coś mu nie szło, radził sobie ze łzami. Był niezwykle pogodną osobą i ciężko było mu zepsuć humor.
Teraz tak po prostu czuł, że mimo zagryzania warg niemal do krwi, zdradzieckie łzy zaczynają mu spływać po policzkach. Trochę bolała go warga w miejscu, gdzie David go uderzył. Po krótkiej szarpaninie Dylan uciekł do swojego azylu. Rysowanie zawsze mu pomagało się uspokoić, ale nie tym razem. Miał z Davidem różne konflikty, ale jeszcze nigdy nie było to nic tak poważnego.
- Dylan?
Zacisnął mocno powieki, pozwalając spłynąć kolejnym łzom. Wyprostował się i kontynuował rysowanie, chociaż drżała mu ręka i prawie nic nie widział przez łzy.
- Dylan… przepraszam.
Głos Davida był cichy, pełen poczucia winy. Chłopak podszedł do bliźniaka i usiadł przy nim, nie wiedząc, co zrobić.
- Dylan?
Chłopak rozpłakał się w głos.
- Nie chciałem tego przed tobą ukrywać – wyszlochał Dylan. – Bałem się, że nie zrozumiesz.
- Jest dla ciebie za stary.
- Kocham go.
David nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć.
- Dobrze nam razem… Naprawdę. I dobrze mnie traktuje. Dba o mnie i nie robi mi nic złego.
- W świetle prawa jest pedofilem.
- Nie zmusza mnie przecież do niczego. Sam mu to zaproponowałem.
- Dylan…
- Nie chciałem ci mówić, bo bałem się, że nie zrozumiesz. A jeśli ty mnie nie zrozumiesz, to kto?
- Nie płacz. Proszę.
David objął brata i pozwolił mu się do siebie przytulić. Dylan szlochał głośno, mocząc mu koszulkę na piersi. Coś go boleśnie ściskało gdzieś w brzuchu, kiedy słyszał płacz brata. Ostatni raz widział go płaczącego, kiedy miał dwanaście lat i spadł z drzewa.
- Jeśli jesteś z nim szczęśliwy – zaczął David – to nie mam nic przeciwko. Naprawdę. Nie lubię go, ale jeśli między wami jest ok, to w porządku. Tylko, Dylan… Wiesz, że Sean się wścieknie, jak się dowie?
- Nie musi się dowiedzieć.
- To jest Sean… On zawsze wie. Nie będzie zachwycony.
- Na razie nie ma o czym mówić. Spotykamy się od niedawna.
David skinął głową.
- Nie płacz już. I jeszcze… przepraszam, że cię uderzyłem. Zdenerwowałem się.
- Nic się nie stało.
Gdy Dylan się uspokoił, poszli do jego pokoju i do późno w nocy chłopak opowiadał bratu całą historię, nie pomijając żadnych szczegółów. Chciał być z nim szczery. David naprawdę na to zasłużył…

- Wszystko układało się nam naprawdę dobrze. Nie mieliśmy żadnych większych awantur, a nawet jeśli dawałem Jeffowi w kość, szybko się godziliśmy. Dzięki Dominikowi i temu, że Jeff przepisał na niego chwilowo całą swoją firmę przed złożeniem pozwu, udało mu się zatrzymać prawie wszystkie pieniądze. Jego żona dostała marne grosze, z czego nie była zbyt zadowolona. Zgodziła się na rozwód, bo znalazła sobie innego „sponsora”. Po rozwodzie Dominik przepisał firmę z powrotem na Jeffa i wszystko wróciło do normy. Wprowadził się do innego domu, bo tamten w spadku przypadł tamtej harpii. Wszystko było dobrze, dopóki jego dzieci się nie dowiedziały, że z nim jestem. Któregoś razu czekałem na niego w jego domu, kiedy wpadła tam cała święta trójca. Jeff był jeszcze w pracy, spóźniał się. Już na wstępie wiedziałem, że mam przechlapane.

…Dylan bujał się lekko w rytm muzyki lecącej z jego telefonu. Przygotowywał dla siebie i kochanka kolację, zastanawiając się, kiedy zrobi zadania domowe na poniedziałek. David był w innej grupie z hiszpańskiego i miał inne tematy, a jemu nie chciało się nic robić.
Kątem oka zerknął na rysunek, który przyniósł dla Jeffa. Naszkicował ich razem z jednego ze zdjęć, które zrobili sobie z ciągu ostatniego roku. Nie chciało mu się wierzyć, że są razem już tyle czasu. W dodatku zbliżały się jego urodziny, a to oznaczało porządną imprezę.
Drzwi trzasnęły, ale chłopak wiedział, że to nie był jego kochanek. Usłyszał wyraźny stukot cienkich szpilek na panelach i jeszcze jakieś inne kroki. Wyjrzał zza drzwi lodówki, ciekawy, kogo przywiało.
- Proszę, proszę.
Dylan wiedział, kto przyszedł. W portfelu Jeffa była cała święta trójca, jak nazywał dzieci swojego chłopaka. Uśmiechnął się szeroko.
- Hej. Nie znamy się, prawda? – odezwał się Dylan, zamykając lodówkę.
Jeden z jasnowłosych chłopaków uniósł jedną brew.
- Przyszliście do ojca? – dopytywał blondyn. – Dzwonił przed chwilą, że się trochę spóźni. Jeśli macie ochotę, możecie zostać na kolacji. Z chęcią was poznam.
- Zostaw naszego starego w spokoju, mała dziwko – warknęła dziewczyna, patrząc na niego z pogardą. – Jeśli myślisz, że coś ci zapisze za dawanie dupy, to…
- Wasza matka nie dostała zbyt wiele za świadczenie takich usług, więc ja chyba też nie mam na co liczyć – odszczeknął się Dylan, powodując tym samym, że cała trojka zamarła w szoku. Uśmiechnął się lekko– Serio, po co ta nienawiść? Nie chcę od waszego ojca kasy.
- Mamy uwierzyć, że dajesz dupy za darmo? – spytał kpiąco starszy z chłopaków.
Dylan odgarnął do tyłu swoje długie włosy.
- Wy naprawdę nie doceniacie swojego staruszka, co? Dowiem się, co z tą kolacją? Zostajecie?
- Nie zmieniaj tematu! – warknął chłopak agresywnie, robiąc krok w jego stronę. – Panoszysz się tutaj jakbyś miał do tego prawo! Jesteś prawie w naszym wieku, jak możesz z takich staruchem…
- Nie sądzę, żeby to był twój interes – odparował Dylan. – Nie masz własnego życia osobistego, że zajmujesz się czyimś? Nie chcę od waszego ojca kasy, nie potrzebuję jej. Mój brat ma jej w bród. Ale wam, jak widzę, bardzo zależy. Może gdybyście nie robili z ojca dojnej krowy, nie miałby oporów przed rozpieszczeniem was?
- Jak śmiesz, ty…
Dylan spodziewał się ciosu od któregoś z chłopaków, całkowitym więc zaskoczeniem było dla niego uderzenie kobiety. I nie, nie uderzyła go w twarz „z liścia”. Przywaliła mu z pięści na tyle mocno, że padł na podłogę nie bardzo wiedząc, co się dzieje.
- Co ty…
Syknął głośno, kiedy starszy z chłopaków wykorzystał okazję i kopnął go w brzuch.
- Weź od starego chociaż centa, a popamiętasz nas do końca życia.
Młodszy z chłopaków stał nieruchomo. Gdy Dylan spojrzał na niego, chłopak odwrócił wzrok. Miał piętnaście lat, jeśli dobrze pamiętał. Alan. I chyba niezbyt podobało mu się to, co robiło jego rodzeństwo.
Dylan zacisnął zęby i podniósł się. Chociaż nie bił się z Davidem, często się siłowali i miał w tym naprawdę dobrą wprawę. Nie bał się otwartej bójki.
- Nie będziesz mi rozkazywał. Gdybyś był przykładnym synem, nie musiałbyś się martwić o swój majątek. Jeff prędzej zapisze swojej pieniądze zwykłym dachowcom niż wam.
- Ty…
- Co tu się dzieje?!
Jefferson podszedł szybko do nastolatków. Jeden rzut oka wystarczył, żeby wszystko zrozumieć.
- Wynoście się stąd! – krzyknął do swoich dzieci rozzłoszczony.
- Tato… - odezwał się Alan niepewnie.
- Powiedziałem wynocha! Nie chcę tu widzieć żadnego z was.
- Jeff…
- Nie broń ich, Dylan. Mają się stąd wynieść.
Dziewczyna prychnęła jak kotka i wyszła z dumnie uniesioną głową. Starszy chłopak również poszedł w jej ślady. Ostatni w kierunku wyjścia ruszył Alan, wyraźnie zawiedziony. Dylan chciał go zatrzymać, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
- Wszystko w porządku? Czego chcieli?
- Tylko mnie poznać, nic wielkiego – powiedział nastolatek. – Twoja córka ma cios, to ci muszę przyznać.
- Uderzyła cię?
Dylan zaśmiał się.
- Znokautowała mnie jak zawodowy bokser.
Jefferson westchnął.
- Jutro idę do adwokata, zmienić testament. Wydziedziczę wszystkie te wstrętne bachory.
Chłopak westchnął.
- Powinieneś porozmawiać z Alanem.
- Dlaczego?
- Nie wiem, po prostu tak czuję. On nie jest tacy jak tamta dwójka, Jeff.
- Skąd możesz wiedzieć? Nie znasz go.
- Znam się na ludziach.
Dylan mówił prawdę. Mimo to Jeff zignorował swojego najmłodszego syna i celowo go unikał, nawet jeśli ten przychodził do niego do biura.
Po tygodniu do Jeffa zadzwonili ze szpitala, informując, że jego syn trafił do nich po przedawkowaniu jakiegoś leku. Mężczyzna był w szoku, chociaż tamtego dnia jeszcze wiele rzeczy miało wyprowadzić go z równowagi.
Początkowo wszystko przyjął dość lekko, bo dowiedział się, że chłopakowi nic nie zagraża. Kiedy jednak pojechał do szpitala, tak dla świętego spokoju, zobaczył swojego syna w kompletnej rozsypce. Alan kulił się na łóżku i płakał. Jeff nie wiedział, czy to jakaś gra, czy naprawdę coś jest nie tak.
- Alan? Co się stało?
Chłopak obejrzał się na niego.
- Tata!
Jeff spojrzał na niego ze zdziwieniem. Gdy tylko podszedł do łóżka, syn rzucił mu się w ramiona (po raz pierwszy, odkąd skończył osiem lat) i rozpłakał się.
- Zabierz mnie od niej! Proszę!
- Od matki? Czemu?
- Proszę! Proszę, zabierz mnie! Ja nie chcę tam być.
Początkowo nie wierzył synowi, biorąc to za jakiś podstęp. Przypomniał sobie jednak słowa Dylana i coś go tknęło, żeby sprawdzić, o co tak naprawdę chodzi.
- Czemu? Zabiorę cię, jeśli mi powiesz, dlaczego.
Alan odsunął się lekko, po czym niepewnie podwinął szpitalną koszulę. Nie miał nic pod spodem. Podbrzusze, brzuch, nawet uda miał pokryte siniakami i… malinkami. Gdy mężczyzna się przyjrzał, to samo dostrzegł na jego szyi i ramionach.
- Co… to?
- To… to ten jej facet. Jest obleśny i kiedy jej nie ma, ciągle… On… A ona mi nie wierzy – Alan na nowo się rozpłakał. – Wiem, że mnie nie lubisz, ale proszę… Proszę, nie każ mi tam wracać.
- Alan…
- Mogę nawet sprzątać i gotować czy coś… Cokolwiek, ale… I nie będę przeszkadzał.
- Spokojnie. Jeszcze dzisiaj się spakujesz i wprowadzisz do mnie, dobrze?
- Dziękuję.
Jeff zostawił syna w szpitalu i pojechał do byłej żony, chcąc wyjaśnić zaistniałą sytuację. Tak jak powiedział Alan, kobieta mu nie wierzyła. Znowu doszło do wybuchu awantury, po której mężczyzna spakował rzeczy najmłodszego syna i pojechał z powrotem do szpitala, przy okazji zgarniając Dylana ze szkoły.
Dylan wcale nie był zły, że już nie będą mieli prywatności w domu Jeffa…

- Okazało się, że Alan nie kłamał – kontynuował Jeff. Do teraz pluł sobie w brodę, że nie zwracał uwagi na najmłodsze dziecko. – Wprowadził się do mnie i, co bardzo mnie początkowo irytowało, szybko zaprzyjaźnił się z Dylanem. Właściwie kiedy ta dwójka zaczynała gadać o jakichś bzdurach, ja się nie liczyłem. Alan na początku mi nie ufał. Długo walczyłem o to, żeby to zmienić, aż  wreszcie się udało. Tak jak zasugerował Dylan, nie wydziedziczyłem go, zrobiłem to jedynie z pozostałą dwójką. Wszystko ponownie się ułożyło… Zaskakująco szybko zaczęliśmy z Dylanem działać jak dobrze naoliwiona maszyna… David trochę nam pomagał to wszystko kryć… Alan też. I tak dochodzimy do chwili obecnej.
David wszystko wiedział, więc jego wyraz twarzy się nie zmienił. Dominik nie miał nic przeciwko, co wyraził lekkim skinieniem głowy. Jedynym problemem był Sean, który patrzył na Jeffersona z rządzą mordu.
- Słuchaj, Sean, naprawdę zależy mi na twoim bracie. Nigdy nie zrobiłbym mu krzywdy. Przysięgam.
Sean podszedł do kochanka brata i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, powalił go na podłogę silnym ciosem.
- Nie miałeś prawa go tknąć!
- Sean! – w oczach Dylana stanęły łzy.
- Cicho bądź, Dylan. Wykorzystał cię, nie rozumiesz?!
- Nieprawda!
- Prawda! To nie jest chłopak dla ciebie! Nie możesz znaleźć sobie kogoś w swoim wieku?!
- Sean…
- Nigdy nie zgodzę się na ten związek.
Jeff otarł krew z twarzy, ale nie zamierzał oddawać. Patrzył na Dylana.
Blondyn pokręcił tylko głową, a po jego policzkach popłynęły łzy.
- Dylan, przestań. Wiesz, że…
- Daj mi spokój, Sean. W tej chwili cię nienawidzę.
- Dylan! – upomniał chłopaka Dominik.
- To dla twojego dobra – upierał się Sean.
- Tak sobie tłumacz. Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj.
- Dylan…
Chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł z domu. Trzask zamykanych drzwi na chwilę zagłuszył histeryczny szloch nastolatka.
- Sean, daj mu spokój! – mruknął David.
- Nie wtrącaj się! Powinieneś był mi od razu o wszystkim powiedzieć.
- To jego życie.
- A ja nie pozwolę, żeby je sobie zmarnował.
- Sean? – głos zabrał Jeff. – Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać. Na osobności.
- Jeszcze jakiś tajemnice? – prychnął mężczyzna.
- Nie… Po prostu chcę ci coś powiedzieć.
Dominik odepchnął się od mebli i podszedł do Davida. Kiwnął mu głową, że ma iść za nim. Odeszli obaj w ciszy, dając pozostałym dwóm mężczyznom trochę prywatności.
- Słuchaj – zaczął Jefferson – wiem, że mnie nie lubisz. Szczerze powiedziawszy ja was też niezbyt lubiłem, nawet jeśli nie daliście mi ku temu powodów. To, co się stało… Naprawdę zależy mi na twoim bracie. – Sean zacisnął zęby. – Naprawdę, Sean. Przysięgam, że nigdy nie zrobiłbym mu krzywdy. Poza tym, naprawdę myślisz, że zmarnuje przy mnie swoje życie? Jestem od niego o wiele starszy, niedługo idzie na studia… Obaj dobrze wiemy, że pozna mnóstwo nowych ludzi, zacznie się spotykać z rówieśnikami, być może nawet tak imprezować jak David. Obaj wiemy, że mnie zostawi.
Sean zamrugał ze zdziwienia. Nie spodziewał się, że Jeff tak do tego podchodzi.
- Jestem dla niego za stary, za bardzo doświadczony, zupełnie dla niego nieodpowiedni. Pozwól mi spędzić z nim ten czas, kiedy jeszcze będzie chciał to ciągnąć. Obiecuję, że nie zrobię mu krzywdy.
- Ty naprawdę go… - mężczyzna urwał, kręcąc głową z niedowierzaniem.
 Jeff uśmiechnął się gorzko.
- Za bardzo. Wiem, że źle was traktowałem. Teraz to rozumiem. Dylan naprawdę mi pomógł w okresie separacji i rozwodu z żoną. Dzięki niemu odzyskałem syna. Poza tym, jest jeszcze jedna rzecz… Nikt… Nikt o tym nie wie, prócz mnie i mojego adwokata. Spisałem testament. Starszym dzieciom zapisałem grosze, żeby nie mogli podważyć testamentu po mojej śmierci. Cały majątek podzieliłem pomiędzy Alana i Dylana, dodatkowo razem będą mieli aż osiemdziesiąt procent udziałów w mojej firmie, każdy z nich dostanie po czterdzieści. Nawet jeśli dalej będziesz się burzył, tak już zostanie.
- Dylan nie potrzebuje tych pieniędzy, Dominik zapisał mu połowę swojego majątku.
- Wiem, ale chcę, żeby to miał.
- Jesteś stuknięty.
- Tylko zakochany. Proszę, Sean… Przemyśl to chociaż.
- W porządku. Tyle mogę ci obiecać.
- Pójdę już. Do zobaczenia.
Sean skinął mu głową i przeczesał rudawe włosy ręką, nie mogąc w to wszystko uwierzyć.
Musiał sobie to dobrze przemyśleć.

Dylan leżał na łóżku w swoim pokoju. Chociaż pierwsze łzy popłynęły kilka godzin temu, gdy myślał o tym wszystkim co jakiś czas pojawiały się nowe.
Wtulił się w poduszkę. Bał się, że straci Jeffa. Nie chciał wybierać pomiędzy nim a rodziną. Gdyby Sean kazał mu to zrobić… To byłoby po prostu okrutne.
Naprawdę mu zależało na tym  mężczyźnie. Jego ciemne włosy i niebieskie oczy oraz ładnie zbudowane ciało działało na niego jak najlepszy afrodyzjak. Do tego, kiedy Jeff już wyszedł z depresji, stał się naprawdę dobrym kompanem. Dużo żartował i śmiał się, dzięki czemu naprawdę dobrze się bawili w swoim towarzystwie.
Dylan nie chciał tego stracić.
Usłyszał ciche pukanie, ale nie zaprosił tego kogoś do środka. Wiedział, że to nie David. Jego bliźniak by nie pukał.
Drzwi skrzypnęły cicho i do pokoju wszedł Sean. Bez słowa podszedł do łóżka i usiadł obok młodszego brata. Dylan nawet nie drgnął, czekając na werdykt.
- Nie pochwalam tego, Dylan, ale… Masz moją zgodę.
Kilka prostych słów, a nastolatek był w siódmym niebie. Choć był w wieku, w którym okazywanie czułości rodzinie przychodzi z wielkim trudem, tym razem objął mocno Seana i przytulił się do niego.
- Dziękuję, Sean. To wiele dla mnie znaczy.
- Widzę, ale nadal go nie lubię. Uważaj na siebie.
- Będę. Obiecuję.

Jeff naprawdę niedoceniał nastolatka, argumentując swoje racje przed jego starszym bratem i prawnym opiekunem.
Dylan nie tylko trwał przy mężczyźnie, dzielnie znosząc wszystkie awantury, ale po jakimś czasie nawet z nim zamieszkał. Sean i Jefferson nadal się nie lubili, chociaż starali się tego nie okazywać.
Dylan był szczęśliwy, a przecież o to wszystkim chodziło. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń. Wszyscy jedynie uśmiechali się pobłażliwie, kiedy Dylan mówił, że trafił do homoraju.