piątek, 18 kwietnia 2014

Stuprocentowy hetero


 

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że przyjaźnienie się z bogatym snobem oznacza zamienienie się w piękną, seksowną dziewczynę, nigdy bym się z takowym osobnikiem nie zaprzyjaźnił. Gdybym wiedział, że ten snob w ciągu niespełna dwóch miesięcy przewróci do góry nogami cały mój system wartości, uciekłbym ze swojego sierocińca i zamieszkał chociażby w lesie. Gdybym wiedział, że zakocham się w chłopaku, zszedłbym przedwcześnie na zawał. Niestety, nikt o czymś takim mnie nie poinformował.
Marcel zawsze rzucał się w oczy. Byliśmy w jednej klasie już od przedszkola, ale nigdy jakoś nie próbowaliśmy się do siebie zbliżyć. Ludzie wokół nas znikali, przybywały coraz to nowsze osoby, ale on był zawsze. Miał tak jasne włosy, że gdybym go nie znał od dziecka, z ręką na sercu oskarżyłbym go o farbowanie ich. To był najzwyklejszy w świecie tleniony blondyn. Miał turkusowe oczy i już w gimnazjum zaczął pakować. W dodatku był wysoki i nadziany, tak więc znali go wszyscy. Na osiemnaste urodziny dostał od ojca bajeczne BMW
, za które niejeden dałby się poćwiartować. Niestety, ja też.
Tak na dobrą sprawę zaprzyjaźniliśmy się dopiero w drugiej klasie szkoły średniej, kiedy zostaliśmy zmuszeni do zrobienia wspólnego projektu na fizykę. Czułem się przy nim źle - był ode mnie wyższy co najmniej o głowę, a przecież miałem prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu! To przez niego zacząłem chodzić w glanach, chcąc dodać sobie kilka centymetrów do mojego lamerskiego wzrostu. Wyglądał przy mnie jak atleta. W dodatku nieustannie paplał, nie pozwalając mi myśleć ani normalnie funkcjonować. Stał się jednak moim najlepszym przyjacielem i nie chciałem go stracić.
Gdybym tylko wiedział…
Zbliżało się zakończenie roku szkolnego, do matury został nam zaledwie miesiąc. Kiedy ja grzebałem w bibliotece i się przygotowywałem, Marcel tylko wzruszał ramionami i jechał do klubu się zabawić. Kiedy więc pewnego dnia pojawił się w bibliotece, omal nie udławiłem się jabłkiem, które przeszmuglowałem między półki z książkami.
- Cześć – rzucił z uśmiechem, siadając obok mnie przy ścianie. – Co czytasz?
Spojrzałem na niego podejrzliwie. Marcel nigdy nie pojawiłby się w bibliotece z  własnej woli. Tak jak ja dałbym się poćwiartować za jego BMW, on zrobiłby to samo, żeby tylko móc olać szkołę.
- Czego chcesz? – spytałem.
- Czemu od razu myślisz, że coś chcę? – zapytał z niewinnym uśmiechem.
Westchnąłem.
- Gadaj.
- Sam…
- Gadaj albo cię kopnę.
Marcel westchnął ciężko, drapiąc się po głowie.
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć – wyjęczał zrozpaczony.
Zaskoczył mnie. Po pierwsze, on nigdy nie miał problemów z formułowaniem swoich wypowiedzi, nawet tych najbardziej ordynarnych, a po drugie, wyglądał, jakby myślał. Jeśli Marcel myśli z jakiegokolwiek powodu, musi być naprawdę źle.
- Najlepiej na jednym wydechu – warknąłem.
- Dobra. Wiesz o tych głupich niedzielnych obiadkach u mnie w chacie, nie? Wyobraź sobie, że… Stary chce poznać Samantę.
Parsknąłem cicho ze śmiechu. Samanta była wymyśloną przez Marcela dziewczyną, z którą rzekomo chodził już od jakiegoś roku. Często, kiedy gdzieś razem wychodziliśmy, mówił, że idzie do dziewczyny. Była to też jego wymówka, gdy jego ojciec usilnie chciał znaleźć mu partnerkę. Marcel nigdy jeszcze nie zaprowadził do domu żadnej dziewczyny, jak każdy chłopak w tym wieku, preferował krótkie, aczkolwiek treściwe znajomości.
- To nie jest śmieszne! - obruszył się. – Powiedział, że jeśli nie przedstawię mu tej dziewczyny w następną niedzielę to mnie wydziedziczy!
- Nie dramatyzuj - uciąłem. – Znajdź jakąś laskę, która odegra tę rolę i będzie po kłopocie.
- W tym problem! Stary widział większość dziewczyn ze szkoły na imprezach u nas w chacie, nie mogę mu przedstawić laski, która się puszcza po kątach, a poza tym, żadna nie zna mnie na tyle dobrze, żeby móc odpowiedzieć na najbardziej banalne pytanie! Nie zdążę nikogo na to przygotować! Jestem skończony.
- W moim pokoju jest jedno wolne łóżko. W sierocińcu też jest fajnie – powiedziałem, ledwo tłumiąc rozbawienie.
- Dzięki, kochany przyjacielu. To miło, że mnie wspierasz w trudnych chwilach – warknął z ironią.
- Czego ty właściwie chcesz? – zapytałem, zatrzaskując książkę.
Marcel nie odpowiedział, jedynie wpatrując się we mnie świecącymi oczami. Ponownie zmarszczyłem brwi. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
- Marcel?
- Wiesz, pomyślałem sobie, że… No, jesteś niski i drobny… - urwał, widząc mój morderczy wzrok. - W stosunku do mnie, znaczy się. I… gdybyś tak… zechciał…
- Zapomnij! – syknąłem, już rozumiejąc, do czego zmierza.
- No, Sam! Nie bądź taki, to sprawa życia i śmierci!
- Nie będę udawał baby! – warknąłem zły.
- Sammy…
- Nie mów tak do mnie!
- To tylko jeden rodzinny obiadek! Ty wiesz o mnie wszystko, masz melodyjny głos i nikt się nie skapnie, że jesteś facetem.
- Jeśli w ten głupi sposób próbujesz mi uświadomić, że uważasz mnie za zniewieściałego, to…
- Nie, nie… Sammy, no… Błagam!
- Nie ma mowy!
Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, siłując się w ten sposób. Marcel wyjątkowo nie chciał odpuścić, ale ja też nie miałem zamiaru. To był jego głupi pomysł i niech teraz za niego pokutuje.
- Mam cię błagać? – spytał.
- Nie, bo nie zrobię tego. Odpuść sobie.
- Sam…
Jęknąłem, kiedy uklęknął tuż przy mnie i złożył ręce jak do modlitwy. Wbrew pozorom, po bibliotece kręciło się sporo osób i każdy mógł to zobaczyć. Kiedy usłyszałem, jak ktoś komentuje tę głupią sytuację, mimowolnie się zarumieniłem.
- Marcel, wstań! – syknąłem.
- Zgadzasz się? – zapytał z nadzieją.
- Nie! Ludzie się patrzą!
- Proszę!
- Już powiedziałem! Nie!
Blondyn wpatrywał się we mnie zawiedziony i wyraźnie rozczarowany. Wstawał tak wolno, że miałem wrażenie, jakby ktoś spowolnił czas. Rzucał mi spojrzenia, którego nie powstydziłby się kot ze Shreka. Jego wzrok był tak pełen wyrzutu, że przez chwilę omal się nie złamałem. Szybko jednak przezwyciężyłem tę chwilową słabość i fuknąłem rozjuszony, ponownie otwierając książkę.
- Jak chcesz… - powiedział cicho, wręcz teatralnie. – Stary obetnie mi kieszonkowe i nie będę już mógł zabierać cię na lekcje tańca. – Zamarłem. – I zabierze mi samochód, tak więc koniec twojego jeżdżenia nim, kiedy gdzieś się razem wybieramy… - Wpatrywałem się w niego, zagryzając dolną wargę. Marcel w zamian za pomoc w lekcjach zabierał mnie na lekcje hip-hopu i po szkole pozwalał mi jeździć jego BMW. Na samą myśl o pożegnaniu z samochodem coś mi się przewróciło w żołądku.
Blondyn widząc, że nie reaguję, westchnął żałośnie i bardzo powoli ruszył w stronę wyjścia, co chwilę się na mnie oglądając.
Nie złamię się, nie złamię się, nie złamię…
Cholera, ale to śliczne niebieskie BMW! Ten samochód mnie kochał! Nie mogli mi go tak po prostu teraz odebrać…
- Zgoda – westchnąłem.
Marcel rzucił mi się na szyję, piszcząc jak baba.
- Puszczaj mnie! – mruknąłem, odpychając go. – Tylko ten jeden głupi obiad, jasne?!
- Spoko, spoko… Muszę ci kupić jakieś damskie biodrówki. Stanik, może miseczka C? Jak myślisz, czym go wypchamy? Bo słyszałem, że skarpetki i papier toaletowy to nie jest zbyt dobry pomysł, ale to się zobaczy. No i makijaż… koniecznie trzeba ci zrobić makijaż. Dobrze, że masz te kolczyki w uszach, trzeba będzie ci kupić coś dłuższego i jakąś perukę. Zobaczysz, zrobię z ciebie prawdziwą laskę!...
Boże, za jakie grzechy?

Zakupy były kolejnym gwoździem do mojej trumny. Gdybym miał pod ręką cokolwiek, czym mógłbym się zabić, bez wahania bym z tego skorzystał. Gdy tylko wypowiedziałem to cholerne „zgoda”, już wiedziałem, że to jest błąd. Wesoła paplanina Marcela tylko mnie w tym utwierdziła. Pff! Też coś. Byłem pewien, że nikt nie weźmie mnie za kobietę, choćby nie wiem co. Może i mam dosyć delikatne rysy, jak na chłopaka, ale kiedy nie stałem obok tego osiłka wcale nie wyglądałem już tak niewinnie. Po prostu przy tym snobie wszyscy wydawali się mali i krusi, bez względu na to, ile ważyli i ile mieli wzrostu.
Dosyć szybko się przekonałem, że, owszem, całkiem niezła ze mnie laska. Jakoś przełknąłem upokorzenie w sklepie, kiedy Marcel zabrał mnie do działu dla pań i wybrał mi odpowiednie spodnie. Pomijając to, że mój maluszek był strasznie ściśnięty, spodnie prezentowały się całkiem dobrze. Reszta zakupów też poszła w miarę sprawnie. Nic mnie chyba tak nie zirytowało, jak Marcel gapiący się głęboko w moje piwne oczy, próbując dobrać mi odpowiedni cień do powiek. Miałem ochotę złapać go za te tlenione kudły i trzasnąć jego głową o ścianę.
- Wbijaj się w to, musimy zobaczyć efekt – rzekł, podając mi torby z zakupami. Westchnąłem ciężko.
Jęknąłem i zacząłem się przebierać. Marcel nie spuszczał ze mnie wzroku, co strasznie mnie irytowało.
- Gapisz się – zwróciłem mu uwagę.
- Nieprawda.
- Gapisz!
- Wcale nie.
Prychnąłem, na co on tylko się uśmiechnął.
- Nie miej mi za złe, Sam, ale jesteś jedyną osobą, która może wcielić się w tę rolę.
- Dlaczego? Dlaczego akurat ja? Nie masz bliższych znajomych? – spytałem z sarkazmem, próbując zapiąć stanik. W ogóle mi to nie szło, co tylko wprawiało mnie w jeszcze gorszy nastrój. Marcel natomiast był rozbawiony.
Ja kiedyś naprawdę go skrzywdzę, przysięgam!
- Daj, pomogę ci – zachichotał. Odwróciłem się do niego tyłem i pozwoliłem mu zapiąć to cholerstwo.
Pierwsze wrażenie? Niewygodnie. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie mocno ściskał, próbując tym samym odebrać mi oddech.
- Sam! Nie uwierzysz co się... Oj.
Moje policzki oblało gorąco, kiedy do pokoju wbiegł mój współlokator. Chłopak miał sześć lat i chociaż powinien mieć pokój z dzieciakami w swoim wieku, przez zwykły przypadek wylądował u mnie. Nie miałem z nim większego problemu. Na początku był bardzo cichy i milczący. Zresztą, nic dziwnego, skoro trafił do sierocińca po tragicznym wypadku, który jako jedyny przeżył. Żaden psycholog nie mógł sobie z nim poradzić, bo Dre w ogóle nie chciał o tym rozmawiać. Tylko mi opowiedział to wszystko, co tak usilnie inni chcieli z niego wyciągnąć.
- Zaśmiej się i jesteś trupem! – fuknąłem do dzieciaka, widząc jego otwarte ze zdumienia usta i szeroko rozwarte zielone oczy.
- Rety, Sam… Wyglądasz, ee… bajecznie - wyszczerzył się głupio.
- Wynocha! - warknąłem czerwony jak burak. Powiedzcie mi, jakim cudem ktoś o tak silnej osobowości dał się namówić na założenie babskich spodni i stanika wypchanego watą?
Głupi Marcel!
- Ładna z niego laska, co? – spytał Marcel, chichocząc cicho.
- To nie jest zabawne! Zaraz się rozmyślę.
- No, to wtedy pożegnasz się z bryką.
Kopnąłem go w goleń. Jęknął cicho i zaczął skakać na jednej nodze, ale widziałem, że tak naprawdę się ze mnie śmieje.
- Dre… Wynoś się! – krzyknąłem.
Dzieciak roześmiał się i posłusznie opuścił pokój. Szybko podbiegłem do drzwi i zamknąłem je na klucz. Dorobiłem sobie własny, kiedy zachorował mój opiekun i jako osoba dorosła zastępowałem go w opiekowaniu się resztą brygady. Czasami dobrze jest być tym niekoniecznie grzecznym, ale na pewno odpowiedzialnym.
- Dobra. Wciskaj się w tą tuniczkę i zaraz pomyślimy o makijażu.
- A… umiesz go zrobić? – zapytałem ze zdziwieniem.
- Mhm… Coś tam umiem. Spocznij z łaski swojej.
Usiadłem na krześle przy biurku, które zawalone było różnego rodzaju kosmetykami.
- Czuję się jak gej – mruknąłem zły.
- Masz coś do nich? – zapytał Marcel dziwnym głosem.
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, ale wyglądał normalnie.
- Nie wiem. Nigdy się jakoś nad tym nie zastanawiałem – odparłem, wzruszając ramionami.
Blondyn skinął tylko głową i zaczął mi nakładać na twarz jakieś świństwo.
- Nie kręć się, muszę ci to równomiernie rozsmarować, bo inaczej postarzejesz się o jakieś pięćdziesiąt lat.
- Spadaj! Ledwo skończyłem dziewiętnaście!
Marcel nie odpowiedział, skupiając się na malowaniu mnie. Jeszcze nigdy nikt mnie do tego nie zmusił i czułem się w tej sytuacji co najmniej dziwnie. Zawsze to ja dyrygowałem Marcelem. To ja byłem tym, który wyskakiwał z jakimś pomysłem. To ja sprowadzałem go na złą drogę i wprowadzałem do najróżniejszych klubów, namawiałem go do zrywania się ze szkoły i działałem impulsywnie. Marcel zawsze wyjątkowo szybko mi ulegał i zgadzał się na wszystko, co chciałem. Możecie więc sami wywnioskować, że to trochę nie fair, że tak marnie przy nim wyglądam. Miałem o wiele silniejszy charakter i to głupie, że wszyscy brali mnie za jego przydupasa.
Kiedy skończył i założył mi na głowę perukę, aż zamrugałem kilka razy. To fakt, oczy mi łzawiły od ciemnej kredki, a ust co chwilę dotykał język, zlizując truskawkowy błyszczyk. Najgorsze było to, że naprawdę wyglądałem jak kobieta, nawet moje barki nie wyglądały na zbyt szerokie.
Cholera!
Marcel patrzył na mnie z uśmiechem na twarz, w jego oczach był jakiś dziwny błysk.
- Gdybym nie wiedział, że to ja, sam na siebie bym poleciał – stwierdziłem. Co prawda nie pochlebiało mi, że można ze mnie zrobić kobietę, ale skoro już zanurzyłem się w tym bagnie, to chciałem czerpać z tego możliwie jak najwięcej pozytywnych rzeczy.
- Wyglądasz super. Mój stary ugnie się pod twoim urokiem, zobaczysz – powiedział zadowolony, ściskając lekko moje ramię.
I po raz kolejny zadałem sobie pytanie - za jakie grzechy?

Niedziela nastąpiła o wiele szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Z jednej strony chciałem mieć to szybko za sobą i skończyć z tą całą farsą, ale z drugiej strony nie chciałem, żeby to się w ogóle stało. Byłem między młotem i kowadłem i jak to zwykle bywa, czas rozwiązał to wszystko za mnie.
W niedzielę około dwunastej przyjechał Marcel, żeby pomóc mi się uszykować. Kiedy mnie malował, po raz kolejny miałem ochotę go poćwiartować i chyba po raz pierwszy w życiu żałowałem, że ten nieszczęsny projekt z fizyki nas do siebie zbliżył.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka.
Gdy już byłem gotowy, wyszliśmy z sierocińca i wsiedliśmy do samochodu.
- Musisz być miły i taktowny. Nie jedz zbyt dużo rosołu, zresztą, sam wiesz, że mama strasznie gotuje. W razie czego, jesteś w trzeciej klasie, dobrze się uczysz i marzy ci się zostanie pediatrą. Jeśli mama poprosi cię do kuchni, musisz z nią iść. Nie pijesz i nie palisz, lubisz słuchać muzyki klasycznej i… - tłumaczył mi.
- Nie ma mowy, żadnej muzyki klasycznej! Słucham rocka albo wysiadam.
- Sam… Nie utrudniaj mi tego.
Prychnąłem.
- To ty mi tego nie utrudniaj. Powinieneś się cieszyć, że w ogóle się na to zgodziłem!
- Sam…
- Jeszcze słowo, a tak cię ośmieszę przy starych, że wydziedziczenie będzie twoim najmniejszym problemem.
Marcel westchnął ciężko, ale na szczęście już nic więcej nie powiedział.
Pod jego domem czekałem, aż otworzy mi drzwi.
- Co ty robisz? – zapytał ze zdumieniem.
- Jesteś ponoć taki obyty, a nie wiesz, że dziewczynom otwiera się drzwi? – zapytałem z sarkazmem.
- Nie dziewczynom z ptakiem! – odszczeknął się.
- I to jakim – zaśmiałem się. – Chcesz zobaczyć?
Ku mojemu zdumieniu, blondyn zarumienił się po same czubki uszu. Ta niepożądana reakcja na moje słowa sprawiła, że mimowolnie się rozluźniłem. Wierzcie mi, że zobaczenie takiego dryblasa rumieniącego się jak nastolatek przed rozprawiczeniem jest doprawdy ciekawym doświadczeniem.
Marcel złapał mnie za rękę i pociągnął mnie w stronę domu.
- Pamiętaj, że musimy wyglądać przekonująco – szepnął cicho, kiedy już wchodziliśmy do domu.
Zdjąłem buty i założyłem podane przed Marcela papcie. Objął mnie w pasie i zaprowadził do salonu, gdzie czekał jego ojciec, czytając gazetę. Kiedy na mnie spojrzał, serce zabiło mi mocniej ze zdenerwowania. Przez chwilę miałem wrażenie, że nas przejrzał i nici z tej całej maskarady. Gdyby się zorientował, nie potrafiłbym ponownie spojrzeć mu w oczy, a wypady na ryby za miasto przeszłyby do historii.
- No, nareszcie, synu!- powiedział, uśmiechając się szeroko. Wstał i podszedł do nas. Mimowolnie mocniej przylgnąłem do ramienia Marcela. – Witaj, kochanie! Syn wiele mi o tobie opowiadał, ale jakoś nie mogłem go przekonać, żeby cię tutaj przyprowadził.
- Dzień dobry – powiedziałem nieśmiało. Czułem, że moją twarz oblewa gorąco.
- Och, nie musisz się mnie bać! Jestem Robert, możesz mi mówić po imieniu. Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać, Sam.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Miło mi. Marcel dużo mi o państwu opowiadał!
- Pewnie same złe rzeczy.
Tylko tyle, że jesteś wstrętnym, starym pierdzielem, pomyślałem.
- Nie, nie…
- Już są? Cześć, kochanie!
Przywitałem się z matką Marcela i po chwili razem zasiedliśmy do stołu. Blondas nie miał rodzeństwa, tak więc nie dziwiłem się, że ojciec tak bardzo go musztrował w domu. Zapewne chciał jak najlepiej przygotować go do objęcia stanowiska prezesa w firmie, którą założył w przeszłości ze swoim najlepszym przyjacielem.
Większość obiadu upłynęła w całkiem przyjemnej atmosferze. Musiałem się pilnować, żeby wypowiadać się w formie żeńskiej, co na początku było dosyć trudne, ale zaskakująco szybko to chwyciłem. Wszystko szło gładko, dopóki matka Marcela nie poprosiła mnie o pomoc w przyniesieniu jakiejś sałatki. Wstałem i niechętnie poszedłem za nią, mając do twarzy przyklejony uśmiech.
- Jak długo się znacie? – zapytała.
- Och, dosyć sporo – odpowiedziałem. – Nawet nie wiem dokładnie. Jesteśmy razem już ponad rok.
- Nie mogę uwierzyć, że Marcel myśli o jakiejkolwiek dziewczynie poważnie – kobieta pokręciła głową.
- To takie dziwne? – spytałem, próbując sałatkę.
- Zawsze mi się wydawało, że Marcel to typowy lekkoduch. Powiedz mi, czy… Znaczy, wiem, że to bardzo osobiste pytanie, ale… Uprawiacie seks?
Omal nie udławiłem się tą pieprzoną sałatką, kiedy to usłyszałem. Mimowolnie moja twarz pokryła się szkarłatem, a oczy zaszły łzami.
- Wszystko w porządku? – spytała kobieta, klepiąc mnie po plecach.
Marcel, jesteś trupem, pomyślałem zły.
- Tak – wycharczałem. – To tylko… zaskoczenie. Ja… No… Wie pani…
Kobieta uśmiechnęła się domyślnie.
- Rozumiem. Oczywiście, zabezpieczacie się?
Znowu ten przeklęty rumieniec.
- Tak, naturalnie. Ja… chciałabym zostać pediatrą i najpierw marzą mi się studia, a dopiero potem – wykonałem nieokreślony ruch ręką - cała reszta.
- Czy Marcel pamiętał o waszej rocznicy?
Szybko przekalkulowałem to pytanie i westchnąłem lekko, udając smutek.
- Nie, ale wie pani, jacy są faceci…
Matka Marcela zachichotała.
- Chodźmy, pewnie na nas czekają.
Odetchnąłem z ulgą, ciesząc się, że to przetrwałem, jednak gdy tylko wszedłem do salonu, od razu zamarłem. Marcel był blady i wyglądał, jakby ktoś walnął go obuchem w głowę.
- Sammy! – rzucił ojciec blondyna z uśmiechem. – Nareszcie!
- Coś się stało?- zapytałem.
- Nie, nic. Może usiądziesz mu na kolanach? Chciałbym wam zrobić zdjęcie – poklepał aparat, który leżał na stole obok jego ręki.
Przełknąłem głośno ślinę. Nie wiedziałem, co zrobić. Przecież to miało być tylko udawanie. Mam mu usiąść na kolanach? To takie… pedalskie.
- No, chodź, kochanie, bo tata sobie pomyśli, że udajemy – rzekł niemrawo.
Przecież udajemy, krzyknąłem w myślach. Zginiesz, blondasku! Oj, zginiesz!
Wolnym krokiem podszedłem do Marcela. Serce biło mi szybko ze strachu i… podniecenia? Cokolwiek to było, napędzało mnie.
Niepewnie usiadłem na kolanach przyjaciela i objąłem go za szyję.
- Jesteś trupem – mruknąłem cicho do niego, uśmiechając się niewinnie do jego rodziców.
- Sorry.
Ojciec Marcela zrobił nam kilka zdjęć z prawdziwą przyjemnością.
- Pocałujcie się – wypalił nagle.
Obaj zamarliśmy, patrząc na niego szeroko rozwartymi oczami. Znowu się zaczerwieniłem, Marcel zresztą też. Jego jasne włosy tylko podkreślały tą ceglaną czerwień na jego twarzy.
- To jakiś problem? – zapytała kobieta.
- Nie, ależ skąd! – zaprzeczyłem od razu.
Nie, nie, nie! Nie chciałem tego robić. Byłem gotów wstać, przyznać się do tego, kim jestem i uciec z tego domu tam, gdzie pieprz rośnie. Odezwał się jednak mój zdrowy rozsądek, że przecież nie po to przeżyłem to wszystko, żeby teraz tak po prostu odpuścić. Tacy jak ja nie odpuszczają do końca. Zresztą, wielka mi filozofia. Z tego, co mówił mi Marcel, prawie zawsze całujemy się po pijanemu. Ja nie pamiętam wszystkiego, przeważnie mam tylko dziwne przebłyski i mega dziury w pamięci. Tym razem jednak nie ruszyłem ani kropli i bardzo tego żałowałem.
Spojrzałem Marcelowi w oczy, zagryzając dolną wargę. W końcu westchnąłem lekko i nachyliłem się nad nim, cały czas bacznie go obserwując. Położył mi rękę na policzku i wychylił się do przodu. Nasze usta złączyły się w delikatnym pocałunku. Poczułem, jak elektryzujący dreszcz przechodzi mi wzdłuż kręgosłupa.
Nasze usta rozdzieliły się tylko po to, aby po chwili znów do siebie przylgnąć. Już nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Wszystko poszło w niepamięć, kiedy blondyn polizał moją dolną wargę, a potem wsunął mi język do ust. Poprawiłem się na jego kolanach, przylegając do niego trochę mocniej i odwzajemniając namiętny pocałunek. Zapomniałem o jego rodzicach, tym głupim obiedzie i przebraniu. Jedyne, co wiedziałem, to to, z kim się całuję.
Moglibyśmy się tak lizać w nieskończoność. Robiliśmy to z coraz większym zapałem i namiętnością. Dopiero kiedy poczułem coś twardego, uwierającego mnie w pośladek, zdałem sobie sprawę z tego, że Marcel jest podniecony. Cholernie podniecony, skoro tak dobrze wyczuwałem to przez dwie pary dżinsów i bieliznę.
Oderwałem się od niego i spojrzałem mu w oczy. Dyszałem ciężko. Ja również nie pozostałem obojętny na ten pocałunek, co mnie zaskoczyło. Zawsze byłem pewien, że jestem typowym hetero, chociaż nigdy nie miałem problemów z odmiennością innych w tej kwestii. Zdziwiłem się więc, że zwykły pocałunek z kolegą wywołał takie emocje.
Marcel spuścił głowę, chcąc ukryć swoje zażenowanie. Wiedział, że wyczułem jego erekcję.
Spojrzałem na jego rodziców. Wyglądali na usatysfakcjonowanych. Zdałem sobie sprawę, że już ich przekonaliśmy i cała ta farsa dobiega końca. Wziąłem głęboki oddech i zsunąłem się z jego kolan, zajmując miejsce obok.
- Śliczna z was para – powiedziała matka blondyna, patrząc na nas z zadowoleniem.
Skinąłem jedynie głową.
Tak wiele myśli biło się w mojej głowie, że nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Marcel nie patrzył na mnie, wciąż speszony.
- Sam, w następną sobotę organizuję bankiet z okazji otworzenia nowej filii we Francji. Marcel na pewno będzie zadowolony, jeśli zgodzisz się z nim pójść. Próbowałem go do tego namówić, ale ciągle się tłumaczył, że masz dużo nauki.
- Nie, w porządku – mruknąłem nieprzytomnie. – Żaden problem.
Marcel uniósł jedynie jedną brew, ale nic nie powiedział.
Dopiero kiedy wychodziłem z domu, zorientowałem się, w co się wpakowałem.
Jeśli jego ociec organizował bankiet, na pewno był bardzo elegancki.
A skoro będzie elegancki, to…
Boże, ratuj!
Muszę wbić się w kieckę!

Tydzień pomiędzy obiadkiem u Marcela a bankietem był bardzo spokojny. Za spokojny. Nie wiem jak Marcel, ale ja czułem się dziwnie z tym, co zrobiliśmy w niedzielę. Może był to tylko głupi wygłup, ale coś się między nami zmieniło.
Blondyn niewiele mówił. Miałem wrażenie, że wręcz mnie unika, chociaż nie było to łatwe, bo chodziliśmy do jednej klasy. Był inny niż zazwyczaj i nie wiedziałem, dlaczego. Kiedy go pytałem, czy wszystko w porządku, od razu się uśmiechał i zapewniał mnie, że jest ok. Czułem jednak, że nie mówi mi całej prawy.
Dużo przez ten czas myślałem. Analizowałem zajście w domu Marcela, nie rozumiejąc, dlaczego zwykły pocałunek wywołał u mnie takie emocje. Chociaż przyjaźniliśmy się już prawie dwa lata, nie mieliśmy zbytniego kontaktu fizycznego. Rzadko się dotykaliśmy, a o przytulaniu w ogóle nie było mowy. Nigdy nie lubiłem uzewnętrzniać swoich uczuć i Marcel świetnie o tym wiedział. Akceptował to. Zazwyczaj zbliżaliśmy się do siebie jedynie po pijanemu, kiedy dostawałem humorek i kochałem cały świat. Nawet zbytnio nie pamiętam, co robię, kiedy się upiję. Chyba jestem jedną z tych osób, które zbytniego umiaru nie mają.
Jednego dnia wybraliśmy się po sukienkę (czerwoną i długą, żeby zakryć jak najwięcej oraz jakieś bolerko czy coś tam, żeby jakoś ukryć moją chłopięcą figurę) oraz dwie pary identycznych butów na niskim obcasie, na których uczyłem się najpierw chodzić, a potem tańczyć. W takich chwilach czułem się jak najprawdziwsza, przegięta ciota i nienawidziłem tego, kto wymyślił to przeklęte gejostwo. Sprawę pogarszał fakt, że ten pieprzony pocałunek tak mnie ruszył.
Kolejny gwóźdź do trumny.
W sobotę znowu przygotowałem się z pomocą Marcela i ubrany jak kobieta, pojechałem z nim na bankiet. Nikt z sierocińca mnie nie rozpoznał i mogłem spokojnie udawać, że jestem kimś innym. Dre się nie wygadał. Był świetnym i niezwykle honorowym dzieciakiem. Małe szczęście w całym tym nieszczęściu.
Na bankiecie w ogromnym hotelu Plaza była sama śmietanka towarzyska. Znaczną część osób widywałem jedynie w telewizji, we wiadomościach, a nawet w filmach. To było trochę przerażające, tym bardziej, że Marcel większość znał. Rozmawiał z nimi jak ze starymi znajomymi, przedstawiając mnie jako swoją dziewczynę. Chyba po raz tysięczny się zastanawiałem, jak ja dałem się na to namówić? Cóż, jeśli chodzi o ten drugi raz, chyba nie mogę mieć pretensji do Marcela. W końcu to ja się zgodziłem, on próbował się wymigać.
Byłem z siebie dumny. Zachwyciłem znaczną część tych wszystkich snobów swoją inteligencją i przenikliwością. Wszyscy gratulowali Marcelowi świetnego wyboru, a my tylko uśmiechaliśmy się do siebie kpiąco. On najwyraźniej też nie mógł uwierzyć, że wszyscy łyknęli tę bajeczkę. Doprawdy, żałosne.
Zatańczyliśmy kilka razy, chociaż szło nam to dosyć kulawo. Bardzo zasmakował mi poncz stojący w rogu na wielkim stole, którym się opiłem jak, za przeproszeniem, świnia.
- Nie pij tego za dużo, dosyć szybko uderza do głowy – ostrzegł mnie.
Zignorowałem to. Uderza do głowy? Mniejsza o to. To, co właśnie robiłem, dobitnie świadczyło, że mózgu i tak nie mam, a rozum poszedł na spacer i zginął w drodze powrotnej. Razem z moją świadomością zresztą, tuż po jakimś dwunastym kieliszku.
To był moment. Wyszliśmy do łazienki, skąd buchnęło na nas gorąco i...
Przepadłem.
Drogę do naszego pokoju – dla wszystkich wynajęto pokoje, żeby po bankiecie mogli iść spać – pamiętam jak przez mgłę. Marcel warczał na mnie zły, że tak się załatwiłem.
- Nie spinaj się tak – odparłem jedynie. – Będziemy się całować?
- Nie.
- Aha.
Tak, pragnienie pocałowania tlenionego blondyna pamiętam akurat wyjątkowo dobrze. Nie wiedziałem natomiast, jak dotarłem do łóżka, kiedy rozebrano mnie do bokserek i nakryto kołdrą.
Gdy się przebudziłem, wciąż było ciemno. Nie chodziło o to, że o tej godzinie zwykle wstawałem czy ogarnęła mnie chęć wymiotowania albo uczucie chłodu. Obudził mnie dziwny dotyk.
Dłuższą chwilę zastanawiałem się, co się dzieje. Na kacu i po pijanemu mój mózg pracował bardzo wolno i skojarzenie faktów trochę mi zajęło.
Moją uwagę odwróciła czyjaś ręka, głaskająca moje pośladki, a właściwie rowek między nimi. Moje bokserki były zsunięte z tyłu na uda. Mimo wszystko leżałem rozluźniony, wciąż nie do końca trzeźwy i zastanawiałem się, co się, do cholery, dzieje? Czemu Marcel mnie tam dotyka?...
Zdecydowałem, że nie będę mu przerywał. Byłem ciekawy, jak daleko się posunie. Chciałem dalej czuć to podekscytowanie i rodzącą się rozkosz. Nie miałem pojęcia, dlaczego to sprawiało mi przyjemność, ale chciałem się przekonać.
Marcel na chwilę zabrał rękę i usiadł na łóżku.
- Sam? – spytał cicho.
Sprawdzał mnie.
Nie odpowiedziałem.
Usłyszałem ciche szuranie, jakby otwierał i zamykał szafkę. Po chwili znowu leżał obok mnie. Wyczuwałem jego wahanie. Zastanawiałem się, co wyciągnął. Do moich uszu dotarł dźwięk otwierania jakiejś tubki, a potem ciche pierdzenie, kiedy wyciskał coś z niej.
Spiąłem się lekko, kiedy jego ręka ponownie zawędrowała pomiędzy moje pośladki. Zacisnąłem dłoń na prześcieradle, żeby się nie zorientował, że nie śpię.
Delikatnie smarował i masował moją dziurkę. Kilka razy zabierał rękę, żeby nabrać więcej kremu. Bawił się mną. Musiałem mocno zacisnąć zęby, żeby nie jęknąć. W dodatku szybko mnie pobudził i miałem ochotę na więcej.
Wciąż byłem pijany. Może nie nieprzytomny, ale na pewno pijany.
Drgnąłem, kiedy wsunął do środka opuszek palca. Usłyszałem jego cichy jęk, od którego sam ledwo się powstrzymałem. Przez chwilę po głowie krążyło mi pytanie: czy Marcel jest gejem?
A co mnie to obchodzi, odpowiedziałem sobie w myślach, wypinając się do jego dotyku.
- Sam? Sam, śpisz? – odezwał się cicho.
- Nie - odpowiedziałem bezmyślnie.
Jego ręka znieruchomiała, a potem nagle zniknęła. Zawiedziony, odwróciłem się do niego przodem.
- Jezu, przepraszam! Ja… Ja tylko – jąkał się. – Przepraszam, Sam… Boże, przepraszam! – dodał załamującym się głosem.
- Chcesz go wsadzić? – zapytałem.
- Sam, co ty…
- Chcesz, prawda?
Zawahał się.
- Tak, ale… co ty…
Nie wiedziałem, co ja. Po prostu w tej jednej chwili poczułem nieodpartą potrzebę dania mu dupy. Gdyby moi rodzice się o tym dowiedzieli, prawdopodobnie zeszliby na zawał. Tak się jednak złożyło, że rodziców nie miałem. Byłem panem swojego losu.
Wcześniej nie pozwoliłbym mu na coś takiego. Nie wiem, co mnie nakłoniło do tego czynu. Może pocałunek w domu blondaska, a może moje rozmyślenia o nim? Cokolwiek to było, otworzyło mi oczy. Może i nie byłem stuprocentowym gejem i moje zainteresowanie tą samą płcią ograniczało się jedynie do Marcela, ale przecież to nie miało wielkiego znaczenia. Ważne było to, że obaj tego chcieliśmy – on chciał mi wsadzić, a ja chciałem mu dać.
- Jesteś jeszcze pijany, prawda? - spytał cicho.
- Chcesz teraz o tym gadać? - prychnąłem. – Osobiście wolałbym zająć się bardziej przyziemnymi sprawami.
- Ale Sam… Na pewno tego chcesz?
- Gdybym nie chciał, już byś dostał w pysk.
Zapadła chwilowa cisza. Marcel wyraźnie się wahał. Chciałem się go spytać, czy jest gejem, ale zdecydowałem się odłożyć tę rozmowę na później.
- Mam nadzieję, że nie będziesz żałował… - szepnął wprost do mojego ucha, przygryzając je lekko. Zadrżałem.
- Na pewno nie – zapewniłem go żarliwie.
Pospiesznie go rozebrałem i przyciągnąłem blisko do siebie. Nakrył mnie całego swoim umięśnionym, ale naprawdę ładnym ciałem. Ja nie byłem taki idealny. Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, ale zawsze uważałem, iż to nie fair, że on nie miał trądziku i nie ma takiego irytującego pieprzyka pod dolną wargą.
Po raz kolejny poczułem się mały i bezbronny. Było to pewnie kolejne uczucie towarzyszące mi tylko wtedy, kiedy pojawiał się Marcel. Nie sądzę, żeby jakikolwiek inny facet potrafił tak łatwo i brutalnie stłamsić moją męskość.
Nie jestem w stanie opisać, co czułem, kiedy… zrobiliśmy to. Było o niebo lepiej, niż sobie wyobrażałem i… ostro. Obaj tak lubiliśmy i nie oszczędzaliśmy się nawet przez chwilę. Pieściliśmy się jak jacyś pieprzeni zboczeńcy, którzy są niewyżyci seksualnie. Nie było w tym miłości, jedynie zwierzęce pragnienie posiadania. W niespełna godzinę poznałem Marcela lepiej niż przez te wszystkie lata znajomości.
Kto by pomyślał, że spodoba mi uczucie, jakie wywoływał penis Marcela we mnie?
Ja, stuprocentowy hetero… Co za ironia!
Gdy już było po wszystkim i leżeliśmy obok siebie - ja ledwo co przytomny, z klejącymi się oczami, a Marcel rozbudzony i zdumiony – zabrakło nam słów. Wiedziałem, że pewne kwestie będziemy musieli sobie wyjaśnić i trochę bałem się tej rozmowy. Chciałem, żeby się odbyła, kiedy będę trzeźwy i wypoczęty.
Widząc zażenowanie Marcela, przesunąłem się po pościeli i wtuliłem w jego bok. Niech stracę, może dzięki temu wreszcie wyluzuje? Przeklęte snoby! Zawsze są sztywni jakby kij połknęli.
- Nie myśl o tym teraz – wymruczałem cicho. – Pogadamy jutro, ok?
- Ok. Dobranoc.
- Dobranoc.
Kiedy się obudziłem, jego już nie było. Podrapałem się jedynie po głowie, przypominając sobie, co zrobiliśmy w nocy. Mimowolnie się zarumieniłem, zastanawiając, czy to czasem nie był sen. Pieczenie w okolicach odbytu szybko mi uświadomiło, że nie.
Zwlokłem się z łóżka i poczłapałem do łazienki. Wyciągnąłem z szafki czysty ręcznik i ustawiłem sobie odpowiednią temperaturę wody, która powoli rozluźniała moje napięte mięśnie. Stałem tam jak debil, z zamkniętymi oczami, i rozkoszowałem się prysznicem jak nigdy w życiu. Gdy wreszcie miałem już dosyć, szybko się wytarłem i owinąłem ręcznikiem w pasie.
Marcel już wrócił. Wciskał do mojego plecaka rzeczy, które porozrzucaliśmy po całym pokoju hotelowym. Przed oczami stanęła mi scena z nocy i ponownie się spłoniłem. Nienawidziłem tych przeklętych rumieńców.
- Cześć – powiedziałem niepewnie.
- Hej – odparł. – Nie spodziewałem się, że tak szybko wstaniesz.
- Szybko? A która godzina?
- Po dwunastej.
- No, to naprawdę szybko.
 -Jak na twoje możliwości, nadzwyczajnie.
Przewróciłem jedynie oczami. Było jak zwykle. Zerkał tylko na mnie dziwnie, jakby się bojąc, że złapię go za kark i wykopię przez okno.
Podszedłem do łóżka i zacząłem się ubierać.
- Nikt się nie kapnie, jeśli ubiorę się jak chłopak? – zapytałem.
- Większość gości już wyjechała. Zostały tylko same niedobitki, więc bez obaw. Są moi rodzice, ale… – Marcel zawahał się wyraźnie.
– Ale? – spytałem podejrzliwie.
– Bo widzisz… Oni jakby… wiedzieli, że… Eee…
– Że?
Marcel westchnął, nabrał powietrza w płaca i wykrztusił na jednym oddechu.
– Że ta dziewczyna, którą przyprowadziłem do domu to tak naprawdę ty.
Zarumieniłem się mimowolnie, zdając sobie sprawę, jakiego idiotę z siebie zrobiłem. Nawet nie chciałem myśleć o tym, jak spojrzę im w twarz następnym razem, gdy ich zobaczę.
Byłem w stanie wydukać w odpowiedzi tylko jedno słowo.
- Aha.
Zapadła krępująca cisza. Ubrałem się do końca i usiadłem na łóżku, przyglądając się przyjacielowi.
- Sam? – odezwał się nagle.
- Co?
- Żałujesz?
Westchnąłem, kierując swoje myśli na TE tory. Dobre pytanie. Nie wiedziałem, czy żałuję. Nie było mi źle, okazało się, że bycie pasywem jest całkiem przyjemne. Nie, żebym chciał być nim stale czy coś, ale… nie wiedziałem, jak określić to, co czuję do Marcela. Wydaje mi się, że od zawsze go podziwiałem i chyba trochę mu zazdrościłem. Miał wszystko to, czego ja pragnąłem – rodzinę, przyjaciół, pieniądze, uznanie. Ja od małego mieszkałem w sierocińcu, wychowywany przez ludzi, którzy nie byli w stanie zastąpić mi prawdziwej rodziny. Fakt, nauczyłem się żyć z innymi i liczyć się z ich potrzebami, ale… Chciałem mieć prawdziwą rodzinę, matkę i ojca. Być może rodzeństwo… Chciałem czuć, że jest jakieś miejsce, do którego należę. Dopiero Marcel sprawił, że przestałem o tym myśleć. On stał się moim przyjacielem i praktycznie zrobił ze mnie członka rodziny. Był mi bliższy niż mu się wydawało. Zależało mi na nim jak jeszcze na nikim.
To, co między nami wyniknęło, zdarzyło się za obopólną zgodą. Nie zrobił mi krzywdy, wręcz przeciwnie – uświadomił mi, że nie jestem do końca taki, jak mi się wydawało. Czy chciałem z nim być? Nie wiedziałem. Byłem pewien jedynie tego, że chcę spróbować.
- Nie. Jesteś gejem?
Zawahał się. Odwrócił się do mnie plecami i wyszeptał.
- Tak.
Znowu zapadła chwilowa cisza.
- Wstydzisz się tego?
Pokręcił przecząco głową.
- Nie, moi rodzice wiedzą, tylko… Nie mówiłem ci, bo bałem się, że nie będziesz chciał mnie znać.
- Nigdy nie wyrażałem się źle o gejach.
Odwrócił się przodem do mnie.
- Niby tak, ale dobrze też o nich nie mówiłeś. Po prostu bałem się, że nie będziesz chciał się przyjaźnić z kimś takim jak ja i… Przepraszam, Sam. Wykorzystałem to, że byłeś pijany, a wcześniej namówiłem cię na to głupie przebieranie. Nie wierzyłem, że coś tym wskóram, ale chciałem ci chociaż pokazać alternatywę.
- Gdybym tego nie chciał, nie zrobiłbym tego.
- Niby tak, ale… Eh.
- Dlaczego ja?
- Co?
- Dlaczego akurat ja? – powtórzyłem.
Zamknął oczy, czerwieniejąc na twarzy i wykrzyczał.
- Kocham cię! – Otworzył jedno oko, patrząc na moją zdumioną twarz i spuścił głowę w dół. – Nie musisz się czuć zobowiązany tymi słowami! – dodał szybko. – Po prostu, skoro… uprawialiśmy seks to… Chcę, żebyś wiedział.
- Nieźle to ukrywałeś.
- Przepraszam…
Patrzyłem na niego przez chwilę, próbując podjąć ostateczną decyzję.
- Chciałbym spróbować – wypaliłem.
Marcel poderwał głowę, patrząc na mnie z nadzieją i niedowierzaniem.
- N- naprawdę?
Kiwnąłem głową.
- Ale jeśli myślisz, że zawsze będę na dole, to się mylisz – zastrzegłem sobie. – Z nas dwojga to ty jesteś większą mameją. A to, że jesteś większy, nic nie znaczy.
Uśmiechnął się. W jego wzroku było coś dziwnego, jakaś nienaturalna dla niego ckliwość i… miłość. Tak, to chyba była miłość.
Wstał i nachylił się nade mną, łącząc nasze usta w pocałunku. Nasze języki zaczęły trącać o siebie, z ust co rusz wydobywały się ciche jęki i westchnienia. Obaj chcieliśmy podjąć to wyzwanie, jakim jest związek i żaden z nas nie chciał oblać.
Teraz, jakieś półtora miesiąca po tym zdarzeniu, nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Wystarczyły zaledwie dwa tygodnie żeby mi uświadomić, że interesują mnie faceci. Wtedy sobie tłumaczyłem, że tego nie chciałem, że chodziło o BMW i lekcje tańca, że to była wina alkoholu. To nie była prawda. Ja po prostu szukałem usprawiedliwienia dla swoich czynów.
Gdy tak sobie o tym myślę, zdałem sobie sprawę, że… za nic w świecie bym z tego związku nie zrezygnował. Nawet jeśli ktoś by mi powiedział, co się stanie, i tak bym zrobił dokładnie to samo, co zrobiłem. Nie chciałem tego zmieniać.
Próbowałem przemyśleć całą tą sytuację, ale jak zwykle Marcel mi nie pozwalał. Odkąd zostaliśmy parą, uniemożliwiał mi myślenie w zupełnie inny sposób.
Leżąc na jego łóżku, nie miałem szans, żeby się zastanowić nad czymkolwiek. No, chyba że jest to kolejna wizja gorącego seksu, którego w naszym związku w ogóle nie brakowało.
Jęknąłem, czując rękę w swoich spodniach.
- Marcel, do cholery! – zirytowałem się. – Przestań chociaż na chwilę.
- Chcesz tego, kotku – mruknął, całując czubek mojego penisa, który jakimś cudem znajdywał się już na widoku.
- Przestań mnie tak nazywać, matol… Ach!
Blondas uśmiechnął się przebiegle, widząc, jak moje nogi automatycznie się rozsuwają.
- Nienawidzę cię! – warknąłem.
- Kochasz mnie. Sam to powiedziałeś – zaśmiał się.
Szlag! I po co wyjechałem z tym tekstem? Zanim to zrobiłem, moje życie było o wiele prostsze. Przypomniałem sobie jeszcze, że miałem się na niego obrazić za… No, tak, nawet nie pamiętam, za co.
Przestałem myśleć i poddałem się rozkoszy.
Wiedziałem, że ten związek jest inny niż pozostałe. Ale może to właśnie był klucz do tego, żeby trwał wiecznie?


 ***
Część z Was może już to czytała. To opowiadanie znajdowało się na stronie Kotori bodajże, ale od jego publikacji minęło już tyle czasu, że postanowiłam je troszkę poprawić i wstawić tutaj.
Mam nadzieję, że się podobało.
Wszystkiego Najlepszego na święta;)
 


9 komentarzy:

  1. Świetne!!!! Mam nadzieję że wstawisz coś jeszcze w niedługim czasie :D. Niestety uzależniłam się od twoich opowiadań :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak tak widziałam że skądś je znałam <3 <3<3
    ale i tak mi się podobało XD
    wiesz może kiedy będzie kolejne opowiadanko czy coś?

    OdpowiedzUsuń
  3. fajna historia, fajnie że przed świętami coś wrzuciłaś

    WESOŁYCH ŚWIĄT

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowna historia <3
    W sam raz jak na święta~taka odstresowująca i przyjemna.
    Kocham wszystko co wychodzi spod Twoich zdolnych rąk. Jesteś jak taka żywa kopalnia pomysłów i oby (błagam, błagam) się one nie kończyły nigdy <3
    Pozdrawiam i życzę wesołych świąt~!
    ~Fluffery

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciesze sie, ze ostatnio dodajesz tyle one shotow slash, bo mialam zdecydowany niedobor shotow, ale dzieki Tobie juz jest dobrze :)
    Kocham to w jaki sposob piszesz. Jestes niesamowita i bardzo Cie podziwiam za wszystko co piszesz <3
    Pozdrawiam i sciskam~!
    ~Psychedelic smiles

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne opowiadanie :-) Mam nadzieje że stawisz niedługo jakiś rozdział :-)
    Twój wierni anonim :-)
    PS. kocham bliźniaków

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowny one shot! Piszesz fenomenalnie! Ja potrzebuje wiecejjj :D
    Normalnie nie moge sie doczekac czegos nowego <3
    Tyyyyleeee milosci :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak Ty to robisz, ze wszystko co napiszesz jest AZ tak cudowne?! :)
    Ten one shot jest moim ulubionym <3
    chlopaki sa poprostu uroczy :* uwielbiam ich rumience <3
    Niecierpliwie czekam na nowe opowiadania slash, ktore piszesz <3
    Pozdrawiam i weny zycze :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo fajne opowiadanko ;). Chlopcy sa swietni, a ta sytuacja na niedzielnej kolacji przekomiczna. Ciesze sie ze wena Cie nie opuszcza :D. Pozdrwiam i zycze DUZO weny~.
    Twoja wierna fanka i czytelniczka.
    Ps Czy masz zamiar napisac jeszcze jakies dluzsze opowiadanie?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)