piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział 3[G2]

Przed dłuższą chwilę po obudzeniu nie mogłem skojarzyć, gdzie jestem. Dopiero po długich sekundach do mojego otumanionego jeszcze snem mózgu dotarło, co, gdzie i jak.
Zegarek w telefonie pokazywał godzinę 11:47. Choroba musiała mnie mocno osłabić, skoro spałem do południa. Nigdy nie byłem rannym ptaszkiem, ale spanie tak długo tak po prostu, bez imprezy dzień wcześniej albo grania w coś do rana było niezwykłe nawet na mnie.
Przetarłem sklejone powieki i ziewnąłem, siadając ostrożnie na łóżku. Każdy gwałtowny ruch nadal sprawiał, że czułem tępy ból z tyłu głowy, ale w porównaniu z dniem poprzednim czułem się o wiele lepiej.
Zauważyłem, że Pascal zostawił dla mnie dary na stoliku, więc wepchnąłem w siebie tabletki, które mi przyniósł i z radością napiłem się ciepłej herbaty. Musiałem co prawda wstać i odcedzić kartofelki, ale po tym szybko wczołgałem się z powrotem do łóżka.
Teoretycznie miałem czas i okazję, żeby pójść do lekarza, ale Pascala nie było i nie wiedziałem, o której wróci. Nie dał mi jeszcze kluczy, więc chcąc nie chcąc zmuszony byłem na niego poczekać.
Napisałem mu wiadomość z pytaniem, o której będzie z powrotem, żebym mógł się umówić na wizytę. Odpisał mi po kilku minutach, więc od razu zadzwoniłem do przychodni i zaklepałem sobie miejsce.
Nie byłem ani trochę głodny, więc postanowiłem jeszcze pokimać do czasu przyjścia mojego nowego współlokatora. Wiedziałem, że powinienem coś zjeść, bo to przez chorobę nie miałem apetytu, ale zdecydowałem się z tym wstrzymać ile się da. Przełykanie śliny i bez tego było cholernie bolesne i irytujące.
Kimałem sobie jeszcze, kiedy dotarł do mnie dźwięk klucza przekręcanego w zamku, a potem otwieranych drzwi. Przykryłem się szczelniej kołdrą. Pascal miotał się przez chwilę na korytarzu, pewnie rozbierając się z kurtki i butów. Po chwili zapukał cicho do mojego pokoju.
Wymamrotałem coś, co totalnie nie miało sensu, ale zdecydowanie brzmiało jak pozwolenie na wejście do środka. Otworzyłem jedno oko, patrząc na bruneta beznamiętnie.
– Lepiej? – spytał, podchodząc bliżej łóżka. Miał policzki i czubki uszu zaczerwienione od chłodu.
– Powiedzmy – wychrypiałem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Totalnie nie miałem ochoty nawijać, ale skoro już mi pomógł, wypadało być miłym. No, przynajmniej przez kilka pierwszych dni. – Umówiłem się na wizytę do lekarza – przyznałem.
Pascal skinął.
– Mam dla ciebie klucz do mieszkania i skrzynki na listy – powiedział, wyciągając go z kieszeni i podając mi go. Wyciągnął jeszcze z kieszeni małą karteczkę. – Tutaj zapisałem ci kod do bramy wejściowej.
– Mm. Dzięki.
Wziąłem od niego kartkę i klucz i zacząłem miętolić obie rzeczy w palcach.
Zapadła cisza. Patrzyłem na niego, a on na mnie. Żaden z nas się nie odzywał. Ta sytuacja była trochę niezręczna. Nie miałem pojęcia, co mógłbym powiedzieć. Nie byliśmy przyjaciółmi. Ba! Właściwie to nie znosiłem gościa. On pewnie też nie darzył mnie zbytnią miłością. Miał miękkie serce i tylko dlatego znaleźliśmy się w takiej sytuacji.
Podrapał się po karku, przestępując z nogi na nogę.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to będę w kuchni robił pizzę. Chcesz trochę?
Westchnąłem cicho. Darmowym żarciem się nie gardzi, co nie? Zwłaszcza pizzą i nawet jeśli proponuje ją twój śmiertelny wróg.
– Jasne, spoko.
– Okej. Zawołam cię, jak będzie gotowe.
– Mm.
Patrzyliśmy na siebie jeszcze przez krótką chwilę, zanim Pascal odwrócił się i wyszedł. Westchnąłem cicho. Do umówionej wizyty u lekarza miałem jeszcze jakieś dwie godziny, ale i tak postanowiłem wstać i trochę ogarnąć siebie i swoje rzeczy.
Rozpakowałem walizkę, próbując oszacować straty. Wydawało mi się, że zabrałem ze sobą większość swoich rzeczy. No, przynajmniej te, które były możliwe do zabrania. Nie zostawiłem u Lucy żadnych dokumentów ani nic takiego. Jedyne co przepadło to rzeczy, które kupiliśmy za swoje wspólne pieniądze, takie jak drukarka, suszarka na ciuchy, kuchenka mikrofalowa… Postanowiłem machnąć na to rękę. Niech sobie wsadzi to w dupę, pójdę gdzieś do roboty i zarobię sobie na to wszystko od nowa.
Skoro już o pieniądzach mowa, szybko sprawdziłem, ile jeszcze w ogóle mi ich zostało. Byłem prawie wyczyszczony do zera co oznaczało, że leki będę musiał kupić wybiórczo i totalnie nie miałem kasy, żeby zapłacić Pascalowi za mieszkanie. Byłem z tego powodu wkurzony, bo nienawidziłem coś komuś wisieć, a już zwłaszcza osobie, której nie lubiłem. Ja się po prostu nie zapożyczałem, nieważne czy chodziło o pieniądze, kostkę mydła czy butelkę wody.
No, trudno… Dam mu, co mam i postaram się zwyczajnie dotrwać do końca tego miesiąca. Kartę w mensie miałem nabitą na fula, więc o jedzenie nie musiałem się martwić, tak samo jak biletem. Podjęcie pracy wydawało mi się jedyną opcją wyjścia na prostą, więc to zamierzałem zrobić. Było mnóstwo posad dla studentów, więc nie martwiłem się, że będę miał problem ze znalezieniem czegoś.
Z tą myślą poszedłem się kąpać. Dałem sobie czas na powolne wyszorowanie całego ciała i zrelaksowanie się pod strumieniem ciepłej wody. Nie miałem pojęcia, ile spędziłem tam czasu, ale z pół godziny jak nic.
Gdy już odświeżony wszedłem do kuchni, Pascal akurat zaglądał do piekarnika, posypując pizzę startym serem. Uniosłem brwi widząc stos świeżo pobrudzonych naczyń w zlewie.
– Czy ty właśnie zrobiłeś najprawdziwszą pizzę? – spytałem zaskoczony.
Spojrzał na mnie przez ramię, zamykając drzwiczki od piekarnika. Uniósł jedną brew.
– To takie dziwne?
Też uniosłem brwi.
– A nie?
Uśmiechnął się pod nosem.
– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie – wytknął mi.
Wywróciłem oczami. Ten ruch mnie trochę zabolał, ale nie żałowałem tego. Niech dupek wie, co myślę o jego głupich komentarzach.
Kuchnia była średniej wielkości i dość nietypowa, bo po dwóch stronach stołu znajdowały się czerwone, skórzane siedzenia tak jak w McDonalds czy innych miejscach ze śmieciowym żarciem. Sprzęty były nowe i wypucowane na błysk. Na suszarce stało mnóstwo kolorowych kubków z różnych miejsc, które Pascal chyba kolekcjonował.
Usiadłem na jednym ze skórzanych siedzeń, obserwując Pascala krzątającego się po kuchni. Nucił coś cicho, wyraźnie zadowolony z życia. Zastanawiałem się, czy on kiedykolwiek bywa smutny. Serio, ten koleś wiecznie się szczerzył. To było dla mnie aż nienaturalne, żeby tak się nie dawać wszechobecnej depresji.
– Okej, więc – zacząłem, patrząc jak wyciąga spory talerz i zagląda do piekarnika – ile będzie kosztowała mnie ta przyjemność? W sensie, mieszanie tutaj? – sprostowałem szybko.
Pascal wyciągnął pizzę i zatrzasnął piecyk, wyłączając go.
– Ugh, nie myślałem o tym zbytnio? – przyznał. Postawił przede mną talerz ze sporym kawałkiem pizzy. – Możemy umówić się na dwieście pięćdziesiąt euro plus rachunki do podziału na nas dwóch.
Zmarszczyłem brwi. Cena jaką podał była śmieszna jak na Berlin i to w dodatku w miejscu, w którym mieszkał i obaj o tym wiedzieliśmy.
Czemu zaproponował mi wspólne mieszkanie?
Serio, co za świr!
Mieszkanie z nim było coraz bardziej kuszące. Nawet coraz mniej przeszkadzał mi fakt, że moim współlokatorem miał być Pascal Luft. Musiałem być poważnie chory, skoro taka myśl choć na chwilę zaświtała w mojej głowie.
– Okej – westchnąłem. Nie zamierzałem mu wytykać, że śmiesznie nisko się wycenił. Im mniej chciał tym lepiej dla mnie, prawda? – Jakieś generalne zasady, które pomogą nam kooperować i się nie pozabijać? – spytałem, biorąc w ręce swój kawałek pizzy.
Uśmiechnął się rozbawiony, żując swój.
– Powinienem się spodziewać w nocy jakiegoś zamachu na swoją osobę czy coś? – spytał. Pokręcił głową. – Raczej nie – odpowiedział na moje pytanie. – Jeśli będziesz po sobie w miarę sprzątał pomieszczenia współdzielone ze mną, nie będziesz tarabanił się w środku nocy ani ćpał w mieszkaniu to powinniśmy sobie jakoś poradzić. – Urwał, wgryzając się w pizzę po raz kolejny. Za bardzo nie czułem jej smaku, ale miałem jakieś dziwne wrażenie, że smakuje zajebiście. – Niektóre rzeczy pewnie wyjdą w trakcie, więc wtedy możemy to obgadać. Rzeczy do kuchni nie musisz kupować, mam cały komplet i możesz brać co chcesz. – Wzruszył ramionami.
Skinąłem głową. Zapadła cisza. Nie mogłem się nadziwić, że byliśmy w kuchni już jakieś dziesięć minut i jeszcze ani razu go nie obraziłem.
Byłem serio chory… i to na mózg!
Gdy zjedliśmy zaproponowałem, że pozmywam, z czego Pascal chętnie skorzystał. Gdy wytarłem ręce w ścierkę i zacząłem się zbierać do wyjścia okazało się, że Pascal też wychodzi. Gdy myłem zęby, on akurat zebrał się w sportową torbę. Korciło mi, żeby spytać, gdzie idzie, ale nie chciałem wyjść na ciekawskiego, więc ugryzłem się w język i nic nie powiedziałem.
Lekarz opieprzył mnie, że niepotrzebnie tak długo czekałem z wizytą w gabinecie lekarskim, po czym przepisał mi leki i wypisał zwolnienie z zajęć do piątku. Mogłem poprosić o dłuższe, ale nie miało to większego sensu. Do poniedziałku powinno mi przejść, a jeśli nie to odwiedzę go jeszcze raz.
Pascala w domu nie było, więc miałem okazję poszperać tu i tam i wypakować swoje produkty w lodówce. Mieszkanie Pascala było zdecydowanie zbyt zajebiste jak na takiego debila. Moje i Lucy nie umywało się ani trochę, co było trochę nie fair. W takich momentach żałowałem braku swoich ambicji, które, gdybym miał, pozwoliłby mi otaczać się takimi rzeczami jak mieszkanie Pascala.
Westchnąłem ciężko. Nie miałem wątpliwości, że gdy tylko stanę na nogi, nasze temperamenty nie pozwolą nam żyć zbyt długo w symbiozie. Z jakiegoś powodu ta myśl mnie uspokoiła.
Życie w cywilizowany sposób z Pascalem Luftem wydawało mi się zbyt dziwne, żeby mogło zaistnieć w realnym świecie.

Nie było go. Znowu.
Okej, byłem zaintrygowany. I zaskoczony, ale cóż…
Minęło już całe pięć dni.
Mieszkałem z Pascalem już całe pięć dni. I obaj mieliśmy się dobrze!
Choroba już prawie mi przeszła, została mi jeszcze cała niedziela do przebimbania, zanim moje życie miało wrócić mniej więcej na poprzednie tory. Ku mojemu zdumieniu, Pascal przebywał w mieszkaniu tylko przelotem. Przychodził z zajęć, przebierał się i znikał z powrotem. Wracał, zostawiał rzeczy, brał prysznic i znowu dziad znikał na długie godziny, wracając przed północą.
Tym razem nie było inaczej. Siedziałem w kuchni czekając, aż zagotuje mi się woda na herbatę, kiedy usłyszałem dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Po chwili w kuchni pojawił się Pascal. Moja teoria, że ostro imprezuje, szybko wyleciała przez okno kiedy zobaczyłem, że nie wygląda na wciętego ani upalonego. Wyglądał jak zawsze. Przywitał się ze mną i dostawił drugi kubek obok tego, który już uszykowałem. Nie był ubrany w imprezowe ciuchy, tylko jakieś wytarte dżinsy z dziurami na kolanach i za duży sweter, który zdecydowanie widział lepsze czasy.
Nie spytasz go, gdzie się szlaja, powiedziałem sobie ostro w głowie. Nie spytasz go, ty ciekawski chuju, powtórzyłem solennie.
Czy to już koniec świata? Apokalipsa? Atak obcych? Cokolwiek? Serio, dzień, w którym życie Pascala zaczęło mnie interesować, powinien mieć rozmiary apokalipsy. I nawet nie mogłem tego zwalić na chorobę, bo już nie byłem chory. Nudziłem się trochę, ale czy rzeczywiście było ze mną aż tak źle?
Westchnąłem cicho.
– Coś się stało? – spytał od razu Pascal, skupiając na mnie swoją uwagę.
Spojrzałem na niego spod byka, podchodząc do czajnika i zalewając nasze herbaty. Policzki bruneta były zarumienione od zimna, a usta lekko spierzchnięte. Lucy już by latała i szukała czegoś do posmarowania ich, żeby jej nie popękały.
– Nie – odparłem krótko. Dotarło do mnie, że męskie towarzystwo po mieszkaniu z kobietą zdecydowanie dobrze mi robiło. To taka ulga nie musieć się więcej przejmować tymi wszystkimi babskimi pierdołami.
Podałem mu jego kubek.
– To co? – zagadał, opierając się tyłkiem o blat mebli i dmuchając herbatę, żeby szybciej przestygła. – Zamieszasz mi kiedyś powiedzieć, dlaczego tak nagle się przeprowadziłeś?
Nie.
To była moja pierwsza myśl. W końcu nic nie byłem mu winny, prawda? Jasne, pomógł mi, ale wcale go o to nie prosiłem. Moje życie prywatne nie było jego sprawą. Nie chciałem jednak, żeby myślał, że rozpaczam po rozstaniu z Lucy czy coś w tym stylu i dlatego nie chcę o tym gadać. Wręcz przeciwnie, chciałem pokazać jemu i całemu światu, że w ogóle mnie to nie ruszyło. Rozmawianie o tym jakby nigdy nic było na to najlepszym sposobem.
– Zerwałem z dziewczyną – przyznałem spokojnie, wzruszając ramionami dla podkreślenia swojej obojętności. – Mieszkaliśmy w kawalerce należącej do jej wujka, więc wyprowadzenie się było logicznym posunięciem.
Pascal uniósł brwi.
– Pokłóciliście się? – spytał. – Musiało być grubo, skoro ty tak po prostu zdezerterowałeś.
Spojrzałem na niego beznamiętnie. Ani myślałem mówić mu, że w przyszłości planowałem oświadczyć się tej piździe. Już dość mnie upokorzyła. Nie potrzebowałem jeszcze, żeby i on ze mnie szydził. I co przepraszam to „ty” miało znaczyć?
– Nawet nie masz pojęcia – burknąłem. Uśmiechnął się lekko. Spojrzałem na niego wkurzony. – Tak cię to bawi? – warknąłem. – Takie kurwa zabawne, że rozstałem się z laską w nieprzyjemnych okolicznościach?
Pokręcił głową.
– Nie o to chodzi.
– To o co? – zażądałem. Zaczynał mnie wkurwiać z tymi swoimi krypto–odpowiedziami pod tytułem „sam weź się domyśl”.
– Tęsknisz za nią? – spytał tak totalnie z dupy.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.
– Co?
– Tęsknisz za nią? To proste pytanie.
– Ha, ha, ha – pokrzywiłem mu się. – Co za różnica?
– Po prostu nie wyglądasz, jakbyś tęsknił – stwierdził.
– I? – spytałem z irytacją.
Serio, nie mógł tego tak po prostu z siebie wydusić? Normalnie gorzej niż z babą.
– Kiedy rozstałem się ze swoim ostatnim chłopakiem, miałem ochotę beczeć w poduszkę przez dwa tygodnie i zeżreć pół sklepu lodów i to najlepiej na Marsie. Było mi smutno i źle i generalnie wiesz, złamane serce, te sprawy – powiedział. Dalej nie rozumiałem, o co mu chodzi i nawet nie chciałem myśleć o tym, co to całe „rozstałem się ze swoim ostatnim chłopakiem” miało znaczyć, bo chyba nie to, że faktycznie był gejem. – Tobie nie jest ani trochę smutno. Chodzisz nabuzowany po domu i tłuczesz talerze jak pojebany, ale nie czujesz smutku, żalu ani nie masz depresji. Jesteś po prostu zły.
– I? – spytałem, ignorując to, że wiedział o tych nieszczęsnych talerzach, które spadły mi totalnie przez przypadek pewnego dnia i musiałem jakoś zamaskować ich zniknięcie. Jak widać, nie udało mi się.
– Chodzi mi o to, że ani trochę ci na niej nie zależało – powiedział w końcu. – Nie jest ci źle, że wasz związek się gwałtownie skończył. Jesteś wkurzony, że dałeś z siebie zrobić idiotę lub że nagle musiałeś szukać mieszkania albo inny shit. Kiedy ostatni raz o niej myślałeś? Po prostu… – zaśmiał się cicho. – Szkoda twojej energii i czasu na nakręcanie się, jeśli nawet ci zbytnio nie zależało. Skoro już dotarło do ciebie, że nie masz powodu do smutki ani żalu, powinieneś też zrozumieć, że nie ma sensu się przesadnie długo złościć. I sugerowałbym to zrobić, zanim wytłuczesz wszystkie talerze i będziemy musieli jechać do Ikei po nowe.
Odszczeknąłbym mu się tak, że aż by mu w pięty poszło gdyby nie to, że miał rację. Patrzyłem tylko na niego bez wyrazu, nie mogąc uwierzyć, że wcześniej się nie pokapowałem. Byłem tak skupiony na tym, żeby nie pokazywać tego, co czuję po rozstaniu, że nie dotarło do mnie, że za wiele tak naprawdę nie czuję. Byłem zły. Kurewsko wkurwiony, ale to tyle. Nie czułem, jakby ktoś złamał mi serce. Nie miałem wrażenia, że utraciłem najważniejszą osobę w moim życiu, przeznaczoną mi w niebie kobietę, przyszłą matkę moich dzieci czy inny shit.
Była tylko złość, że śmiała pokrzyżować moje starannie ułożone i przemyślane plany na przyszłość. No, i że śmiała mnie zdradzić z jakimś kasiastym frajerem. No bo… serio? Za kasę? Rozumiałbym, gdyby był to Brad Pitt albo Johnny Deep. Kurwa, sam przespałbym się z jednym i drugim, gdybym miał taką okazję. Kto by tego nie zrobił? Ale z jakimś frajerem, bo miał trochę forsy i fajną brykę?
Nie.
Zdecydowanie nie.
I nawet nie zamierzałem komentować tego, że przyznałem się, że przespałbym się z jakimkolwiek facetem, gdyby nadarzyła się okazja.
Nie.
Nope.
To się nie zdarzyło.
I czemu to wszystko musiało wyjść przy temacie cholernych talerzy, których nawet nie stłukłem w przypływie złości, tylko przez cholerny przypadek?
Moje życie z każdą chwilą zdawało się coraz bardziej irracjonalne, a Pascal oczywiście musiał wyjść z błędnego założenia i dojść do właściwych wniosków. I ktoś nadal się dziwił, że nienawidziłem chuja?
– To był przypadek – wycedziłem. – Nie zbiłem tych cholernych talerzy specjalnie! I zdaję sobie sprawę z tego, że tylko zmarnowałem z nią czas. Nie potrzebuję twoich rad.
Pascal wywrócił oczami.
– Nie ma potrzeby do bycia nieuprzejmym. Tylko mówię.
To przestań, pomyślałem z irytacją. Spojrzałem tylko na niego porozumiewawczo, siorbiąc swoją herbatę. Na jego ustach błądził irytujący uśmieszek, który chętnie starłbym stamtąd pięściami. Powstrzymywał mnie fakt, że wtedy pewnie wystawiłby mnie za drzwi i znowu musiałbym szukać nowego lokum, a na to nie miałem najmniejszej ochoty.
Odświeżyłem zakładkę w telefonie widząc, że dostałem nową wiadomość na gmailu. Otworzyłem ją, trochę zaskoczony. Czyżbym nie oddał czegoś na czas na te zajęcia? Oby nie, ten facet był najgorszym i najbardziej wymagającym wykładowcą w tym semestrze. Byłem pewny, że jestem na czysto, ale z tymi rzeczami nigdy do końca nie wiadomo.
Upiłem łyk i mało nie zszedłem na zawał, kiedy zacząłem czytać jego wiadomość.
Pascal spojrzał na mnie zaskoczony, kiedy kaszlałem jak głupi, próbując odzyskać oddech.
– Ręce do góry! – powiedział do mnie, wstając i pukając mnie w plecy.
– O, kurwa! – wydukałem. Załzawionymi oczami spojrzałem jeszcze raz na maila, nie mogąc w to uwierzyć.
– Wszystko okej? – spytał Pascal, zaglądając mi przez ramię.
– Ja pierdolę! – lamentowałem, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.
– Co jest? Co się stało?
Pokręciłem głową. Wiedziałem, że choroba rozłożyła mnie na łopatki, ale to… to już był zupełnie inny level w sięgnięciu dna.
Ignorując Pascala, wstałem gwałtownie i poszedłem do pokoju, żeby włączyć pocztę na laptopie. Pascal mimowolnie podążył za mną.
Złapałem się za głowę, a potem… potem po prostu zacząłem się śmiać.
– Co to jest? – spytał Pascal, nachylając się nade mną i czytając mi przez ramię. Jego ciepły oddech owiał mój policzek sprawiając, że dreszcz przeszedł mi po plecach. Mimowolnie się odsunąłem.
– Co za suka! – rzuciłem. Nie odpowiadając na jego pytanie, pospiesznie wszedłem w ustawienia i zmieniłem sobie hasło do poczty. Gdy zaakceptowałem zmiany, odpowiedziałem na pytanie bruneta, kręcąc z niedowierzaniem głową: – Ta głupia pizda napisała z mojej poczty maila do Gestapo, w załączniku wysyłając moje zdjęcia z imprezy.
Najbardziej znienawidzony przez nas profesor już lata świetlne temu doczekał się ksywki „Gestapo” przez swoje metody nauczania. My tylko podążyliśmy w ślady poprzednich roczników, nazywając go w ten sposób. Ta ksywka cholernie do niego pasowała.
– W sensie twoja była? – spytał.
– Taa. Mail miał być niby wysłany do kogoś innego i przez mój „stan najebania” mógł pójść nie tam, gdzie trzeba – mruknąłem.
Pascal zachichotał.
– I Gestapo odpisał ci TO?
Pokręciłem z niedowierzaniem głową, czytając treść wiadomości po raz kolejny:
„Panie Brown, piwo, które trzyma pan na załączonych w mailu zdjęciach, musiało tak uderzyć panu do głowy, że najwyraźniej nie jest pan nawet w stanie wysłać wiadomości na odpowiedni adres mailowy. Zdecydowanie nalegam, aby następnym razem wybrał pan trunek lepszej jakości. Jeśli już koniecznie chce pan zabić resztę szarych komórek, jakie panu pozostały, proszę robić to z klasą i dobrej jakości alkoholem.
Korzystając z okazji przypominam o zbliżającym się terminie oddania pracy semestralnej dotyczącej zaprojektowania mostu o wskazanych wcześniej parametrach. Choroba nie jest wymówką do oddania pracy po terminie!
W załączniku przesyłam niezbędne w tej sytuacji materiały. Może to pomoże panu zrozumieć powagę sytuacji, w jakiej się pan znalazł.
Z pozdrowieniami,
Thobias Shmidt”
– A w załączniku są jego zdjęcia z jakiejś biby? – spytał Pascal z niedowierzaniem. Kliknąłem na jeden z załączników. Kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcia prof. Schmidta z jakiejś imprezy, wybuchłem śmiechem. – Jak ty to robisz?! Najpierw Malik, a teraz Gestapo! Przecież ten facet nie ma kompletnie poczucia humoru! Znałem go jeszcze z czasów liceum i ani razu nie widziałem, żeby się chociaż lekko uśmiechnął.
Wzruszyłem tylko ramionami, szczerząc się. Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem przekonany, że Gestapo mnie zniszczy za coś takiego, a on odesłał mi swoje fotki z imprezy. Znając reputację tego kolesia, było to naprawdę nie do pomyślenia.
Sprawdziłem dokładnie maila, ale na szczęście Lucy napisała tylko do niego. Trochę nie mogłem uwierzyć, że posunęła się do czegoś takiego, zdecydowanie też nie widziałem żadnego motywu. Nic jej nie zrobiłem poza zakończeniem naszego związku, do czego miałem zupełne prawo w zaistniałych okolicznościach. Nie miałem pojęcia, dlaczego to zrobiła, ale zamierzałem odwdzięczyć się pięknym za nadobne, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja.
We wtorek na hiszpańskim zobaczyłem ją po raz pierwszy od rozstania. Wyglądała na trochę styraną – czego zbytnio nie rozumiałem – ale postanowiłem to zignorować. Ją też. Już dla mnie nie istniała.
Zamiast tego usiadłem obok Weroniki, która przez całe zajęcia rysowała po brzegach książki i wyraźnie się nudziła. Wszyscy wiedzieli, że jest zajebista z hiszpańskiego i zapisała się do tak słabej grupy, bo nie chciało jej się uczyć. Polacy…
– Słyszałam od Pascala, że znalazłeś mieszkanie – zagadała po zajęciach. Kątem oka zauważyłem, że Lucy idzie niedaleko od nas i przysłuchuje się naszej rozmowie.
– Tak, poszło łatwiej niż myślałem – powiedziałem ze wzruszeniem ramion.
– Pascal to mega frajer – rzuciła, kręcąc głową. Zaśmiałem się. Zgadzałem się z nią w stu procentach. – No ale cóż… Ważne, że wszystko się ułożyło. Teraz z mieszkaniami naprawdę krucho. Erasmuska, którą zajmuję się w tym semestrze beczała mi w koszulę przez całe dwa tygodnie, zanim udało mi się znaleźć dla niej miejsce w akademiku. Już mam jej dość, a semestr dopiero się zaczął. Ta pizda pomieszkiwała u mnie kątem dwa tygodnie i to o dwa za długo, mówię ci.
– Zapisałaś się na to? – spytałem zdziwiony. Weronika była miłą i uczynną dziewczyną, ale nie wyglądała mi na kogoś, kto tak po prostu chciałby niańczyć cholernych nieogarniających życia obcokrajowców.
– Taa… Wzięłam sobie na kark rodaczkę i to był mój błąd. Jej niemiecki to tragedia i niczego się nie nauczy, skoro ciągle oczekuje, że będę za nią wszystko załatwiać. – Pokręciła głową. – Przez trzy dni wybuchała śmiechem w kiblu, bo miałam tam papier toaletowy firmy HappyEnd. Nie minął nawet tydzień od jej przyjazdu, a już jakiś bezdomny Muzułmanin zdołał ją przekonać, żeby wysłała w jego imieniu maila z prośbą o pomoc do synagogi w Jerozolimie. – Wywróciła oczami.
Zaśmiałem się zaskoczony.
– Serio?!
– Noo… Jak nas uchodźcy wysadzą w powietrze, bo był to jakiś tajemny kod, że już można atakować, to będzie to jej wina.
Pokręciłem głową, śmiejąc się. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że Weronika to taka fajna i zabawna dziewczyna. Zanotowałem sobie w głowie, żeby spędzać z nią więcej czasu.
– Ogarnęłaś już materiały na LPP? – spytałem po chwili, zmieniając temat.
Weronika tylko spojrzała na mnie krzywo.
– Żartujesz? Jestem tak w dupie z tym, że bardziej się nie da. Jeszcze nawet nie zaczęłam. Byłam zajęta… egh… czymś innym.
– Serio? Czym? Ten przedmiot to rzeźnia, Gestapo nikomu nie popuści.
Weronika podrapała się po nosie. Doszliśmy już do mensy i ustawiliśmy się w kolejkę po jedzenie.
– Ugh, ale nie będziesz się śmiał? – Pokręciłem głową, że nie. Westchnęła cierpiętniczo. – Czytałam zajebiste fanfiction o Larry.
Zmarszczyłem brwi. Nic mi to nie mówiło.
– Larry? Co to jest Larry?
– Jeśli lubisz czytać, to mogę ci podesłać, jest naprawdę zajebiste. Nie pożałujesz.
Uniosłem brwi. Czasami łapałem się za jakąś książkę, szukając innych metod stymulacji mózgu niż granie na kompie, oglądanie pornoli i nauka, więc jeśli znalazła coś godnego polecenia, to czemu nie?
– Jasne, chętnie.

Uśmiechnęła się trochę przerażająco. Aż mnie przeszły dreszcze, ale doszedłem do wniosku, że tylko mi się wydawało.

4 komentarze:

  1. No jestem bardzo ciekawa reakcji Paula na Larry xD Powinien zauważyć to Pascal, a wtedy mogłoby dojść do fajnej wymiany zdań między nimi :D
    Ciekawe, gdzie znika Pascal? Może robi to specjalnie, aby zainteresować swoją osobą Paula?
    Podejście studenta do życia rządzi xD Im łatwiej tym lepiej :)
    Dużo weny :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Larry"...... Jedno magiczne słowo i już mam banana na twarzy :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy następny rozdział Więzi ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdaje się, że pod poprzednim rozdziałem pisałam, że poczekam z zakupem tego opowiadania. Jednak nie wytrzymałam. I nie dość, że kupiłam, to jeszcze przeczytałam wszystko w jeden dzień! 😂 Co Ty ze mną robisz? Naprawdę kocham Twoje opowiadania ♥
    Generalnie jak podeszłam do tego opowiadania, to miałam bardzo negatywny stosunek do Phila (bo zachował się jak chuj w pierwszej części) i starałam się robić wszystko, aby go nie polubić, no ale... było ciężko xD Przemiana Phila totalnie mnie przekonała i z rozdziału na rozdział coraz bardziej go lubiłam :D
    Widziałam, że na beezar parę osób pisało, że chętnie poznałoby jakoś głębiej historię Malika. Jeśli się kiedyś zastanawiałaś na jakąś miniaturą dla niego albo może dłużej tekstem (Granice 3? xd), to zgłaszam się, że byłabym chętna na przeczytanie. A jeśli wydałabyś w formie ebooka, to obiecuję, że kupię 😘
    Dziękuję Ci bardzo za Twoją ciężką pracę i kolejny świetny tekst i liczę na więcej 💕
    Tylko nie wiem, co ja teraz pocznę w wakacje, skoro przeczytałam całość 😂😂

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)