piątek, 7 lipca 2017

Rozdział 4[G2]

Czas mijał.
Tak, wiem, Ameryki nie odkryłem, ale tak rzeczywiście było. Szybko wpadłem w nową rutynę, mimowolnie zaskoczony tym, jak bezkonfliktowe było mieszkanie pod jednym dachem z Pascalem. Cóż, to mogło być głównie związane z faktem, że prawie go nie widywałem w mieszkaniu, ale nieważne. Dla mnie liczyło się to, że miałem fajne lokum i totalny spokój. Mogłem sobie trzepać ile chciałem i jak głośno chciałem i ani trochę nie musiałem się martwić, że ktoś mnie podsłucha.
Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby Pascal mnie przyłapał.
Miałem zadziwiająco dużo czasu jako singiel. Bez problemu wyrabiałem się z rzeczami na uniwerek i zostawało mi jeszcze sporo na obijanie się po kątach. Mega ciekawiło mnie, gdzie Pascal tak chętnie znikał. Już odkryłem z jego Facebooka, że był instruktorem zumby w jednej z pobliskich szkół tanecznych, ale to nie mogło kosztować go aż tyle czasu, więc pewnie robił coś jeszcze.
Nasze interakcje były krótkie i, gdy już do nich dochodziło, pełne sarkazmu. Atmosfera automatycznie zdawała się wibrować. Nic nie mogłem poradzić na to, że dalej uważałem go za dupka i chujka i nie chciałem mieć z nim zbyt wiele wspólnego. Problem polegał na tym, że teraz miałem okazję trochę lepiej go poznać i nie był ani trochę taki, jak sobie wyobrażałem.

Przede wszystkim ten jego wieczny wyszczerz nie był na pokaz. Już miałem okazję się przekonać, że on po prostu taki był. Jebany optymista. Zachowywał się, jakby nic nie mogło go podłamać. Gdy coś mu nie wychodziło, wzruszał ramionami i próbował jeszcze raz. Jeśli zrobił z siebie kretyna, śmiał się z siebie głośniej niż inni z niego. Ciągnął do siebie ludzi jak magnes.
Irytował mnie jeszcze bardziej niż wcześniej. Ludzie lgnęli do niego właśnie przez jego sposób bycia, bo gdy nagle znikał z horyzontu, wszyscy uświadamiali sobie, jak pozbawione sensu i bezbarwne jest ich życie bez niego. Pascal sprawiał, że inni byli weselsi i patrzyli na siebie z trochę większym dystansem, więc niespodziewane sukcesy cieszyły ich bardziej, a porażki nie dotykały zbyt mocno.
I czemu ja znowu o nim myślałem?!
Pokręciłem głową, próbując skupić się na projekcie. Budynek, który miałem rozrysować, był w kurwę ciężki, a każdy jeden fałszywy ruch niósł za sobą ryzyko, że całą robotę będę musiał zacząć od nowa.
Upiłem łyk kawy. Już prawie chodziłem po ścianach przez to gówno i po raz kolejny zastanawiałem się, czym się upaliłem jak miałem wybierać studia. Na szczęście skończenie tego oznaczało, że miałem wolny weekend i nie musiałem się niczym przejmować.
Ktoś zadzwonił do drzwi, wyrywając mnie z transu. Zmarszczyłem brwi. Nie miałem pojęcia, kto to mógł być.
Zajrzałem przez judasza, ale kompletnie nie znałem gościa. Coś w jego wyglądzie było jednak znajomego, więc otworzyłem drzwi.
– No wre… – urwał, widząc mnie i zamarł.
Patrzyłem na niego spokojnie, czekając aż powie mi, czego chce. Gdy zamiast tego po prostu stał i się na mnie gapił, uniosłem brwi. Jego wzrok przesunął się po mnie nachalnie. Nic wielkiego nie zobaczył – moje jasne włosy związane w niedbały kok z tyłu głowy gumką piłkarską, czarną szeroką bluzę z kapturem i dresowe spodnie. Gdy spojrzał mi w oczy po raz kolejny, jego wzrok dziwnie stwardniał i nagle poczułem się zagrożony.
– Kim ty, kurwa, jesteś? – spytałem.
– Nie zrobił tego – odparł koleś, masując nasadę nosa i wyglądając, jakby nagle go rozbolała głowa. – Nie zrobił tego – powtórzył, jakby chciał przekonać samego siebie.
Co to za wariat?
– Kto i czego? – spytałem mimowolnie. Nie odpowiedział, więc po prostu cofnąłem się i chciałem zatrzasnąć drzwi, ale zorientował się w sytuacji i nie pozwolił mi na to, stawiając stopę między futryną a drzwiami. – Hej, wypad!
– Gdzie on jest? – spytał, siłując się ze mną. Warknąłem cicho.
– Gdzie kto jest?! Spierdalaj!
Nie miałem pojęcia kto to jest i czego chce, ale nie zdziwiłbym się, gdyby uciekł z wariatkowa. Nieznajomy był mocniej zbudowany niż ja, co wykorzystał, popychając barkiem drzwi. Nie spodziewałem się tego, w konsekwencji czego straciłem równowagę i poleciałem do tyłu, chwytając go za kurtkę. Tego z kolei on się nie spodziewał, bo wleciał do mieszkania zaraz za mną.
Syknąłem z bólu, kiedy przygniótł mnie do podłogi swoim cielskiem.
– Złaś, zboczeńcu! – krzyknąłem, szarpiąc się na wszystkie strony i próbując kopnąć go w jaja.
– Jakbym chciał cię dobrowolnie dotknąć! – odparował wściekły. Chyba próbował wstać, ale podciąłem go łokciem i jeszcze raz mnie przydusił.
– Travis? Phil? Co wy wyprawiacie?
Uniosłem głowę, czerwony z wysiłku, i spojrzałem prosto na Pascala, który stał w drzwiach wejściowych z telefonem w ręce i patrzył na nas szeroko rozwartymi oczami. Zawstydzony i wkurzony do granic możliwości, zepchnąłem z siebie tego faceta i wstałem, otrzepując ubranie.
 – Znasz tego wariata? – spytałem. Nie, żeby mnie to zdziwiło.
Nie dziwiło. Ani trochę.
Pascal uniósł brwi, patrząc to na mnie, to na „Travisa”.
– Hmm… widzę, że nie raczyliście się sobie przedstawić, zanim zaczęliście się tarzać po mojej podłodze – mruknął, rzucając mężczyźnie krzywe spojrzenie. – Phil, to mój starszy brat, Travis. Travis, poznaj mojego nowego współlokatora, Phila.
Obróciłem się w stronę Travisa tak szybko, że aż coś strzeliło mi w szyi. Zacząłem mu się przyglądać i ledwo powstrzymałem chęć pacnięcia się w łeb.
Faktycznie byli podobni. Obaj wysocy, o niemal kruczoczarnych, lekko kręconych włosach i niebieskich oczach. Travis był bardziej umięśniony niż jego młodszy brat, ale zdecydowanie byli podobni. Mieli tak samo pełne usta, prosty nos i wąskie brwi oraz mocno zarysowany podbródek.
I najwyraźniej obaj byli pojebani.
Żaden z nas nie wyciągnął ręki do tego drugiego. Mierzyliśmy się tylko wzrokiem, okazując sobie otwarcie niechęć.
– Widzę, że miłość wisi w powietrzu! – rzucił Pascal sarkastycznie. Zamknął za sobą drzwi wejściowe, cały czas patrząc na nas z dezaprobatą. – Może chodźmy do kuchni, zanim zaczniecie robić coś więcej niż pieprzenie się wzrokiem.
Aż sapnąłem, nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział. Travis też spojrzał na niego z rządzą mordu.
– Nie tknąłbym go, choćby był jedyną alternatywą do pieprzenia drzewa albo krowy! – powiedział.
Parsknąłem.
– Dobrze wiedzieć, że mogę w takim razie spać spokojnie. I wierz mi, prędzej zjadłbym własnego fiuta niż pozwolił, żebyś mnie dotknął.
– To w ogóle byłoby co jeść?
– Ty… – zrobiłem krok w jego stronę.
– Hej, hej, hej, hej! – wtrącił Pascal, kładąc mi rękę na piersi. – Ogarnijcie się, co?
– Nie, dzięki. W ogóle… od kiedy masz współlokatora? Myślałem, że lubisz mieszkać sam. Sam mi mówiłeś, że prędzej piekło zamarznie niż pozwolisz komuś się tutaj wprowadzić. Pff! Nawet mnie nie pozwoliłeś się tutaj wprowadzić!
Pascal wywrócił oczami.
– Nie potrzebuję niańki, Travis – powiedział spokojnie, taktownie ignorując pierwszą część wypowiedzi brata. Spojrzałem na niego podejrzliwie, ale po chwili wzruszyłem ramionami. Co za różnica? Miałem ważniejsze rzeczy na głowie niż motywy Pascala, jego życie i głupi brat. Ten jebany budynek sam się nie narysuje. – Lepiej powiedz mi, co w robocie. Jakiś trop co do tego ugrupowania, które próbujecie rozpracować?
Pascal popchnął swojego brata w stronę kuchni.
– Wiesz, że nie mogę z tobą o tym rozmawiać, to nie są informacje…
– Jasne, jasne. Mów.
Pokręciłem tylko głową, widząc głupi wyszczerz swojego współlokatora. Puścił mi oczko, widząc moją minę. Miałem ochotę go walnąć, ale się jakoś powstrzymałem i wróciłem do swojego pokoju. Dokończenie projektu zajęło mi prawie godzinę. Założyłem sobie słuchawki i włączyłem głośno muzykę, żebym nie słyszał, o czym gadają. Życie Pascala mnie nie interesowało.
Serio.
Nie i już.
Nie przemyślałem tego, że Pascal może czegoś ode mnie chcieć. Omal nie dostałem zawału, kiedy nagle położył mi rękę na ramieniu.
Odwróciłem się do niego z sercem w gardle.
– Tak? – spytałem, zsuwając słuchawki na szyję.
– Idziemy do klubu. Chcesz iść z nami?
Szczerze? I tak i nie, z naciskiem na nie. Nie miałem najmniejszej ochoty na spędzanie czasu z Travisem, jeśli mogłem tego uniknąć. Potem jednak zobaczyłem, że sama koncepcja wspólnego wyjścia wyraźnie posuła Travisowi humor, więc uśmiechnąłem się półgębkiem i powiedziałem:
– Jasne, o ile nie jest to pedalski klub.
– Niee, idziemy na Kreuzberg i tam coś wybierzemy. Wychodzimy za jakieś pół godziny.
– Okej, będę gotowy.
– Super.
Wziąłem szybki prysznic, ubrałem na siebie spodnie z dziurami na kolanach i przetarte na udach i pośladkach, do tego niebieską koszulę z długim rękawem i Timberlandy. Włosy rozpuściłem. Przyszło mi do głowy, że powinienem je obciąć, bo sięgały mi już sporo za ramiona. Jeszcze nigdy nie miałem ich tak długich. Na rękach miałem kilka ciemnych opasek, które ostatnio były moją obsesją. Nigdy nie stroiłem się nie wiadomo jak do klubów, bo nie czułem takiej potrzeby. Starałem się wyglądać reprezentacyjnie, ale to tyle. To baby powinny się stroić na wyjście, a nie faceci.
Prysnąłem jeszcze na siebie jedne z moich ulubionych perfum i byłem gotowy. Wziąłem portfel, klucze od mieszkania i telefon i mogłem ruszać na miasto. Prawie w tym samym czasie ze swojego pokoju wynurzył się Pascal i jego brat. Pascal ubrany był w cienki sweter na długi rękaw, który zdecydowanie podkreślał kolor jego oczu, i czarne, obcisłe dżinsy. Spod swetra wystawał jego nieśmiertelnik, z którym nigdy się nie rozstawał. Pascal był typem faceta, który uwielbiał dodatki. Lubił srebrne bransoletki i pierścionki i teraz też ich nie brakowało.
Travis nie różnił się pod tym względem od swojego brata. Miał na sobie czerwoną koszulę, która wystawała spod modnej, dżinsowej kamizelki. Założył zwykłe dżinsy i do tego swoje wojskowe buciory. Do tej pory byłem przekonany, że z Pascala jest mega ciota i wygląd jest dla niego bardzo ważny, ale totalnie się przeliczyłem w tym względzie. To znaczy, lubił ubrać się ładnie i zdecydowanie za bardzo miłował się w biżuterii, ale nie był osobą, która nie wyszłaby na miasto, bo nie jest wystrojona czy coś. Ubierał się ładnie, bo miał dobre oko, ale nie było w tym niczego więcej.
– Wszyscy gotowi? – spytał Pascal z szerokim uśmiechem.
– A nie widać? – spytałem jednocześnie z Travisem. Spojrzeliśmy na siebie z niechęcią.
– Och mein Gott – jęknął Pascal, kręcąc głową. – Jesteście niemożliwi.
Sam właściwie nie wiedziałem, czego mam się spodziewać po tym wyjściu z nimi do klubu. Zawsze chodziłem tylko z Lucy, więc było to dla mnie trochę nowe doświadczenie. Nie miałem pojęcia, na ile trzymamy się razem, a na ile po prostu idziemy tam razem.
Zaraz po przekroczeniu progu klubu Travis poszedł do baru, a Pascal na parkiet. Poszedłem z tym drugim, bo o ile nie miałem nic przeciwko zalaniu się w trupa, wolałem popracować nad tym nieco później.
Szybko obaj znaleźliśmy chętne dziewczyny do tańczenia. Gdy obejmowałem swoją mimowolnie zauważyłem, że do Pascala podbił jakiś koleś. Po chwili Pascal tańczył już między tą laską i kolesiem, ściśnięty w środku. Dziewczynie nie była zachwycona, co mogłem łatwo zaobserwować, kiedy odwróciła się do Pascala tyłem i zaczęła się ocierać pośladkami o tego krocze. Nie byłem co prawda pewny, ale miałem dziwne wrażenie, że tyłek Pascala ociera się o krocze tego kolesia, który zaborczo objął Pascala w pasie i zaczął go całować po wyeksponowanej szyi.
Szybcy są, przemknęło mi przez myśl. Pascal oparł tył głowy na ramieniu – całkiem przystojnego, jak by nie patrzeć – faceta. Na jego ustach błądził lekki uśmieszek.
Tak się zagapiłem na to, co robili, że moja ręka zupełnie przypadkiem zjechała na dupę dziewczyny, z którą tańczyłem. Oprzytomniałem dopiero, jak strzeliła mnie w łapę, strącając ją ze swojego tyłka.
Zamrugałem i spojrzałem w dół, prosto w jej pełne wściekłości oczy. Uśmiechnąłem się przepraszająco, obejmując ją w talii i spojrzałem z powrotem w stronę Pascala. Ku mojemu zdumieniu, on patrzył prosto na mnie. Jego oczy zdawały się mnie hipnotyzować. Patrzyłem, jak Pascal obejmuje się ręką nieznajomego faceta i oblizuje usta i mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Nie miałem pojęcia, co to wszystko miało znaczyć, ale skoncentrowałem się na tańczącej ze mną dziewczynie i tym, żeby więcej nie patrzeć w stronę Pascala wijącego się w ramionach innego faceta. Z jakiegoś powodu ten widok sprawił, że poczułem się wybitnie niekomfortowo.
Upicie się nie zajęło mi dłużej niż dwie godziny. Travis obserwował mnie przez cały czas i odganiał natrętne baby i facetów. Miałem głupie wrażenie, że może i mnie nie lubi, ale jest typem opiekuńczej osoby i nie pozwoliłby, żeby coś mi się stało. Bawiła mnie ta myśl, bo ostatnie, czego potrzebowałem, to jego opieka, ale cóż, jego sprawa.
Gdy Pascal dołączył do nas przy barze, było już grubo po północy. Praktycznie zasypiałem tam, nieporuszony hałasem grającej głośno muzyki.
– Lubisz facetów? – wybełkotałem nagle w stronę współlokatora. Otworzyłem nawet jedno oko, żeby zobaczyć jego reakcję na pytanie, które chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu.
Pascal też był lekko wstawiony. Przetrawienie tego, co powiedziałem, zajęło mu długie sekundy.
W końcu jednak odparł:
– Lubię wszystkich.
Parsknąłem, zamykając oczy. Nie dziwiło mnie to ani trochę. Nie byłem jednak pewny, czy odpowiednio zrozumiał moje pytanie, więc tym razem skonstruowałem je trochę inaczej:
– Jesteś pedałem?
– Bi.
– A gdybyś musiał się zdecydować na jedną płeć, wybrałbyś facetów czy baby?
– Facetów – odpowiedział bez wahania.
Pedał.
Wiedziałem!
Byłem jednak zbyt pijany, żeby ta nowina – czy raczej potwierdzenie moich wcześniejszych przypuszczeń – zrobiła na mnie wrażenie. Westchnąłem więc tylko i zamknąłem oczy, kładąc głowę z powrotem na rękach. Tym, że zamieszkałem z pedałem, będę martwił się, jak już wytrzeźwieję. Może wtedy mnie to ruszy.
– A ty? – zapytał. – Kobiety czy mężczyźni?
– Kobiety – odparłem bez wahania.
– Serio? Ani trochę nie ciągnie cię do facetów?
– Zgadza się.
Pascal milczał przez chwilę.
– Skąd możesz wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałeś?
Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego z głupawym uśmiechem.
– Tego nie powiedziałem.
Jego oczy zrobiły się komicznie wielkie, kiedy dotarł do niego sens moich słów.
– Serio? Eksperymentowałeś z facetem?
Eksperymentowałem? Czy pocałowanie Robina można było uznać za eksperymentowanie?
Nie wiedziałem. Szczerze mówiąc, sam nie bardzo wiedziałem jak się zaklasyfikować. Jechałem pedałów i ciągle przezywałem Pascala, ale nie dlatego, że rzeczywiście miałem coś przeciwko nim. Po prostu… Robin Linn był gejem. On i jebany Sebastian Boot. To, co stało się pod koniec liceum, ciągle bolało. Wiedziałem, że nie zachowałem się jakoś super i nie byłem bez winy, ale czy można mnie było winić za moją reakcję, kiedy okazało się, że mój najlepszy przyjaciel od miesięcy mieszkał i sypiał z naszym nauczycielem chemii i nic mi o tym nie powiedział? Mało tego, gdy doszło co do czego, wybrał cholernego Sebastiana zamiast mnie, swojego najlepszego przyjaciela. Dobitnie mi w ten sposób pokazał, ile lata naszej przyjaźni dla niego znaczyły.
Jeszcze przed akcją z Robinem byłem z Lucy, więc nie było miejsca ani czasu na jakieś ostre eksperymentowanie. Nigdy nie miałem parcia na facetów, ale całowanie się z Robinem było całkiem przyjemne i im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany, że pieprzenie się z facetem mogłoby być całkiem interesującym doświadczeniem. Nawet przyszło mi do głowy, że zdecydowanie muszę tego spróbować, zanim zwiążę się z inną laską na stałe i naprodukuję sobie bachorków.
 – To chyba za dużo powiedziane – przyznałem. Alkohol za bardzo rozwiązywał mi język. – Ale wiem co i jak.
– Okej, starczy tych wynurzeń! Pora spać, dzieci! – zarządził Travis.
Pascal otworzył usta, chcąc zaprotestować, ale Travis siłą ściągnął go ze stołka barowego i pociągnął w stronę wyjścia. Z westchnieniem podążyłem za nimi. Nie miałem wątpliwości, że Travis by się po mnie wrócił, gdybym tego nie zrobił.
Mój mózg dryfował w przestworzach przez całą drogę powrotną. Gdy tylko doturlaliśmy się do mieszkania, padłem na łóżko i już mnie nie było. Nawet nie słyszałem, czy Pascal i Travis jeszcze siedzieli czy też od razu poszli spać.

Gdy doszedłem do siebie, było już totalnie późno. Nigdzie nie słyszałem Travisa, więc albo też jeszcze zbierał siły na podniesienie się z łóżka, albo już się zebrał i wyszedł.
Miałem nadzieję, że to drugie.
Byłem mega zajebany. Nie musiałem potrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że mam wory pod przekrwionymi oczami i bankowo ślad po poduszce na lewym policzku. Czułem go pod palcami, więc musiał być dość konkretny.
A Pascal? Rześki i uśmiechnięty siedział sobie w kuchni i popijał kawę. Nie wyglądał ani trochę jak osoba, która dzień wcześniej imprezowała na mieście. Nienawidziłem go za to. Jakby jeszcze tego było mało, stan mojego zajebania najwyraźniej go bawił, bo ukrywał uśmiech za kubkiem trzymanym w rękach.
Wsunąłem palce we włosy, ale były tak poplątane, że miałem problem je wyciągnąć. Ugh… Pewnie wyglądały, jakby ptaki zrobiły sobie w nich gniazdo.
– Hej – rzucił Pascal niezobowiązująco, wstając od stołu i robiąc mi kawę. Wziąłem ją od niego i usiadłem przy stole, ziewając co chwilę. – Dobrze spałeś?
– Chuj wie. Po prostu spałem – odparłem burkliwie. Totalnie miałem kaca.
Pascal chyba uznał, że jak na siebie byłem nawet całkiem uprzejmy, bo nie wyglądał, jakby zamierzał mnie zostawić w spokoju w najbliższej przyszłości.
Usiadł naprzeciwko mnie, pijąc swoją kawę. Gapiłem się przed siebie pustym wzrokiem, czyli prosto w klatę Pascala. Była goła, bo nie miał koszulki ani nic, ale ogarnąłem się z tym dopiero po wycedzeniu swojej kawy.
Jezu.
Coś do mnie powiedział, czego mój skacowany mózg kompletnie nie zarejestrował.
– Hee? – spytałem nieprzytomnie.
– Śniadanie – powiedział powoli, wskazując kuchenkę, na której wszystko stało. – Tam. Weź.
Pokrzywiłem mu się, przedrzeźniając go pod nosem. Chwilę wahałem się, nie będąc pewnym, czy mój żołądek wytrzyma jedzenie czegokolwiek, ale w końcu wstałem i nałożyłem sobie trochę na talerz, a potem zjadłem w ciszy, co chwilę spoglądając na Pascala.
– Co? – spytał brunet w końcu, nie wytrzymując.
Ledwo powstrzymałem uśmiech, Dobrze wiedzieć, że można było pokonać go jego własną bronią.
– Nic – odparłem.
– Na pewno?
Nie odpowiedziałem.
Chwilę później do kuchni wtoczył się Travis. Nawet udało mi się powstrzymać grymas, kiedy zobaczyłem, że jeszcze się nie zwinął. Szybko skończyłem jeść i poszedłem do łazienki wziąć prysznic, zostawiając braci razem w kuchni. Nie byłem w nastroju na użeranie się z cholernym Travisem.
Gdy wyszedłem z łazienki, już go w mieszkaniu nie było, a Pascal pakował swoją torbę sportową. Podejrzewałem, że miał zajęcia w szkole tanecznej. Nachylił się w korytarzu po swoje buty. Mimowolnie zagapiłem się na jego tyłek, rejestrując sposób, w jaki spodnie opięły się na nim i udach. Cholera, były zgrabne… Ciekawe jak…
Zamarłem, zdając sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłem.
I czemu ja to zrobiłem?! To nie miało żadnego sensu!
Pascal pożegnał się krótko i po chwili już go nie było. Gdy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi, pobiegłem do kuchni i wyjrzałem przez okno, spodziewając się zombie siejących spustoszenie i ludzi uciekających w popłochu. Ku mojemu zaskoczeniu, nic takiego się nie działo.
Jęknąłem, uderzając głową w stół.
Czyli co? Nie było apokalipsy?! Jakoś nie chciało mi się wierzyć, w końcu zagapiłem się na dupę jebanego Pascala Lufta! To musiała być apokalipsa!
Wyjrzałem jeszcze raz, ale nope. Ciągle nic.
To wszystko przez tę rozmowę po pijaku! Wystarczyło, że Pascal zaszczepił mi w głowie myśl o bzykaniu się z facetem i mój mózg od razu szukał potencjalnej dupy, z którą mógłbym to zrobić. I serio? Pascal Luft? Jeszcze tylko brakowało, żebym obczajał dupę cholernego Travisa!
Byłem na siebie ogromnie zły. Mieszkałem z nim ile? Ponad dwa tygodnie? I co, już nagle moja nienawiść poszła się jebać, zastąpiona cholerną chęcią bzyknięcia go? Dobra, może i przesadzałem, w końcu docenienie tego, że ma ładny tyłek nie oznaczało, że od razu musimy się bzykać, ale i tak… Zdrowo mnie już chyba popierdoliło.
Nie dało się jednak nie zauważyć, że rzeczywiście przestałem go zaliczać do osób, których nienawidziłem. Nie byłem typem, który nienawidził dla samego nienawidzenia, a Pascal… Pascal był dla mnie miły. I zrobił mi śniadanie. I kawę. I tak w ogóle… jebany Pascal!
Pokręciłem głową. Nie. Nie lubię go i już. Nieważne, że był typem osoby, której nie dało się nie lubić. Zamierzałem być wyjątkiem potwierdzającym regułę. O!
I nieważne, że łatwiej powiedzieć niż zrobić…
Wieczorem, kiedy leżałem na jednym z leżaków, paląc fajkę i gapiąc się w niebo, Pascal nagle pojawił się w drzwiach.
– Palenie szkodzi – rzucił w przestrzeń, siadając na drugim leżaku.
– Tak, mamo – odparłem. Nie zamierzałem się sprzeczać. Miał rację, po prostu ja miałem to w dupie.
Westchnął cicho, patrząc jak zaciągam się papierosem i wypuszczam powoli dym.
– To jak? – zaczął. Zamknąłem oczy. Szykowało się osobiste pytanie. Pascal wiecznie zaczyniał od „to jak”, kiedy chciał spytać o coś, o co nie powinien. – Powiesz mi, dlaczego tak naprawdę rozstałeś się ze swoją dziewczyną? Co to były za niemiłe okoliczności?
– Nie – powiedziałem od razu.
Westchnął znowu.
– Wiesz co? Strasznie się z tobą gada. Jak się będziesz tak zachowywał, nikt nie będzie się chciał z tobą kolegować.
Prychnąłem, ale w głębi serca trochę zabolało mnie to, co powiedział. Nie dlatego, że miał rację. Po raz kolejny w mojej głowie pojawił się Robin. Z każdą jedną chwilą coraz bardziej nienawidziłem faktu, że kiedykolwiek go poznałem.
Zacisnąłem zęby.
– To raczej nie twoja sprawa – rzuciłem obojętnie.
– Normalnie mam ochotę cię czasami udusić! – warknął zirytowany. – Ugh! Dobra! Nie powinienem ci tego mówić, bo zachowujesz się jak ostatni cham, ale… Słyszałem dzisiaj od dziewczyn z dziennikarstwa jak plotkowały o Lucy Walkers. To twoja była, nie? – W pierwszej chwili miałem ochotę zaprzeczyć, ale ciekawość wzięła nade mną górę. Milczałem. Nawet nie wiedziałem, skąd wie o mnie i Lucy. Jasne, nie ukrywaliśmy się, ale też nie obnosiliśmy się ze swoim związkiem. Nienawidziłem ludzi, którzy zachowywali się w miejscach publicznych jakby za chwilę mieli zacząć się ruchać na oczach gapiów. Serio, nikt normalny nie lubi czegoś takiego oglądać. – Okazało się, że jakiś koleś… wydawca, autor, coś z książkami w każdym razie… niby się w niej zakochał i w ogóle… Te sprawy, rozumiesz. Ponoć rozkochał ją w sobie, dawał jej drogie prezenty i tego typu rzeczy. Chciał ją przedstawić znajomym jako swoją dziewczynę, ale najpierw musiała zerwać ze swoim chłopakiem. – Westchnąłem cicho, gasząc niedopałek o podłogę i wrzucając peta do pobliskiej doniczki. Pascal spojrzał na mnie krzywo, ale nie skomentował. – Gdy już zerwała ze swoim chłopakiem okazało się, że ten koleś założył się z kumplami, że rozkocha w sobie jakąś siksę w niecały miesiąc do tego stopnia, że rzuci swojego obecnego partnera.
Zagotowało się we mnie.
– Tę drugą część wiesz od…? – spytałem cicho.
– Ugh – podrapał się po głowie – młodszy brat kolegi Travisa z pracy zna tego kolesia. Spotkałem go dzisiaj na mieście i wspomniał mi o całym zdarzeniu. Ponoć laska wylała mu drinka na głowę jak się dowiedziała i wszyscy zaczęli się śmiać. Uznałem, że um… powinieneś wiedzieć. – Wzruszył ramionami.
Spojrzałem na niego spod byka, zerwałem się z leżaka i niemal uciekłem z tego balkonu. Pascal nie próbował mnie zatrzymać, zupełnie jakby moja reakcja była zupełnie normalna. I może była.
Dopiero kiedy wyszedłem na ulicę i odetchnąłem, poczułem jak wściekłość odrobinę ze mnie schodzi. Tak, byłem wściekły. Nie, nie dlatego, że Lucy została ośmieszona. Nawet nie dlatego, że mądrze mnie podpuściła, bym to ja zerwał z nią i zaoszczędził jej kłopotu. Byłem wściekły, bo okazało się, że nasz związek był wart tyle co zakład pomiędzy jakimiś kutasami. Miałem nadzieję, że chociaż założyli się o porządną kasę, bo już bardziej niedorzeczna ta sytuacja być nie mogła. Serio? Głupi zakład? To ktoś tak w ogóle robił? O takich rzeczach czytało się w książkach albo głupich amatorskich tekstach, pełnych młodzieńczego angstu i prób samobójczych na każdym jednym kroku. Nie w realnym życiu, na litość boską!
Pokręciłem głową, kopiąc leżącego na chodniku kasztana. Miałem ochotę coś rozwalić. Hmm… mógłbym w sumie wklepać Pascalowi tak dla zasady. To by było coś.
Kręciłem się po ulicach przez ponad godzinę, zanim wreszcie dupa wymarzła mi do tego stopnia, że byłem zmuszony wracać.  Jeszcze tego brakowało, żebym znowu się pochorował.
Pascal pichcił coś w kuchni. Znowu. Jak już raczył spędzić trochę czasu w swojej hacjendzie, prawie cały ten czas spędzał w kuchni i gotował jakieś cuda niewidy. Wlazłem do kuchni, chcąc rzucić mu spojrzenie, żeby aż mu w pięty poszło, ale kichnięcie pokrzyżowało mi szyki.
Pascal spojrzał na mnie zaaalarmowany. Nim się obejrzałem, już wyciągał z szafki Theraflu. Jęknąłem. Nienawidziłem smaku tego gówna, ale wziąłem od niego saszetkę i zabrałem się za przygotowywanie wywaru ze zużytych skarpet niekąpanego tydzień skrzata pomieszanym z kwaskiem cytrynowym i bóg wie czym jeszcze…
– Co ty znowu gotujesz? – spytałem, krzywiąc się po każdym łyku tego świństwa.
– Hmm, znalazłem fajny przepis na lasagne – odparł.
Pokręciłem tylko głową.
– Chyba minąłeś się z powołaniem. Co ty robisz na architekturze?
Wzruszył ramionami, uśmiechając się beztrosko. Na szczęście nie próbował wrócić do tematu mojego związku z Lucy, za co byłem wdzięczny. Nie chciałem o tym gadać.
Mimowolnie śledziłem wzrokiem, jak Pascal krząta się w kuchni, gotując płaty makaronu, a potem układając je na blaszce i smarując dwoma sosami. Gotowanie to nie była moja działka, a już zwłaszcza takie hardcorowe jak to. Nie miałem jednak wątpliwości, że danie będzie sukcesem. Choć przyznawałem to bardzo niechętnie, kuchnia Pascala była wyśmienita i, co najważniejsze, bardzo różnorodna. Do tej pory to zazwyczaj Lucy troszczyła się o obiady dla nas i sporo rzeczy często się powtarzało. Pascal za każdym razem robił coś innego. Kuchnia włoska, grecka, polska, azjatycka, meksykańska… Krótko mówiąc, nie pierdolił się w temacie. A najlepsze w tym wszystkim było to, że dzielił się ze mną każdym jednym posiłkiem. Jedząc jego przepyszne obiady prawie czułem, że go nie nienawidzę.
Ale tylko prawie!
Mój wzrok zjechał z jego ciemnych, modnie wystylizowanych włosów, przez szerokie ramiona i wąskie biodra. W sumie nie dziwiłem się, że laski dosłownie kładły mu się do stóp. Miał wszystko to, co je pociągało. Wygląd, znośny charakter, wpływy i pieniądze. Czego chcieć więcej.
Zorientowałem się, że po raz kolejny zagapiłem się na niego jak sroka w gnat, więc pospiesznie odwróciłem wzrok, skupiając się na swoim kubku z Theraflu. Pascal wsadził swoje arcydzieło do piekarnika i z zadowoloną miną usiadł naprzeciwko mnie.
– No i co się tak szczerzysz? – burknąłem. Ten jego dobry humor doprowadzał mnie do szału.
– Ktoś musi, skoro ty się ciągle dąsasz – odpowiedział, uśmiechając się jeszcze szerzej.
– Nie dąsam się! – warknąłem wkurzony.
– Jasne, jasne, właśnie widać.
Kopnąłem go pod stołem w piszczel. Jęknął z bólu, po czym zaczął się śmiać.
– Zdajesz sobie sprawę, że to tylko tego dowodzi? – spytał.
Warknąłem, mając ochotę rzucić się na niego przez stół. Na samą myśl o tym, jak moje ręce zaciskają się na jego szyi, poczułem się fenomenalnie. Jakby wyczuł, co zamierzam zrobić, bo odsunął się jak najdalej mógł i…
Aż zagapiłem się na niego. Pokazał mi język!
Pokazał mi język!
– Ty…
– Nie denerwuj się tak, złość piękności szkodzi.
Wpadłem w furię. Już po chwili przyciskałem go do skórzanego siedzenia, zaciskając ręce na jego szyi i ściskając. Mocno. Chciałem zetrzeć mu z twarzy ten głupi uśmieszek, ale nawet to nie pomagało. Kląłem go i wyzywałem, dając upust swojej złości. Pascal wiercił się pode mną, próbując oderwać moje ręce od swojej szyi i zaczerpnąć trochę powietrza. Co jakiś czas mu się to udawało, ale tylko na krótką chwilę.
Przydusiłem go do siedzenia całym swoim ciałem. Nie miałem pojęcia, jak ukryję trupa, szczególnie tak rozchwytywanego jak Pascal, ale cóż… Coś się wymyśli.
Nagle Pascal przestał się szarpać, patrząc tylko na mnie. Trzymał mnie za ręce w nadgarstkach, ale nie próbował mnie od siebie odsunąć. Przestałem więc używać siły, oddychając ciężko i obserwując go uważnie. Brunet oblizał usta, zjeżdżając wzrokiem na moje wargi.
Wtedy dopiero dotarło do mnie, że dosłownie leżę rozwalony na nim, przyciskając go prawie całym ciałem do siedzenia. Obaj dyszeliśmy ciężko z wysiłku, patrząc sobie prosto w oczy. W normalnych okolicznościach nie byłoby to wielkie halo, ale w tych było. Bo, mimo że mieszkaliśmy razem, ja i Pascal praktycznie nie mieliśmy ze sobą kontaktu fizycznego. Nie wiedziałem nawet, czy przez całą naszą znajomość dotknęliśmy się więcej niż pięć razy. A teraz nagle leżałem na nim w dość dwuznacznej sytuacji, gdyby ktoś nas teraz zobaczył. I jeszcze miałem głupie wrażenie, że chce mnie pocałować.
Przełknąłem ślinę i podniosłem się. Wycofałem się na kolanach spomiędzy jego nóg i wróciłem na swoje miejsce przy stole. Pascal usiadł, nic nie mówiąc.
Chociaż tyle dobrze, że zatkałem mu jakoś gębę, pomyślałem.
Siedziałem z nim jeszcze chwilę w pełnej napięcia ciszy. Mogłem zmyć się od razu, ale nie chciałem, żeby potratował to jako ucieczkę.
Dlatego siedziałem w kuchni jeszcze całe pięć minut, z zegarkiem na ręku, a potem niemal na skrzydłach poleciałem do swojego pokoju. Rzuciłem się na łóżko i westchnąłem ciężko.

Serio? Pascal Luft? Co ze mną nie tak, że mój mózg choć przez ułamek sekundy rozważał taką opcję?

9 komentarzy:

  1. Nic innego chyba nie da się napisać niż to że wszystkie twoje opowiadania są cudowne i czekam z niecierpliwością na każde kolejne. Mam nadzieję że wypoczywasz i wracasz do sił po ostatnich wydarzeniach 😁😀

    OdpowiedzUsuń
  2. Już myślałam, że dojdzie do pierwszego pocałunku pomiędzy głównymi bohaterami, ale Phil oprzytomniał, ale Pascal go pociąga, co pokazuje jego ciągłe obczajanie :)
    Brat Pascala może przyczynić się do zacieśnienia więzi między chłopakami. Zaintrygowało mnie to, gdy Travis spytał się Pascala, jak idzie rozpracowywania ugrupowania. Czyżby on nie był zwykłym studentem?
    Dużo weny :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to Pascal spytał się Travisa. O ile dobrze przeczytałam :D

      Usuń
  3. Dobrze, ze sie nie pocalowali.
    Szkoda mi tego Phila. Tez kiedys mialem ,,przyjaciela'', ktory mnie olal dla swojej dziewczyny, ale no spojrzmy realnie - czy nie wszyscy by tak zrobili? Bo to w sumie milosc, wiec... Z drugiej strony jednak, zakochac sie mozna w innej osobie, a przyjaciel jest zawsze jeden. Oj no nie wiem... no nie lubie juz tego Robina xd
    Czekam na ciag daaaalszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam przeczytać 1 część :D Robin miał powód i cóż, wcześniej lubiłam Phila, potem nie, a teraz znowu lubię, bo opowiadanie pokazuje jednak jaki to charakter i muszę przyznać, że Phil ma coś w sobie wyjątkowego.
      Nawet zastanawiam się nad kupnem tej części. Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. No wlasnie czytalem pierwsza czesc, ale zapomnialem co w niej bylo. Chyba musze sobie zrobic powtorke xd

      Usuń
  4. Czytając komentarze często widzę jedną rzecz - że tyle osób wcześniej nie lubiło Phila, ale stopniowo zaczęło się to zmieniać doprowadzając do tego, że teraz wzbudza sympatię i współczucie.

    W tych momentach czuję się jak skończony cham, bo ja czegoś takiego z siebie wydobyć zwyczajnie nie potrafię - już czytając pierwszą część Granic wiedziałam co motywuje Philem, ale zarówno wtedy jak i teraz, gdy obszerniej poznaję jego myśli oraz odczucia na temat tego wszystkiego po prostu nie umiem przekonać się do jego osoby, sposobu oceny sytuacji oraz postrzegania świata.
    Dla mnie, jest on niedojrzały i choć dostrzega częściową winę w tym, co zrobił to zdaje mi się to być...powierzchowne? Tak, jakby miał świadomość tego, że źle postępował, ale jednocześnie usprawiedliwiał się w swoich oczach, chcąc zmazać swoją winę, już nie mówiąc o tym, że niezbyt starał się zrozumieć co kierowało jego byłym przyjacielem.
    Zresztą całą złość w sobie przez to tłumi, przelewając na nienawiść do gejów - aż mnie ciekawi czy pewnego pięknego dnia przeleje ją na swojego współlokatora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wreszcie mam czas żeby napisać dłuższy komentarz :D Muszę przyznać, że w pierwszej części lubiłam Phila prawie aż do samego końca. Dopiero kiedy **spojler alert**** zostawił Robina na pastwę innych osób i sam nastawiał ludzi przeciwko niemu to się na niego wkurzyłam. Do końca liczyłam na to, że to była jednak prawdziwa przyjaźń. A tu taki suprise, nie ma przyjaźni, ujaj się (chociaż to może ja byłam takim naiwniakiem xd)*****koniec spojlera****.
    Szczerze mówiąc, zawsze ciągnęło mnie do tych mroczniejszych(?), nie do końca idealnych bohaterów. Dlatego podoba mi się przedstawienie tutaj Phila, jako takiego a nie innego człowieka. Widać, że jest to skomplikowany charakter i nie widzi świata tylko w czerni i bieli. Ba! Nawet jeżeli zrobi coś co jest uważane za złe, to jednak potrzebuje czasu na zrozumienie tego, dlaczego to coś jest coś złe. Przynajmniej ja tak odbieram tą postać :D Czekam niecierpliwie na rozwinięcie innych postaci, min. Pascala i Malika (mam nadzieję, że ziomek tak się nazywał, jeśli nie to taka trochę gafa, no ale nigdy nie miałam pamięci do imion :')) Chociaż może nie wytrzymam i kupię opowiadanie, bo zapowiada się świetnie :D Pozdrawiam i życzę weny na kolejne!

    OdpowiedzUsuń
  6. Znalazlem blad -
    ,,– Złaś, zboczeńcu! – krzyknąłem, szarpiąc się na wszystkie strony i próbując kopnąć go w jaja.'' - powinno byc ,,złaź'' ;3

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)