piątek, 15 września 2017

Rozdział 14[G2]

– Nie wiem, po prostu… martwię się – przyznałem cicho, zagryzając dolną wargę.
­– Okej, okej, ale co się dzieje? Powinno mnie martwić to, że ty się martwisz? – spytał Travis.
Westchnąłem ciężko i zajrzałem przez ramię. Nope, Pascala dalej nie było. Niby wiedziałem, że nie wróci jeszcze przez jakiś czas, ale i tak miałem trochę pietra, że podsłucha tę rozmowę.
Po co ja właściwie zadzwoniłem do Travisa? Bo skoro Pascal ukrywał przed nim swoje bóle pleców, mógł też ukryć całą resztę… Prawdopodobnie tak zrobił.
Egh…
– Nie wiem – powiedziałem szczerze. – Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa i nie chodzi mi o jakiś bullshit związany z naszym związkiem. To coś innego.
Okej. I?

­– Odnoszę wrażenie, że to poważne. Słuchaj, nie robię z igły widły, okej? Przez ostatnie tygodnie totalnie nie jest sobą, ma koszmary i zaczął palić. Przestał się szlajać gdzie tylko mógł i wydaje się przygnębiony. Odkąd go znam jeszcze go w takim stanie nie widziałem. Serio mnie to niepokoi. Mówił ci kiedyś, że ma koszmary?
Taa…
– Pytałeś, czego dotyczą?
Travis westchnął.
Wypadku.
– Okej, a dokładniej? Powiedział ci, co mu się dokładnie śni?
­– Nie, ale to jeszcze niczego nie oznacza. Pascal nie pamięta wypadku. Lekarz powiedział, że utrata wspomnień jest całkiem normalna i nie ma się czym przejmować. Te sny to samo. Jego mózg sobie w ten sposób rekompensuje te wspomnienia. To, co mu się śni, pewnie nawet nie jest prawdą. Słuchaj, nie wiem, co mam ci powiedzieć. Chciałbym ci pomóc, ale Pascal nigdy za wiele mi nie mówił i to się ostatnio nie zmieniło. Jeśli ma jakiś problem, musicie sobie z nim poradzić sam.
– Jak mam mu pomóc, skoro nie wiem, o co chodzi? – spytałem bezradnie.
Bądź przy nim. Jeśli nie chce ci powiedzieć, z pewnością ma jakiś powód. Pokaż mu, że może na ciebie liczyć. Może tylko takiej pomocy od ciebie potrzebuje, dlatego nic ci nie mówi.
Westchnąłem ciężko. Travis nie był ani trochę pomocny i nic nie wiedział. Mało tego, nie widział nic nadzwyczajnego w tym, że Pascalowi trochę odwaliło w inną stronę. I może miał rację, może rzeczywiście…
Nie, nie, nie… Zawsze ufałem swoim przeczuciom i one nigdy mnie nie zawodziły. Zwątpienie w nie teraz w niczym mi nie pomoże.
Zakończyłem rozmowę z Travisem i westchnąłem ciężko. Nie wiedziałem już, jak się ratować w tej sytuacji. Travisowi fajnie było mówić, bo to nie on musiał budzić Pascala z kolejnego koszmaru i uspokajać go po nim. Nienawidziłem swojej bezradności…
Bądź przy nim… Cóż, chyba tylko to mi tak naprawdę pozostało. Skoro nie wiedziałem, w czym tkwi problem, nie mogłem mu pomóc inaczej.
Mimowolnie przypomniałem sobie nasz pierwszy raz… Cóż, właściwie to pierwszy raz, kiedy to ja rządziłem w łóżku. Nie spodziewałem się, że Pascal będzie chciał to tak zrobić, jakoś widziałem go tylko w roli aktywa, ale tamtej nocy zmienił moją opinię na ten temat. Pamiętałem, jak dziwnie się czułem zabierając się do całej sprawy od dupy strony – i to dosłownie! – jak bardzo było to inne od uprawiania seksu z dziewczyną i jak bardzo mi się podobało.
Przypomniałem sobie, jak na początku żarłem się z Pascalem, jak pierwszy raz się pocałowaliśmy, jak pojechaliśmy na wycieczkę po kraju i jak dobrze się bawiliśmy… Jak uczyłem go jeździć na snowboardzie… Miałem z nim tyle pięknych wspomnień. Był taki uśmiechnięty i radosny i pełen energii. Nie mogłem patrzeć na jego smutną gębę. Wychodziłem z siebie, żeby jakoś go rozweselić, żeby Pascal zaczął się zachowywać bardziej jak on, ale nic nie działało na dłuższą metę.
Już dawno nie było mi tak smutno. I najgorsze było to, że nikt nie umiał mi pomóc, a ja, cóż, ja nie umiałem pomóc jemu. Bałem się, że jeśli tak dalej pójdzie, nasz związek rozpadnie się sam z siebie, bo okej, jasne, nie kłóciliśmy się, ale skoro nie rozmawialiśmy o problemach, to jak mieliśmy stworzyć udany związek? Cóż, jakikolwiek związek? Serce pękało mi na samą myśl o ewentualnym rozstaniu – nawet jeśli na torturach bym się do tego nie przyznał – ale co mogłem jeszcze zrobić? Każda próba poruszenia tematu kończyła się tym, że Pascal jeszcze bardziej zamykał się w sobie. Nie chciałem tego kończyć, ale nie byłbym zupełnie zaskoczony, gdyby tak się właśnie wszystko skończyło.
Zerwaniem.

– Może powinieneś mu dać trochę przestrzeni? – zaproponowała Weronika, kiedy poruszyłem z nią ten temat następnego dnia. Siedziałem przygnębiony w mensie i zastanawiałem się, kto i kiedy zestrzelił mnie z mojej szczęśliwej chmurki, z której istnienia nawet nie zdawałem sobie do tej pory sprawy. Pascal ciągnął mnie w dobrym kierunku przez ostatnie miesiące. Teraz, kiedy przestał, czułem się dziwnie zagubiony i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. – Wiesz, zasugerować mu, że jest ci ciężko przez te jego sekrety i że boisz się, że wasz związek się przez to rozpadnie?
– Nie jestem ostatnią cipą, żeby się tak wynurzać, bo mi czegoś nie powiedział – zaprotestowałem od razu. Ani myślałem mówić mu takich rzeczy. Mogłem zahaczyć o ten jego „sekret”, którego nie chciał mi zdradzić, jasne. Ale przyznać się, że mam obawy czy ze mną nie zerwie? Nigdy w życiu!
Nie, żeby miał powód, by zakończyć nasz związek, ja po prostu miałem takie szczęście do ludzi. Robin, Lucy… Oboje odstawili mnie na bok w mgnieniu oka i to w momencie, kiedy byłem pewny, że wszystko jest w porządku i że mogę na nich liczyć. Skąd mogłem wiedzieć, że teraz nie przyszła kolej na Pascala? Za dobrze mi z nim do tej pory szło. Wiedziałem, że to było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
– Więc co? Nic nie zamierzasz mu mówić, tylko snuć się po kątach i narzekać? Myślałam, że faceci lubią walić z grubej rury.
– Słuchaj, pytałem go o te zajęcia i całą resztę, ale on po prostu nie chce mi powiedzieć. To teoretycznie nie ma nic wspólnego z naszym związkiem. No, tylko tyle, że mi nie ufa i nie chce mi powiedzieć… To nie tak, że się kłócimy czy nie możemy dogadać.
– Więc w czym tkwi twój problem? – spytała zdezorientowana. – Naprawdę nie rozumiem. Boisz się, że cię rzuci czy nie? I czemu się boisz, skoro sam twierdzisz, że Pascal nie ma ku temu powodów?
Pokręciłem tylko głową. Co miałem jej powiedzieć? Że to zupełnie normalne, że ludzie odstawiają mnie na bok jak zabawkę, którą się znudzili?
To takie chujowe! Naprawdę miałem tak mało do zaoferowania? Nie byłem najmilszą, najładniejszą czy najambitniejszą osobą, ale, kurwa, byli inni, którzy mieli do zaoferowania o wiele mniej niż ja. Naprawdę nie byłem wart nikogo z tych osób, które pojawiały się w moim życiu?
Czułem się jak gówno i okej, może melodramatyzowałem, ale cała sytuacja doprowadzała mnie do szału. Już prawie chodziłem po ścianach ze zdenerwowania.
Byłem trochę zawiedziony, że Weronika tego nie łapała, ale nie mogłem mieć jej tego za złe – nie wiedziała o całej historii z Robinem i nie zamierzałem tego zmieniać, więc… Zostałem z tym niestety sam.
I totalnie nie radziłem sobie z problemem. Do tego stopnia, że w przypływie desperacji – i jakby to miało coś zmienić – ściąłem włosy. Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale musiałem coś zmienić w swoim życiu, skoro nie mogłem zmienić nic między mną i Pascalem, więc poszedłem do cholernego fryzjera i konkretnie ściąłem swoje długie włosy. Miałem je nadal dłuższe niż większość chłopaków, ale sporo poszło pod nożyczki.
Pascal chwycił się za głowię, jak mnie zobaczył i był chyba o krok od wrzeszczenia. I dobrze. Miałem z nim dokładnie to samo.
– Coś ty zrobił?! – spytał. – Czemu obciąłeś włosy?
Westchnąłem ciężko. Żebym tylko wiedział…
– Przeszkadzały mi już trochę – powiedziałem. – Postanowiłem coś zmienić.
Pascal zrobił minę kopniętego psa i przeczesał palcami to, co jeszcze zostało na mojej głowie. Udał, że jego warga drży.
– Och, weź, wyglądam zajebiście – zauważyłem, bo serio, fryzjer wiedział, co robi. Zajebiście mi wystylizował włosy, zostawiając je dłuższe na czubku i skracając znacznie po bokach. Mogłem je zaczesać na jedną stronę lub postawić do góry na żel i wyglądały zajebiście. Jeśli było mi ich szkoda to tylko dlatego, że miały dla mnie wartość sentymentalną.
– Wyglądasz jak zmokła kura – wytknął mi.
Okej, dobra, złapał mnie deszcz po drodze, ale nie musiał mi tego wytykać, prawda? Pokazałem mu język i szturchnąłem go. Zaśmiał się i też mnie szturchnął. Nim się obejrzałem, siłowaliśmy się jak zapaśnicy po podłodze, śmiejąc się. Obaj mieliśmy łaskotki i próbowaliśmy to wykorzystać przeciwko sobie. Pascal był silniejszy, obaj dobrze to wiedzieliśmy, ale nie przeszkadzało mi to. Dawało mi to tylko większą motywację, żeby pójść na całość. Nie musiałem się z nim cackać. Był w stanie znieść to, jak brutalnie ciągnąłem go za włosy czy klepałem w tyłek. Mogłem go pacnąć w tył głowy albo kopnąć w tyłek, a on tylko wywróciłby oczami albo unieruchomił i zaczął łaskotać. Z dziewczynami zawsze musiałem uważać, bo była to, jak by nie patrzeć, płeć słabsza i pójście w ten sposób na całość nie zawsze wchodziło w grę.
Nie mogłem uwierzyć, że tak dobrze mi szło z Pascalem. W sensie, ostatnio się trochę posypało i w ogóle, ale i tak szło nam o wiele lepiej, niż myślałem, że może. Do tej pory byłem przekonany, że w związku między dwoma facetami czegoś brakuje. Nawet jeśli jeden rucha drugiego, w innych aspektach życia zaczyna jednak brakować kobiecej ręki i to widać. Teraz jednak widziałem, że wcale tak nie było. Jasne, niektóre rzeczy nie miały racji bytu, jak na przykład wykręcanie się od seksu i argumentowaniem tego miesiączką – okej, Pascal raz dla przypału zaczął się tak wykręcać w odwecie za ten numer z gadaniem po hiszpańsku do jego fiuta – ale za to były inne rzeczy. Takie jak zmienianie się. Mogłem przejąć inicjatywę i być stroną dominującą nie tylko w życiu, ale i łóżku, a kiedy jej nie chciałem – oddawałem ją grzecznie w ręce Pascala, żeby zrobił z nią, co mu się żywnie podobało. A kiedy obaj chcieliśmy dominować, cóż… – było gorąco. Kiedy obydwaj byliśmy zbyt leniwi, by przejąć inic… Okej, taka sytuacja jeszcze nie miała miejsca, z Pascalem i jego motorem w dupie się nie dało. Nie miałem pojęcia, na jakie baterie on chodzi, ale poleciłbym markę każdemu masochiście. Nadążenie za nim kosztowało mnie masę wysiłku. Ugh.
Bitwa łaskotkowa zakończyła się moją kapitulacją, kiedy omal nie posikałem się w majtki – nie powinienem tyle pić, egh…
Pascal podskoczył w góry i zaczął śpiewać „we are the champions, my friend!” na co tylko wywróciłem oczami. Krzyknąłem, że kto pierwszy dobiegnie do łóżka, ten dzisiaj rucha i wystrzeliłem jak z procy w kierunku naszej sypialni. Pascal pobiegł prosto za mną, rzucając się na mnie i na łóżko i od razu wykłócając się, że wygrał.
Śmiałem się tylko, całując go i obejmując i wyciągając mu koszulę ze spodni. Przez chwilę zapomniałem o naszej kłótni i napiętych relacjach przez to, że nie chciał mi się zwierzyć. Zapomniałem o swoim strachu, że szło nam za dobrze i nadchodził koniec i pozwoliłem sobie czuć.
Jestem szczęśliwy, pomyślałem, patrząc na jego nagą sylwetkę. Klęczał w szerokim rozkroku na łóżku, gadając od rzeczy i poruszając tyłkiem w rytm jakiejś nuty, o której chyba mi właśnie opowiadał. Przesunąłem wzrokiem po jego umięśnionym brzuchu, torsie, smukłej szyi, aż do uśmiechniętej gęby i sam nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta.
Dla takich chwili, chwil spędzonych z nim nie tyle na seksie, co rozmowie i zabawie… dla takich chwil chciałem żyć.
Kocham go, dotarło do mnie.
– Coś nie tak? – spytał, odgarniając mi zabłąkany kosmyk z czoła. Spojrzałem mu prosto w oczy. Miał tak cholernie niebieskie oczy.
– Wszystko – odparłem. – Klęczysz między moimi nogami. Marzy ci się coś między nimi?
Wyszczerzył się i przesunął dłoń po wewnętrznej stronie mojego uda. Byłem już kompletnie goły, więc nie miał problemów z dotarciem gdziekolwiek chciał. Mimowolnie rozsunąłem nogi, kiedy przesunął opuszkami palców bliżej mojego krocza, ale on tylko uśmiechnął się pod nosem i zatrzymał rękę, drażniąc mnie. Powoli przesunął ją z powrotem w kierunku kolana i znowu po udzie do góry, z premedytacją omijając krocze.
Wkurzyłem się i uszczypnąłem go w sutek.
– Au! – zaprotestował, masując się po nim. – Co to niby miało być, hm? – spytał, nagle przyduszając mnie do materaca własnym ciałem i napierając biodrami na moje.
Zacisnąłem dłoń w jego włosach i przekręciłem głową.
– Jak to co? – spytałem. – Kara za twoje niedobre zachowanie.
– Niedobre zachowanie? Chyba żartujesz.
– Wcale nie. Nie umiesz się zachować.
– Powiedział facet, który nie odzywa się z szacunkiem nawet do własnej matki.
Spojrzałem na niego jak na debila.
– Masz totalny zakaz gadania w tym łóżku o mojej matce, fuj!
– Co fuj?
– Jeszcze będziemy się kochać i będę myślał o niej! Fuj!
Pascal pocałował mnie w nos.
– Nie martw się. Tak się tobą zajmę, że zapomnisz, co to myślenie.
Prychnąłem.
– Obiecanki cacanki. W takim tempie szybciej tu zasnę niż…
Uszczypnął mnie w tyłek.
– Au! – poskarżyłem się, patrząc na niego krzywo. Spojrzał na mnie wyzywająco.
– Okej, dobra, a tak serio – zaczął – chciałbyś spróbować czegoś nowego?
– Nowego, czyli? – zainteresowałem się. Część jego pomysłów miała potencjał, a inna część… Ugh, lepiej o tym nie wspominać. Serio, tej miesiączki mu szybko nie wybaczę.
– Zaszedłem ostatnio do seks shopu z Travisem i tak się trochę rozglądałem tu i tam… I jest jedna rzecz, której chciałbym wypróbować.
– Mam się bać? – spytałem od razu.
Zagryzł dolną wargę.
– Chyba nie.
– Okej, co to jest? – zapytałem zaciekawiony.
Pascal przez chwilkę się wahał, po czym westchnął i wychylił się pod łóżko. Uniosłem głowę, żeby łatwiej było mi obejrzeć jego tył. Miał taką zajebistą dupę. Mógłbym pisać o niej wiersze, a nawet nie lubiłem poezji.
Brunet wyciągnął jakieś pudełko.
– Pod łóżkiem? – spytałem z krzywym uśmieszkiem.
Wywrócił oczami.
– Nigdy tam nie zaglądasz! Nawet jak cię prosiłem, żebyś tam poodkurzał, to taktownie udałeś, że mnie nie słyszysz.
Oj tam, oj tam!
Pascal otworzył pudełko i rzucił mi coś na brzuch. Zadrżałem, kiedy chłodna stal wylądowała na mojej skórze. Spojrzałem w dół i wybałuszyłem oczy.
Miałem przed sobą kajdanki i opaskę na oczy.
– Jest do tego jeszcze pejcz – oznajmił mi.
– Komuś się zachciało niegrzecznych zabaw? – spytałem.
Pascal spojrzał na mojego fiuta i uśmiechnął się.
– Na to wygląda.
Zaśmiałem się. Nic nie mogłem poradzić na to, że idea użycia w łóżku tych gadżetów wydawała mi się podniecająca.
– Okej, dobra… Jak chcesz to zrobić? Chcesz mnie związać, czy być związanym?
– Ugh, oba, z tym że dzisiaj wolałbym związać ciebie.
Przełknąłem ślinę.
– Okej – powiedziałem spokojnie.
Spojrzał na mnie uważnie i nachylił się nade mną.
– Na pewno? – spytał. Przyglądał mi się uważnie, wyraźnie szukając oznak niepewności i obaw. Pocałowałem go w policzek.
– Mhm. Nigdy czegoś takiego nie robiłem, więc chętnie spróbuję.
Pascal pokiwał głową i sięgnął po kajdanki. Podałem mu ręce, żeby mógł mi nimi skrępować nadgarstki. Potem sięgnął po opaskę. Po chwili już niczego nie widziałem. Czułem jedynie, że Pascal jest obok, ale to tyle w temacie.
Przeszły mnie dreszcze na samą myśl o tym, jak wielką dałem mu nad sobą władzę.
– I jak? – spytał, wstając z łóżka. Słyszałem, że wysuwa szufladę i szuka w niej czegoś.
– Dziwnie – odparłem zgodnie z prawdą. – Jeśli teraz sięgasz po nóż i chcesz mnie wypatroszyć, to po pierwsze, dopiero co przebrałem pościel, więc się, kurwa, nie waż, a po drugie, będę cię nawiedzał zza grobu tak długo, że posikasz i posrasz się w majtki na środku ulicy i w końcu skoczysz z najwyższego budynku w Ber… – Pascal zamknął mi usta pocałunkiem.
– Uspokój się, wariacie – powiedział uspokajająco. Zdałem sobie sprawę, że serce mi wali w piersi ze zdenerwowania. – Nic ci nie zrobię. Mam cię rozkuć?
Wziąłem głęboki, uspokajający oddech i pokręciłem przecząco głową.
– Pocałuj mnie? – poprosiłem cicho.
Pascal ochoczo spełnił moją prośbę, całując mnie czule, niespiesznie. Mimowolnie się rozluźniłem.
– Jeśli coś będzie nie tak, powiedz. Od razu przestanę, okej?
Poczułem się jak ostatni kretyn. Nie byłem cholerną babą ani mięczakiem. Co mi tak nagle zmiękły jaja, nie wiedziałem, ale nie zamierzałem się wycofywać. Ufałem mu. Ufałem mu jak idiota, nawet jeśli ostatnim razem, kiedy komuś tak zaufałem, wyruchano mnie na sucho.
Robin, Lucy…
Do trzech razy sztuka? Cóż, najwyraźniej nie potrafiłem się uczyć na cholernych błędach, więc… być może przyszła pora na popełnienie kolejnego.
– Połóż się na brzuchu – polecił mi spokojnie.
Westchnąłem i przekręciłem się na brzuch, układając się wygodnie na pościeli. Pascal złożył kilka pocałunków na moim karku, po czym zjechał między łopatki i niżej, niżej, aż dotarł do podstawy kręgosłupa. Przeszły mnie dreszcze. Otworzyłem usta, chcąc jakoś złośliwie skomentować jego zachowanie, kiedy nagle rozsunął mi dłońmi pośladki i przejechał językiem od moich jąder aż do kości ogonowej. Spiąłem się i jęknąłem, mimowolnie purpurowiejąc na twarzy.
Czy on właśnie…?
Czy on…?
Zaśmiał się cicho, dostrzegając moje zdumienie i konsternację. Ugryzł mnie lekko w pośladek i odsunął się. Usłyszałem, że coś otwiera, a po chwili zadrżałem, kiedy wylał mi coś zimnego na plecy i tyłek. Zabrał się za ugniatanie moich pleców, pośladków i ud, wmasowując tłusty olejek w moją skórę. Nie żałował sobie, mogłem to dobrze wyczuć, ale nie obchodziło mnie to. To było takie przyjemne.
A potem nagle zdzielił mnie w tyłek. Jęknąłem cicho.
Znowu mnie klepnął. Przejechał dłońmi po moich pośladkach, pieszcząc je ostrożnie. Mimowolnie unosiłem biodra, chcąc zwiększyć nacisk jego dłoni na swoje ciało, ale nie pozwalał mi na to. Jęknąłem sfrustrowany.
– Myślisz, że dasz radę się sam obsłużyć? – spytał z wyraźnym rozbawieniem.
– Miałeś kiedyś nóż wbity w dupę? Bo jak nie to mogę to zmienić – zagroziłem mu.
Słyszałem, że się ze mnie śmieje. Poruszyłem się nerwowo, chcąc mu jakoś zetrzeć uśmieszek z twarzy, ale miałem skrępowane ręce i ciężko było mi cokolwiek zrobić, zwłaszcza że leżałem na brzuchu. Westchnąłem więc tylko po raz kolejny, kładąc głowę na poduszce.
Nie miałem pojęcia, ile czasu Pascal mnie tak torturował, ale odniosłem wrażenie, że trwało to wieki. Nie spieszył się, poświęcając różnym partiom mojego ciała mnóstwo uwagi i rozpalając mnie do czerwoności. Gdy wreszcie się zlitował i ostrożnie wsunął we mnie – bez przygotowania, co nie zdarzało się prawie nigdy – byłem gotowy błagać o to, by mnie pieprzył. Chciałem jakoś zgarnąć go rękami, ale kajdanki skutecznie mi to uniemożliwiały,  co tylko potęgowało moją frustrację.
Dopiero po wszystkim zorientowałem się, że obtarłem sobie ręce prawie do krwi.
Pascal zmarszczył brwi, widząc to. Roztarł moje nadgarstki i pocałował oba, wyciągając się obok mnie na łóżku. Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko. Całe moje ciało zamieniło się w jedna wielką galaretę. Nie wstałbym z tego łóżka, gdyby ktoś mi płacił w miliardach dolarów, serio. Nawet mi nie przeszkadzało, że cały się kleję od spermy i olejku, po prostu ułożyłem się wygodnie i już mnie nie było.
Obudziło mnie wibrowanie pod ramieniem, pod które zaraz sięgnął Pascal. Otworzył jedno oko i przeczytał coś na telefonie. Westchnął ciężko.
– Co jest? – wychrypiałem.
– Mój ojciec – mruknął. – Jest w Stanach na jakiejś konferencji i zapomniał jakichś ważnych dokumentów ze swojego biura. Prosi, żebym mu je zeskanował i przesłał mailem jak najszybciej… Pff, i jeszcze pisze z obcego numeru. Znowu zgubił telefon.
– Serio? Skoro są takie ważne, jak mógł o nich zapomnieć? I czemu pyta cię przez esemesa, skoro tak bardzo mu zależy?
Pascal westchnął.
– Może już zaczęli i nie może opuścić sali albo coś… Czasami tak się zdarza na tych konferencjach. Egh… Skoro napisał, to rzeczywiście muszą być ważne.
Ziewnął i wstał.
– Zamierzasz mu je wysłać? – spytałem.
– Mhm, muszę. Nie musisz iść ze mną, jeśli nie chcesz.
Westchnąłem ciężko. Totalnie mi się nie chciało, ale postanowiłem z nim pójść. Gdybym został w łóżku, z pewnością bym zasnął, a chciałem jeszcze trochę pobaraszkować po powrocie. Tym bardziej, że atmosfera między nami się rozluźniła i jakoś spokojniej się przy nim czułem. Zamierzałem z tego korzystać, ile wlezie.
– Przejadę się. Potem w nagrodę możesz mi za to obciągnąć.
Uśmiechnął się pod nosem i rzucił we mnie skarpetką. Dostałem prosto w twarz.
– Ej! – zaprotestowałem, też wstając i ubierając się.
Postanowiliśmy przejechać się jego motorem. Było już bardzo późno i żadnemu z nas nie chciało się czekać za autobusem.
– Tam jeszcze w ogóle da się wejść? – spytałem, zakładając kask.
– Wszystko już powinno być pozamykane, ale ojciec dał mi zapasowe klucze na takie właśnie wypadki – odparł.
– Masz klucze do kanciapy swojego ojca?
– To nie jest kanciapa – rzucił, wywracając oczami. – Tylko jego biuro. Teoretycznie nawet on nie powinien mieć kluczy, ale wszyscy prędzej czy później sobie dorabiają. Ma swoje własne biuro, więc nikt na to krzywo nie patrzy.
Pokręciłem tylko głową.
Na uczelni rzeczywiście było już zupełnie ciemno. W jednym miejscu dostrzegłem zapalone światło, więc albo ktoś jeszcze się kręcił, albo zawsze zostawiano je zapalone. Pascal na pewniaku obszedł budynek i otworzył odpowiednie drzwi, przepuszczając mnie teatralnie przodem. Wywróciłem tylko oczami, nic na to nie mówiąc.
– Zawsze to jakieś dodatkowe doświadczenie – skomentowałem, przemierzając z nim ciemne korytarze.
Zaśmiał się cicho.
– Nom. Aż się nie chce wierzyć, że tak tu cicho. Za dnia nie można znaleźć tu kąta, w którym ktoś by nie siedział.
– To prawda – zgodziłem się. Spytał żartobliwie:
– Pamiętasz jeszcze, gdzie jest biuro mojego ojca?
– Jakżebym śmiał zapomnieć – rzuciłem z ironią. Pascal zaśmiał się i pozwolił mi prowadzić.
Westchnąłem i skręciłem w prawo, kierując się na kręcone schody do góry. Pascal dreptał zaraz za mną.
Pokój, w którym urzędował jego ojciec, znajdował się na drugim piętrze. JK 31/249. Byłem tam sporo razy, więc nawet zapamiętałem dokładny numerek, a takie rzeczy nie zdarzały się często na Freie. Miałem nawet zdjęcie ze swojego pierwszego tygodnia na uczelni, gdzie szukałem pokoju JK 29/302, a obok siebie były tylko JK 29/301 i JK 29/303.  302 taktownie zaginęło w akcji i dopiero po połowie godziny znalazłem odpowiedni pokój w całkiem innej części budynku. To były czasy… pełne frustracji i kurwowania na cały boży świat.
Wdrapałem się na ostatni schodek z Pascalem dosłownie depczącym mi po piętach. Obróciłem się do niego, chcąc ponarzekać na to, jak bardzo strome są schody, kiedy ktoś nagle pchnął mnie mocno w plecy.
Poleciałem głową w dół ze schodów, zbyt zaskoczony, żeby jakoś zamortyzować upadek. Droga w dół trwała ze dwa razy krócej niż ta w górę i skończyła się ze mną leżącym tuż u podnóża schodów.
Oblizałem wargi, czując metaliczny posmak w ustach. Wszystko okropnie mnie bolało. Nie mogłem wstać. Leżałem tylko na plecach i patrzyłem w ciemność. Poruszyłem palcami lewej dłoni, ale były jakieś zdrętwiałe. Oblizałem ponownie wargi, czując w nich krew. Po skroni pociekło mi coś ciepłego i mokrego.
– Nie radzę – usłyszałem z góry.
– Phil! Phil?
Pascal? Wołał mnie. Kto to…?
Co to…? Co się stało?
– …że pamiętasz… domyślę… nie chcę… wyboru.
Zmarszczyłem brwi, próbując coś zrozumieć, ale w uszach mi dzwoniło i docierały do mnie tylko pojedyncze, wyrwane z kontekstu słowa. Ktokolwiek to był, nie miał dobrych zamiarów.
Zamknąłem na chwilę oczy. Usłyszałem ciche cmoknięcie i szamotanie, a potem ciszę. Z trudem obróciłem głowę w bok. Potrzebowałem czegoś, żeby się podnieść. Wiedziałem, że o własnych siłach nie dam rady.
Ktoś nagle dotknął mojego ramienia. Wzdrygnąłem się i jęknąłem z bólu, który wywołał mój nagły ruch.
– Ciii! – szepnął Malik, kładąc mi rękę na ustach. Spojrzałem na niego szeroko rozwartymi oczami. – Myśli, że co najmniej straciłeś przytomność, lepiej nie wyprowadzać go z błędu.
Chłopak nasłuchiwał cicho z uwagą. Zawahał się na chwilę, po czym przesunął dłonią po moim ciele. Sprawdzał, czy coś sobie złamałem. Gdy skończył inspekcję, odetchnął cicho i zaczął mnie zbierać z podłogi.
– Pascal… – wymamrotałem. Bałem się. Ciągle byłem oszołomiony całym zdarzeniem i bólem, ale nie potrafiłem się nie bać o Pascala. Czułem, że grozi mu niebezpieczeństwo, czułem, że mam mało czasu.
– Najpierw ty – uciszył mnie Malik.
Cały mój prawy bark palił żywym bólem, jakby ktoś przypiekał mnie ogniem. Widząc, jak dziwnie mam ułożoną rękę podejrzewałem, że wybiłem sobie bark przy upadku. Malik niemal zaciągnął mnie do jednego z pobliskich pomieszczeń. Było otwarte, co wydawało mi się dziwnie, ale nie miałem siły się nad tym zastanawiać.
– Poczekaj tu – polecił mi, sadzając mnie pod ścianą.
– Co…? – zacząłem. Oblizałem spierzchnięte usta. – Co się dzieje? O co chodzi?
Malik tylko pokręcił głową.
– Bądź cicho – polecił mi i zniknął.
Odetchnąłem głęboko. Głowa kiwała mi się dziwnie na wszystkie strony. Chciało mi się spać. A może byłem na granicy utraty przytomności? Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego, więc nie wiedziałem. Wiedziałem jedynie, że mój stan zdecydowanie nadawał się do konsultacji lekarskiej.
Czas mijał. Moje myśli galopowały w zastraszającym tempie. Nie miałem pojęcia, co się stało. Kto to był? Czego chcesz? Czegoś od Pascala? Ale dlaczego? Co Pascal zrobił, że ktoś posunąłby się do czegoś takiego? Nic z tego nie miało sensu.
Po kilku dłużących się minutach zdecydowałem, że nie zamierzam tak po prostu czekać. Musiałem coś zrobić. Telefonu nie miałem. Musiał mi wypaść, kiedy upadłem, więc zadzwonienie po pomoc nie wchodziło w grę.
Z trudem pozbierałem się z podłogi, przytrzymując ściany, i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Byłem w jednym z biur profesorów, to pewne. Nigdy wcześniej w nim nie byłem, ale wszystkie były dość charakterystyczne – biurko zwalone papierami, regały z masą książek i wygodny fotel, w którym można było sobie pić spokojnie kawę. Cholerny Malik, nie mógł mnie tam posadzić, tylko musiał na tym cholernym dywanie? Wrrr…
To pomieszczenie trochę różniło się od innych, bo oprócz otaczającej mnie ze wszystkich stron papierologii stały jeszcze dwa przeszklone regały z jakimiś dziwnymi substancjami.
Trochę przejaśniło mi się w oczach, więc zacząłem po cichu szperać i szukać jakiejś broni, telefonu, cokolwiek. Jak na złość, nic takiego nie widziałem. Nie odważyłem się zapalić światła w obawie, że ten psychopata, kimkolwiek był, wróci po mnie.
I co odpierdalał Malik?
Syknąłem, kiedy z jakiegoś powodu przyszło mi do głowy poruszenie ręką. Cholernie bolało.
Rozejrzałem się jeszcze raz bezradnie. Wszędzie było tak cicho… jakbym tylko ja znajdował się w tym cholernym budynku. Strach chwytał mnie za gardło. Jeszcze raz przesunąłem wzrokiem po wyposażeniu pomieszczenia. Zdecydowałem, że jeśli nic nie znajdę, wezmę cokolwiek, co jest ciężkie i może narobić choć trochę szkód i idę szukać Pascala. Nie zamierzałem się ukrywać, kiedy jemu najprawdopodobniej zagrażało niebezpieczeństwo.
I wtedy nagle do mojej otumanionej łepetyny dotarło, co znajdowało się za szybą na regałach. Obróciłem się gwałtownie – co spowodowało okropny, nagły ból głowy – i na miękkich nogach podszedłem do nich.
Substancje chemiczne. Cała masa substancji chemicznych, zamkniętych za szybą i teoretycznie nieszkodliwych, ale…
Co nieco jeszcze z chemii pamiętałem.
Nie namyślając się długo, wziąłem z biurka lampkę i zbiłem nią szybę w regale. Wiedziałem, że narobię hałasu, ale trudno. Innego wyjścia i tak nie miałem.
Z sercem w gardle zabrałem się za przygotowywanie bomby zapalającej. Miałem wszystkie potrzebne składniki. Mogłem zrobić jeszcze kilka innych rzeczy, trochę mniej widowiskowych, ale nie byłem w nastroju na półśrodki.
Usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu. Zamarłem na chwilę, nasłuchując. Wydawało mi się, że coś słyszę, ale nie mogłem dokładnie określić, bo serce dudniło mi mocno w piersi i szumiało mi w uszach. Równie dobrze mogła to być moja wyobraźnia. Podejrzewałem, że ciągle jestem w szoku i gdy tylko ta faza minie, przyjdzie świadomość. Musiałem się uwinąć z robotą, zanim to się stanie, tyle jeszcze pamiętałem z liceum.
Kto by pomyślał, że ta cholerna chemia i głupie ciekawostki serwowane przez Sebastiana Boota mogą się na coś przydać?
Drzwi otworzyły się nagle.
– Tutaj jesteś!
Obróciłem się pospiesznie i ze zdumieniem spojrzałem prosto na profesora Barkera. W pierwszej chwili pomyślałem, że Malik go zobaczył i poprosił o pomoc. Potem jednak zobaczyłem na jego rękach czarne rękawiczki i od razu w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Może naoglądałem się za dużo filmów, a może to rzeczywiście ten facet zepchnął mnie ze schodów.
Ale dlaczego?
Nic nie powiedziałem, opierając się tyłkiem o biurko.
– Nieładnie tak znikać – powiedział, wchodząc powoli do środka. Nie spuszczał ze mnie wzroku, zupełnie jakby oczekiwał, że będę się bronił. Nie widziałem w jego rękach żadnej broni, więc podejrzewałem, że nic nie miał. Był większy i silniejszy, a ja pokiereszowany i obolały. Nawet w pełni sił miałbym z nim marne szanse.
– Gdzie Pascal? – spytałem, też go uważnie obserwując. Nie zamierzałem mu pokazać, że się go boję.
– Zaprowadzę cię do niego – powiedział spokojnie i zrobił kolejny krok w moją stronę. – Chodź.
Przywarłem jeszcze bardziej do biurka, o ile to w ogóle możliwe. Przesunąłem dłoń na biurko i chwyciłem za buteleczkę, którą postawiłem wcześniej na biurku właśnie an taki wypadek. Profesor może i nie zrobił jeszcze nic podejrzanego prócz wyglądania jak psychopata, ale miałem to gdzieś. Czułem się podskórnie zagrożony.
– Co tam masz?
– Telefon – powiedziałem. – Policja jest już w drodze.
Pokręcił głową.
– Nie masz swojego telefonu. Leży jeszcze przy schodach – powiedział spokojnie. – Nie utrudniaj mi tego, Phil. Dobry z ciebie chłopak, ale czasami tak już jest, że dobrzy i niewinni ludzie znajdują się w nieodpowiednich miejscach.
– Co z Pascalem? – spytałem po raz kolejny. Skoro przyszedł po mnie, nie wróżyło to niczego dobrego. I gdzie, do cholery, poszedł Malik? – Co mu zrobiłeś?
– Nic – odparł. – Chcę cię do niego zaprowadzić. Będziecie razem. Tego chcesz, prawda?
Chciałem, ale miałem wrażenie, że mówimy o dwóch zupełnie różnych rzeczach. Miałem wrażenie, że chodziło mu „już na wieki, zakopani gdzieś, gdzie nikt was nie znajdzie”. Ja na takie coś się nie pisałem, więc mógł się cmoknąć w dupę.
Odkręciłem buteleczkę i zacisnąłem na niej mocno palce. Brało mnie na wymioty. Czyżby wstrząs mózgu? Odtrąciłem od siebie tę myśl i spróbowałem się skupić na tu i teraz. Miałem tylko jedną szansę. Żałowałem, że nie udało mi się skończyć bomby zapalającej, ale… Cóż, to i tak cud, że w ogóle byłem w stanie się na niej skupić.
Profesor zrobił kolejny krok w moją stronę, więc rzuciłem w niego nieskończonym koktajlem. Uchylił się bez problemu, więc rzuciłem kolejne rzeczy, które stały na stole. Zasłonił się ręką. Nic mu to nie zrobiło, ale nie o to mi chodziło. Chciałem przecież tylko uśpić jego czujność i pozwolić mu się poczuć pewnie.
Gdy tylko podszedł do mnie już całkiem blisko, wyciągnąłem buteleczkę i chlusnąłem mu zawartością prosto w twarz.
Zaczął wrzeszczeć, próbując zetrzeć kwas, ale nie było to takie proste. Padł na podłogę i zaczął się po niej tarzać, wrzeszcząc. Nie czułem najmniejszych wyrzutów sumienia, mimo że wiedziałem, co właśnie dzieje się z miejscami na jego ciele, które weszły w kontakt z kwasem.
– Może i studiuję architekturę, ale jestem zajebisty z chemii – powiedziałem w drzwiach. – I nie radzę polewać tego wodą.
Ledwie wyszedłem na korytarz, a już na kogoś wpadłem. Zatoczyłem się, kiedy silne ręce podtrzymały mnie w pionie. Ze zdumieniem zdałem sobie sprawę, że już widziałem tę twarz.
– Kurt?
Nagle wszędzie zaroiło się od policjantów. Zapalono światła, pojawili się sanitariusze. Zapanował chaos. Jakoś zupełnie mi to wszystko umknęło.
– Pascal? – spytałem Kurta. – Gdzie jest Pascal?
Mężczyzna posadził mnie ostrożnie na schodach.
– Spokojnie, usiądź – powiedział, kiwając na jakiegoś sanitariusza.
– Nie chcę siadać! – warknąłem. – Gdzie jest Pascal? – zażądałem.
Nim zdążył odpowiedzieć, zwymiotowałem mu prosto pod nogi. Podejrzewałem, że rzeczywiście mam wstrząs mózgu.
– Phil!
Dopiero kiedy oplotły mnie silne, znajome ramiona, kiedy poczułem znajomy zapach wody kolońskiej i usłyszałem znajomy aksamitny głos, dopiero wtedy moje ciało mimowolnie się rozluźniło. Przytuliłem się do niego z całych sił, słaniając na nogach. Nagle poczułem, jak bardzo źle się czuję, jak mocno mnie wszystko boli i jak wielką ulgę czuję, że nic mu się nie stało. Moje ciało zaczęło wreszcie reagować na to wszystko, zupełnie jakby wcześniej liczył się tylko Pascal i to, czy wszystko było z nim w porządku.
– O mój boże! – wyjąkałem, nie wypuszczając go z ramion ani na chwilę. – Nic ci nie jest! – dodałem z wyraźną ulgą.
Zaszlochał cicho, obejmując mnie mocno i tuląc do siebie.
– Myślałem, że nie żyjesz! – przyznał. – Nie ruszałeś się!
Spojrzałem na niego z lekkim zaskoczeniem. Płakał? Niemożliwe. Ale przecież…

Nim zdążyłem dokończyć myśl, zapanowała ciemność.

8 komentarzy:

  1. 1) co tam robil Malik?? Czy to on zadzwonil na policje?
    2) czy to profesor to na pewno, ale... CZY ABY NA PEWNO? Czy moze jednak to Malik? Ale w takim razie po co profesorkowi czarne rekawice? Czemu tak sie uwzial na tej dwojce? Zakochal sie w Pascalu i chcial zabic Phila? A moze to cos zwiazanego z wypadkiem i chcial skrzywdzic obu, zeby nilt nie dowiedzial sie prawdy?
    I czy Pascal ma cos z tym wszystkim wspolnego...? Phil powiedzial, ze do trzech razy sztuka, a to bylo takie... smutne. Tak jakby to byla prawda.
    No Lucy go zdradzila, to fakt, ale z tym Robinem to tak srednio, bo on tez zachowal sie jak cham w stosunku do niego. I chyba nie zdaje sobie sprawy ze swoich bledow.
    Jeeeeezu, teraz bede czekal z taka niecierpliwoscia, ze hej xd

    OdpowiedzUsuń
  2. sory że napiszę nie na temat w sensie że to nie będzie dotyczyło tego opowiadania. wiem że pisałaś twincest nie wiem czy nadal go piszesz. nie uważasz że to dość dziwne pisać w wieku powyżej 20 lat takie opowiadania ? ja sama uwielbiam yaoi i gejów jestem wielką tego fanką i tokio hotel też ale opowiadanie o związku kazirodczym dwóch braci uważam za niesmaczny po prostu i chory. twoje opowiadania są naprawdę dobre no ale ta tematyka jeśli chodzi o twincest do mnie nie przemawia po prostu no ale to twoje opowiadania i ja to szanuje. niemniej opowiadania mi się podobają i życzę weny. Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam toleruje zwiazki kazirodcze, byle nie bylo z tego dzieci, ale sam nie czytalem tych opowiadan, bo nie lubie o Tokio Hotel :P

      Usuń
    2. Anonomowy, dlaczego to dziwne w tym wieku pisać takie opowiadania? Dla mnie wprost przeciwnie, to jest zupełnie normalne. Tym bardziej w tym wieku człowiek jest lepiej rozwinięty i zdecydowanie lepiej pisze. W dodatku dla mnie nie ważne czy to zwykłe opowieści o miłości dwóch facetów czy jakiś twincest. Jeżeli mam fazę na to drugie to czytam, lubię. Tak jak obsesja lubi o tym pisać. Przyznam jednak, że zdecydowanie bardziej wolę teksty, gdzie bohaterowie są wymyśleni przez autora. Ale te też mogą być o miłości braci. A co do pisania to takie teksty piszą o wiele starsze osoby, a czytają nawet dużo, dużo starsze, które same już mają dorosłe dzieci. Wielu z nich też próbuje pisać. Przecież pisać można zawsze. :)

      Usuń
  3. Ja nie mam nic do gejów sama czytam takie opowiadania i to bardzo często. Tylko chodzi o to że ja nie trawię kazirodztwa bo to chore jest i pisać to każdy może co chce no ale to dziwna tematyka. Ja sama zaczęłam czytać gejowskie opowiadania właśnie od twincestu więc mam do niego pewien sentyment ale już chyba jestem za stara żeby jarało mnie kazirodztwo . Owszem jak ma się te naście lat to to jest fajne bo inne ,nowe wciągające ale z biegiem lat jak dojrzewasz to to wydaje ci się najwyżej śmieszne. Gdyby to chociaż było choć cień realne a to przecież zwykła bujda.Oni nigdy razem nie byli i nie będą w ten sposób to niesmaczne. Autorka dobrze pisze ma talent pisarski, jej opowiadania są wciągające ale tematyka to już nie dla mnie za mocno dojrzałam. A co do gejów to ich kocham bo należę do społeczności więc dziwne żebym takich opowiadań nie czytała . Po prostu wolę jak bohaterzy nie są w ten sposób spokrewnieni. Już prędzej bym wolała czytać o związku dziecka z dorosłym niż takie kazirodcze opowiadania. Pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądasz może anime luana? Magda

    OdpowiedzUsuń
  5. Tyle się wydarzyło w tym rozdziale, że nie wiem od czego zacząć.
    Po pierwsze rozterki sercowe Phila, jego niepewność, ale z drugiej strony ciągła nadzieja, że nie zostanie zraniony przez ukochanego.
    Po drugie, główni bohaterowie odkryli kolejne strefy łóżkowych przyjemności xD
    A końcówka? Nie wiem, co się tam stało? Dlaczego ten profesor chciał zabić Pascala? Skąd się wziął tam Malik i policja?
    Uważanie na lekcjach pomaga w najbardziej nieprzewidzianym momencie.
    Dużo weny :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)