piątek, 14 lipca 2017

Rozdział 5[G2]

Nim się obejrzałem, listopad się skończył. Na dworze zrobiła się prawdziwa pizgawica i jakby tego było mało, zaczęło lać. Idąc na zajęcia pierwszego grudnia miałem ochotę się zwyczajnie zastrzelić. Tyle dobrze, że wreszcie dałem Pascalowi kasę za czynsz – zaległy listopad i z góry za grudzień. Czułem się o niebo lepiej, nawet jeśli Pascal kompletnie nie robił mi problemów z tą kasą i mówił, że nigdzie się nie pali i mogę mu zapłacić, kiedy będę miał z czego. Jego podejście trochę mnie irytowało – jak zwykle zresztą – bo tego typu zachowanie utrudniało mi nielubienie go. Ale whatever.
Na pierwszych zajęciach był hiszpański, gdzie już miałem zaklepane miejsce z Weroniką. Uwielbiałem ją – była sarkastyczna i przy tym zabawna. Robiła sobie jaja ze wszystkiego i wszystkich. Jej komentarze już nie raz doprowadziły do tego, że ze śmiechu leciały mi łzy.
– Jaka historia na dziś? – spytałem, siadając obok niej w sali.
Oderwała głowę od swoje czytnika e–booków i spojrzała na mnie trochę nieprzytomnie.
– He?
– Jaką masz dla mnie historię na dziś?
Zamrugała, zastanawiając się przez chwilę. Albo po prostu próbując zmusić swoje szare komórki do pracy, kto wie.
– Eee… już chyba wyczerpałeś to źródełko, wiesz?

Spojrzałem na nią z miną zbitego psa. Miałem nadzieję, że trochę mnie rozweseli po tym, jak zwlokłem się z łóżka o nieludzkiej porze, bo o ósmej zaczynał się hiszpański. Do tej pory Weronika opowiedziała mi masę fantastycznych historii o dziewczynie, która przyjechała na Erasmusa. Laska musiała być jakąś mega blondynką, skoro była w stanie aż tak utrudnić sobie życie w ciągu dwóch miesięcy pobytu w Niemczech. No bo kto w dwa miesiące dał radę DWA razy zatrzasnąć przez przypadek klucz w pokoju i nie móc wejść do środka? Kto przegapił osobną rejestrację do Sprachenzentrum i musiał iść na hiszpański od podstaw, bo nie przeszedł testu poziomującego? Kto podał błędny adres, przez co miał problem z odebraniem paczki od rodziców z rzeczami, które nie wlazły do walizki? Kto zapomniał, że włączenie transmisji danych zagranicą wiążę się z o wiele wyższymi stawkami, przez co dostał rachunek za telefon opiewający na ponad sto euro? Kto zgubił portfel w drodze powrotnej ze sklepu i kłócił się o niego z rozbawionym bezdomnym w trzech językach jednocześnie, z których biedny bezdomny nie rozumiał ani jednego? Weronika miała tych historii znacznie więcej. Jej sposób relacjonowania wydarzeń i tego, co faktycznie się kryło pod z pozoru niewinnie brzmiącymi przygodami było jedną z tych rzeczy, dla których warto było wstać na ósmą na hiszpański.
– Na pewno coś się jeszcze znajdzie.
Weronika westchnęła, podpierając brodę ręką.
– Musiałabym się zastanowić. Ostatnio się trochę ogarnęła i już powoli zaczyna jakoś kooperować w społeczeństwie, więc jest tego mniej. Ale jak Boga kocham, to jest ostatni raz, kiedy się w coś takiego angażuję.
Zaśmiałem się. Od samego początku postawa jej rodaczki mocno ją bulwersowała, co mnie osobiście niezmiernie bawiło.
Wyprostowałem się na krześle i obejrzałem. Miałem głupie wrażenie, że ktoś cały czas się na mnie gapi. Nie myliłem się.
Dwie ławki z tyłu siedziała za nami Lucy. Uniosłem brwi, rzucając jej wyzywające spojrzenie. Gdy zorientowała się, że na nią patrzę – chyba się zamyśliła – od razu odwróciła wzrok i zaczęła się bawić telefonem. Prychnąłem.
Nie widziałem jej ponad tydzień, bo ostatnio nie pojawiła się na hiszpańskim. Podejrzewałem, że może mieć to związek z tym całym zakładem i faktem, że sporo ludzi o tym plotkowało. Tak czy siak, do tej pory kompletnie mnie ignorowała, a teraz nagle pojawiła się w zasięgu wzroku i co chwilę czułem, że się na mnie gapi. Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chce, ale zdecydowanie nie zamierzałem jej tego dać.
Po zajęciach ktoś złapał mnie za rękaw bluzy.
– Możemy pogadać?
Obróciłem głowę. Nie mogłem uwierzyć, że chciała ze mną gadać. Nie spodziewałem się, że będzie chciała gadać, a już na pewno nie tak szybko.
– Nie sądzę, żebyśmy mieli o czym gadać – odparłem, wyrywając rękę z jej uścisku.
– Daj spokój, Phil. Może i nie rozstaliśmy się w najlepszych okolicznościach, ale to nie oznacza, że mamy się zachowywać jak obcy ludzie. Dalej możemy być przyjaciółmi.
Spojrzałem na nią jak na wariatkę. Dalej możemy być przyjaciółmi? Miałem ochotę roześmiać się jej w twarz! Przyjaciółmi można zostać, kiedy zgodnie dochodzi się do wniosku, że to jednak nie jest to, a nie kiedy po dwóch latach związku jedna strona rzuca drugą i to w taki sposób. I jeszcze bawi się w szczeniackie wysyłanie maili z pijackimi zdjęciami do profesorów! Jeśli myślała, że tak po prostu jej puszczę płazem to wszystko, to już całkiem jej odbiło.
A może myślała, że jak mi przejdzie złość to wrócimy do siebie, skoro ten frajer ją rzucił? Kto tam wiedział, co siedziało jej w głowie.
Pokręciłem głową, patrząc na nią z dezaprobatą.
– Nawet nie zamierzam komentować tego, co właśnie powiedziałaś – rzuciłem. Niech sobie to interpretuje jak chce, byle trzymała się z daleka. – Daj mi spokój.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale spojrzałem na nią twardą i odpuściła. Wiedziała, że nie ma sensu próbować, skoro się zaparłem jak mogłem, by jej to uniemożliwić.
Odwróciłem się na pięcie i z rękami w kieszeniach poszedłem w stronę biblioteki pokimać trochę na najwyższym piętrze, gdzie znajdowały się pomarańczowe fotele w kształcie piłek, które dopasowywały się do kształtu ciała. W końcu czekał mnie dłuuugi dzień na uczelni.
Zajęcia skończyłem dopiero o ósmej wieczorem, więc po powrocie do domu zjadłem kolację, wziąłem prysznic, ogarnąłem się z materiałami na następny dzień i położyłem się spać. Obawiałem się, że mimo zmęczenia będę miał problem z uśnięciem o tej godzinie, ale na szczęście nie miałem z tym problemów.
Obudziło mnie walenie w ścianę. Nie miałem pojęcia, komu odwaliło i postanowił się tarabanić, ale zignorowałem to. Jak na złość, ktoś znowu zaczął walić w ścianę.
Sięgnąłem po poduszkę po telefon i otworzyłem jedno oko, żeby spojrzeć na godzinę w telefonie. Jęknąłem cicho, gdy zobaczyłem tam 2:39.
Kogo niosło?
Ktoś znowu zaczął walić w ścianę. Ze zdumieniem zorientowałem się, że dźwięk dochodził z pokoju Pascala. Ruchał tam kogoś? Nie brzmiało na to, żeby uprawiał z kimś seks, ale z nim nigdy nie było wiadomo.
Przetarłem twarz i wstałem z łóżka. Na dworze ciągle padało, nawet gorzej niż za dnia.
Drzwi do pokoju bruneta były uchylone. Chciałem tam po prostu wejść, ale kiedy usłyszałem ciche jęki, zawahałem się.
– Wejdź! – usłyszałem jego ochrypnięty i dziwnie zduszony głos.
– Mam nadzieję, że nie walisz właśnie konia, bo… – zacząłem, otwierając drzwi na oścież i wchodząc do środka. Przerwał mi jego kolejny jęk. Zmarszczyłem brwi. Pascal leżał na brzuchu, z jedną ręką spoczywającą wzdłuż ciała, a drugą trzymając pod głową. Palce miał zaciśnięte na stelażu łóżka. Ciągle cicho pojękiwał. – Pascal?
Podszedłem bliżej niego i zapaliłem lampkę przy jego łóżku. Spojrzał na mnie oczami zamroczonymi bólem. Otworzył usta i spróbował się poruszyć, ale wydostał się z nich tylko kolejny jęk.
Jęk bólu.
– Pascal? Co się dzieje? – spytałem, nachylając się nad nim. Zauważyłem, że cały był zlany potem.
Oblizał usta i wykrztusił.
– M–moje plecy…
Spojrzałem na niego bezradnie.
– Mam dzwonić po pogotowie?
– N–nie… W biurku w górnej szufladzie jest specjalny olejek. Delikatny masaż z jego użyciem powinien pomóc. Mógłbyś…?
Bez problemu zlokalizowałem odpowiednią szufladę i wyciągnąłem z niej dość sporą butelkę olejku. Mniej więcej połowy nie było. Przyszło mi do głowy, że może używał tego przy trzepaniu albo pieprzeniu kogoś, ale odrzuciłem od siebie tą myśl, w zamian skupiając się na jego problemie.
– Mam ci to wmasować w plecy czy co?
– Tak.
– Okej. Jesteś pewny, że nie zrobię ci krzywdy?
– Tak.
– Okej – powtórzyłem jeszcze raz. Ostrożnie podciągnąłem do góry jego podkoszulek aż do szyi. Jego pozycja utrudniała mi zdjęcie go całkiem. Każdy jeden ruch sprawiał, że Pascal niemal szlochał z bólu. Nie chciałem mu dokładać ściąganiem koszulki, więc ją olałem.
Klęknąłem przy nim, wylewając trochę olejku na rękę i rozgrzewając go w dłoni. Pachniał całkiem przyjemnie. Ostrożnie położyłem dłonie na jego plecach. Drgnął, ale nic nie powiedział.
Szybo przekonałem się, że jest mi okropnie niewygodnie w tej pozycji i nie bardzo wiem, co i jak. Po jakichś dwóch minutach męczarni pomyślałem „fuck it”. Usiadłem brunetowi okrakiem na tyłku, ściskając udami jego biodra i zabrałem się za delikatne masowanie jego pleców. Jego mięśnie były jak kamienie. Starałem się nie używać zbytniej siły, nie chcąc zrobić mu w ten sposób krzywdy. Co jakiś czas zerkałem na jego profil. Mógłbym przysiąc, że widziałem w jego oku łzy. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co to musiał być za ból.
– Często masz takie ataki? – spytałem po jakimś czasie. Jego ciało zaczęło się powoli rozluźniać pod moim dotykiem, dzięki czemu pojedyncze ruchy nie wyrywały już z jego ust pełnych bólu jęków.
– Rzadko – odparł cicho. – Ale nie dają mi spokoju od trzech lat, zwłaszcza w taką pogodę.
– Po wypadku? – spytałem. Wszyscy wiedzieli, że Pascal miał wypadek, po którym leżał dwa lata w szpitalu w śpiączce. Podobno przeżył go cudem. Lekarze nie sądzili, że odzyska całkowitą sprawność fizyczną, a jednak jakoś mu się udało. To w sumie było logiczne, że po takim wypadku zostawały ślady, nawet jeśli nie było ich widać na pierwszy ani drugi rzut oka.
– Tak. Mój kręgosłup był mocno uszkodzony – kontynuował – więc nawet jeśli mogę zupełnie normalnie funkcjonować, podnoszenie ciężkich rzeczy, ekstremalne wygibasy czy cokolwiek innego obciążającego mocno kręgosłup nie wchodzi w grę.
– I mimo to dalej jeździsz motorem? – spytałem, nie ukrywając zaskoczenia w głosie. Nigdy tego nie rozumiałem. Byłem odważną osobą, ale nawet ja nie wsiadłbym na motor po czymś takim. Kiedyś z ciekawości odszukałem artykuł tratujący o tym wypadku. Udało mi się doszperać do zdjęć, przez które omal się nie porzygałem.
Zerknął na mnie przez ramię.
– Nie chciałem się bać – wyjaśnił. – Wrócenie do jazdy motorem było dla mnie bardzo trudne. Za pierwszym razem w kilka sekund oblałem się potem i prawie dostałem ataku paniki. Udało mi się jednak zapanować nad strachem i jeżdżę dalej. Nie tak szybko i beztrosko jak kiedyś, co prawda, ale nie boję się wsiąść na motor i pojechać, gdzie mnie oczy poniosą.
Zapadła cisza. Zjechałem na dół jego pleców i zacząłem delikatnie ugniatać mięśnie tuż na dołeczkami u dołu jego pleców.
– Lepiej? – spytałem po chwili.
– O wiele – odetchnąłem z ulgą. – Sorry, że zerwałem cię z łóżka o tak nieludzkiej porze.
– Nie ma problemu – odparłem. Nie byłem aż takim dupkiem, żeby mieć pretensje za coś takiego.
– Dzięki – powiedział krótko.
Jeszcze kilka minut masowałem ostrożnie jego plecy, nie mogąc pozbyć się myśli, jak gładka jest jego skóra. Miał kilka blizn, niektóre nawet całkiem spore i poszarpane na brzegach, ale poza tym były to totalnie zajebiste plecy. I wąskie biodra. I szerokie barki.
Ugh.
Im dłużej go masowałem i mniej poważna stawała się sytuacja, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, w jakiej pozycji się znajdujemy. Posadziłem tyłek w miejscu, gdzie jego uda przechodziły w pośladki. Jedyną barierę między naszymi ciałami stanowiły nasze cienkie spodnie od piżamy i nie miałem pojęcia jak on, ale ja nie miałem pod spodem bielizny. Wystarczyło, żebym pochylił się bardziej do przodu, a mój fiut ocierałby się o jego tyłek. Który, tak swoją drogą, też był całkiem–całkiem. Na samą myśl o tym mój penis drgnął w spodniach.
Mimowolnie jęknąłem w myślach. Zacząłem się zastanawiać, czy homoseksualizm aby na pewno nie jest zaraźliwy. Niby mówili, że nie, ale w tej sytuacji nie byłem aż taki pewny.
Wyprostowałem się i chrząknąłem.
– Powinno już być okej. Jest okej? – odezwałem się.
Pascal poruszył się ostrożnie. Zauważyłem, że próbuje przekręcić się na plecy, więc zlazłem z niego i stanąłem obok łóżka. Odetchnął z ulgą, więc chyba nie czuł więcej bólu. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się słabo.
– Jeszcze raz dzięki. Jestem ci dłużny.
Wcale nie, pomyślałem.
Wzruszyłem ramionami.
– Pozwoliłeś mi się wprowadzić do pokoju obok, więc powiedzmy, że jesteśmy kwita.
Zamknął oczy, uśmiechając się delikatnie. Widać nawet Pascal miał swoje lepsze i gorsze chwile.
– Czy to znaczy, że teraz znowu będziesz dla mnie niemiły?
Prychnąłem.
– Skąd ci to przyszło do głowy? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek był dla ciebie miły.
– Nie jestem pewien czy powinno mnie martwić, że jesteś świadomy tego faktu.
Uśmiechnąłem się lekko.
– Poradzisz sobie dalej sam czy…? – urwałem, patrząc na niego wyczekująco.
– Dam sobie radę, dzięki. Możesz wrócić do spania, jutro dość wcześnie trzeba wstać.
Ziewnąłem, przeciągając się.
– Zawsze można sobie odpuścić pierwsze zajęcia – rzuciłem, kierując się do wyjścia. – Dobranoc.
– Dobranoc.
Dopiero po zakopaniu się pod kołdrą uświadomiłem sobie, że przeprowadziłem kolejną, zupełnie cywilizowaną rozmowę z Pascalem. I nawet nie chciałem go udusić. Co najwyżej… przydusić do łóżka? Złapać za dupę?
Ugh.
Może jednak lepiej nie…

Obaj ominęliśmy pierwsze zajęcia, za bardzo wykończeni, żeby sobie nimi zawracać głowę. Obserwowałem Pascala, jak krząta się po kuchni, robiąc nam po kawie. Ja wyciągnąłem i pokroiłem wszystko do kanapek. Po chwili Pascal się dosiadł, życząc mi smacznego i robiąc sobie kanapkę z sałatą i pomidorem. Obaj milczeliśmy, nie mając zbytniej ochoty ani potrzeby, żeby nawiązać konwersację. Cisza między nami była zupełnie komfortowa, co mnie dziwiło, bo nie było wielu ludzi, z którymi mógłbym sobie tak po prostu pomilczeć i nie czuć się nie na miejscu.
Nie licząc rodziny, na chwilę obecną był to tylko Pascal. I Malik, ale on się też nie liczył. Z nim nie dało się inaczej niż milczeć. Już się przyzwyczaiłem.
Kończyliśmy, kiedy przerwałem ciszę.
– Lepiej się czujesz?
Spojrzał na mnie znad swojego kubka kawy, który objął obiema rękami i z którego siorbał cicho. Skinął głową.
– Jeszcze raz dzięki za pomoc.
– To dlatego twój brat chciał z tobą zamieszkać? – spytałem.
Pokręcił przecząco głową.
– Travis chciał ze mną zamieszkać, bo ma ciężki syndrom starszego, nadopiekuńczego brata. Ani on, ani mój ojciec nie mają pojęcia o tych atakach. Chodziłem regularnie do masażysty, więc nie dręczyły mnie zbytnio, ale ostatnio olałem to trochę i teraz mam tego skutki. – Westchnął cicho. – Będę musiał wrócić do regularnych wizyt u masażysty, zwłaszcza przy takiej paskudnej pogodzie.
– Czy wypadek uszkodził ci coś jeszcze poza plecami i mózgiem?
– Ha ha – pokrzywił mi się, wstając od stołu. Widziałem, że kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.
Też wstałem, zbierając wszystko ze stołu i chowając. Pascal umył kubki i poszedł do łazienki myć zęby. Gdy tylko skończyłem z ogarnianiem kuchni, dołączyłem do niego w łazience. Potem razem wyszliśmy z domu i pojechaliśmy na uczelnię autobusem – Pascal nie był zbyt chętny, żeby jechać motorem w taką pogodę.
Gdy tylko dotarliśmy, od razu zaatakowała go horda lasek. Miałem ochotę wywrócić oczami, widząc ich zachowanie. Serio, krótkie spodniczki zdecydowanie nie miały najmniejszych szans powodzenia z Pascalem, skoro był w jakichś 70% gejem. Widziałem to z daleka, dlaczego one nie mogły tego dostrzec?
Patrząc na nie i ich różne typy urody mimowolnie przyszło mi do głowy pytanie odnośnie tego, jaki typ lubi Pascal. Powiedział, że woli kolesi od lasek, ale generalnie lubił obie płcie, więc nawet z tej hordy powinien sobie kogoś wybrać. Były tam Niemki, Rosjanki, Azjatki, nawet Turczynki i Angielki. Turczynki jako jedyne nie odpicowały się w mini, na których tylko brakowało napisu „zerżnij mnie”. Cała reszta lasek była dość mocno odkryta, zwłaszcza na taką pogodę. I wszystkie miały wysokie obcasy, mimo że ostatnio jedna z nich niemal zabiła Pascala na schodach, kiedy straciła równowagę i runęła w dół. Prosto na niego. Gdyby nie jego refleks, ból w plecach mógłby być jego najmniejszym zmartwieniem.
No. Najwyraźniej niczego się nie nauczyły…
Pascal gadał z nimi i uśmiechał się jak zawsze. Jedna zaśmiała się radośnie i wskoczyła mu na plecy, omal go nie przewracając. Seeerio? Czy te laski myślały, że najdzie go ochota i przeleci je na środku korytarza?
Pascal skrzywił się z bólu, co od razu mnie zaalarmowało. Nie zastanawiając się długo, złapałem laskę za ramię i siłą ją z niego ściągnąłem. Była zaskoczona, więc nawet się nie opierała.
– Musimy iść, zanim się spóźnimy – powiedziałem spokojnie do Pascala, wskazując głową kierunek. Zignorowałem pełne złości spojrzenia wszystkich dziewczyn. Pewnie gdyby mogły, to by mnie zamordowały.
Brunet uśmiechnął się, kiwając mi na zgodę. Machnął dziewczynom na pożegnanie i poszedł razem ze mną pod klasę.
– Dzięki – westchnął. – Lubię je, ale czasami potrafią być kompletnie nieznośne.
– Jak ktoś mnie zamorduje i sprawca będzie nieznany, wskaż je wszystkie jako potencjalne podejrzane – burknąłem. Nie podobało mi się to, jak go obskakiwały ani to, jak on na nie reagował. Mógł im powiedzieć „nie” i koniec, zamiast gadać z nimi i szczerzyć się, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie byli.
Wieczorem rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i mimowolnie jęknąłem cicho. Próbowałem uniknąć tej rozmowy z całych sił, ale… moja mama to bardzo uparta istota. Wiedziałem, że jeśli nie odbiorę telefonu w najbliższym czasie, złapie ojca za ucho i przyjedzie za mną do Berlina. Chcąc tego uniknąć, wziąłem głęboki oddech i odebrałem.
– Cześć, mamo – mruknąłem.
– No wreszcie! – wykrzyknęła do głośnika, lekko sfrustrowana. – Już zaczęłam się zastanawiać, czy nie porwali cię kosmici!
– Porwali – odparłem, wspinając się na łóżko i opierając się plecami o ścianę. – Dzwonię ze statku kosmicznego. Właściwie to jestem zaskoczony, że ciągle mam sygnał.
– Nie bądź tai dowcipny, Phil – skomentowała kwaśno. – Już nie pamiętasz o własnej matce, co? Nawet nie wiem, kiedy ostatni raz zadzwoniłeś.
Ponad trzy tygodnie temu, tuż przed rozstaniem z Lucy, pomyślałem. Nie dzwoniłem do matki, bo nie byłbym w stanie tego ukryć, a nie bardzo chciałem z nią o tym rozmawiać. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał i chyba właśnie nadszedł ten czas.
– Nie jestem wyrodnym synem, pamiętam o matce – zaprzeczyłem. – Po prostu… trochę mi się posypało na głowę i musiałem się z tym najpierw uporać.
– Posypało? W jakim sensie?
– Ugh… Rozstałem się z Lucy – walnąłem prosto z mostu.
Moja mama milczała przez dłuższą chwilę, zapewne zdumiona moim wyznaniem. Wiedziała, że myślałem o Lucy bardzo poważnie.
– Rozstałeś? Kiedy?
– Już będzie prawie miesiąc – przyznałem.
– Co się stało?! – spytała zaskoczona. – Byliście w sobie tacy zakochani! Na początku nie chciało mi się wierzyć, że to przetrwa, ale potem miałam coraz mniej wątpliwości. Dlaczego…?
Przetarłem twarz dłonią. Niezbyt chciałem się przyznawać, co stało się naprawdę, ale… Czy było sens to ukrywać? Nie chciałem, żeby ktoś myślał, że się tego wstydzę, nawet jeśli był to strzał w dziesiątkę.
– Przespała się z jakimś bogatym gnojkiem – powiedziałem, siląc się na spokój. Ciągle byłem wkurzony, kiedy o tym myślałem. – Zerwałem z nią. Koniec historii.
– Ale… Tak mi przykro, skarbie.
– Zupełnie niepotrzebnie. Mamo, szczerze mówiąc, nie jest mi ani trochę źle z tego powodu. Sam byłem zaskoczony tym, jak mało mnie to wszystko obeszło. Widuję ją tylko czasami na campusie i jest mi z tym zupełnie dobrze.
– Nie mieszkasz już z nią?
– Nie, kolega z mojej grupy ma swoje własne mieszanie. Gdy usłyszał, że szukam czegoś, zaproponował mi wolny pokój w swoim mieszkaniu. Wszystko jest w porządku.
– Hmm… Czyli nie będziesz miał nic przeciwko, żebyśmy podjechali po ciebie przed świętami do tego nowego mieszkania? – spytała podejrzliwie.
– Przyznaj się, że po prostu chcesz poznać Pascala! – wywróciłem oczami. Jezu, znając moją matkę pewnie myślała, że przygarnęła mnie jakaś seksowna koleżanka, z którą jestem na dobrej drodze do robienia dzieci.
– Och? Ma na imię Pascal? – spytała zaciekawiona. – Nigdy mi o nim nie wspominałeś.
Nic dziwnego, skoro nie potrafiłem powiedzieć jego imienia, nie używając w tym samym zdaniu kurwa, skurwysyn czy pierdolony. Moja mama ciągle nie była świadoma, że dość konkretnie przeklinam. Nawet nie chciałem wiedzieć, co by mi zrobiła wiedząc, jak traktowałem Pascala. Wytargała by mnie za uszy jak jeszcze nigdy w życiu, a było za co targać przez te wszystkie lata.
– A powinienem? – odbiłem piłeczkę. – Jest sporo ludzi, o których ci nie powiedziałem, ha!
– I kto tu nie jest zwyrodniałym synem, co?
– Ja, oczywiście.
Zaśmiała się.
– Jesteś niemożliwy. Zdecydowanie wdałeś się w ojca. – Akurat. Z nich dwojga to z niej była większa szajbuska. – Wiec jak? Podasz mi adres tego nowego mieszkania? Przyjedziemy po ciebie.
Nie zamierzałem oponować. Pojechanie do domu autem było sto razy bardzie wygodne niż tłuczenie się autobusem albo pociągiem.
– Jasne, wyślę ci esemesem. Co do tego, kiedy, jeszcze się zgadamy, okej?
– Jasne. A tak ogółem? Jak tam?
– Jak zawsze. Trochę się pochorowałem, ale już mi przeszło. Nie mogę się doczekać świąt i wolnego czasu.
– Czyli faktycznie nic nowego – rzuciła, zapewne wywracając oczami. No, cóż… Nie moja wina, że co roku łapało mnie choróbsko i co roku nie mogłem się doczekać świąt, bo miałem masę wolnego czasu. – Doobra, młody, nie będę zabierać ci twojego cennego czasu. Trzymaj się ciepło i zadzwoń od czasu do czasu do matki ze swojej własnej nieprzymuszonej woli, co?
– Też cię kocham, mamo.
– Byś spróbował nie. Pa.
– Papa – powiedziałem i rozłączyłem się. Hmm, nawet nie było tak źle. Wyobrażałem sobie tę rozmowę zdecydowanie gorzej.
Wylazłem z łóżka i poszedłem do kuchni. Pascal akurat robił sobie herbatę, śpiewając cicho i kręcąc biodrami w tylko sobie znany rytm. Wywróciłem oczami. Nie miałem pojęcia, skąd on bierze tyle tej cholernej energii na wszystko.
– Też chcesz herbę? – spytał, oglądając się na mnie przez ramię.
– Jasne – powiedziałem, zaglądając do lodówki. Wyjąłem z niej mleko, żeby zrobić sobie płatki. Pascal w tym czasie zrobił mi herbatę.
– Płatki je się na śniadanie – skomentował.
– No i?
Wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem. Serio? Skąd ten wyszczerz?
– Możesz przestać suszyć zęby? – spytałem po chwili, patrząc na niego z naganą. – Serio, to… nawet nie umiem tego określić. Po prostu tak nie rób.
– Jaasne – rzucił, uśmiechając się jeszcze szerzej.
Westchnąłem tylko i pokręciłem głową. Pascal podał mi moją herbatę. Gdy nasze palce dotknęły się lekko, kopnął mnie prąd.
– Au! – pospiesznie zabrałem rękę, przypadkiem wytrącając Pascalowi kubek z ręki. – Shit! – spojrzałem na potłuczony kubek i rozlaną herbatę z ponurą miną. – Kopnął mnie prąd!
– Spoko, to tylko kubek – rzucił Pascal. Jakbym nie wiedział, że to tylko kubek.
Nachyliłem się w dół, niestety w tym samym momencie, co Pascal. Zderzyliśmy się czołami dość konkretnie. Tym razem obaj wyrzuciliśmy z siebie coś w stylu „au”, masując się po czole. Spojrzałem na niego, on na mnie, po czym obaj zaczęliśmy się śmiać.
– Przyniosę zmiotkę i szufelkę – zaproponował. – Takim czymś łatwo się skaleczyć.
Skinąłem tylko, oblizując usta. Podszedłem do zlewu, biorąc stamtąd ścierkę. Gdy Pascal zmiótł resztki kubka, ja starłem herbatę. Moje płatki akurat zagrzały się w mikrofali, więc Pascal pokusił się o zrobienie dla nie drugiej herbaty. Postawił mi ją na stole.
– Dzięki – rzuciłem.
– Nie ma za co – odparł. – Masz czerwony ślad na czole – dodał.
Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się kpiąco.
– Ty też.
Zaśmiał się i pokręcił głową.

Ja natomiast z każdą chwilą coraz bardziej dziwiłem się, że tak dobrze nam się razem mieszkało.

2 komentarze:

  1. Kaaaa! Nie bylo mnie tu tydzien i dwa rozdziały! Żyć nie umierać! Gdyby nie śpiąca babcia, rozniosłabym dom odą do radości 😅
    Cudowne rozdziały, czekam na więcej ❤❤ do nn ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. O jaaaaa, no to się zaczyna dziać! Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :)Podoba mi się jak rozwijasz akcję, tak nienachalnie i przyjemnie. Duuużo weny życzę!
    Dark Night

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)