niedziela, 12 sierpnia 2018

1.Więź doskonała


Deszcz padający z nieba niemal zwalał z nóg. Ludzie z okolicznych wiosek już dawno pochowali się w domach, by przeczekać oberwanie chmury i nadciągającą burzę. Dante cholernie im tego zazdrościł. On, zamiast skryć się w zaciszu własnego domu, leżał na skarpie w podartych ciuchach mokrych od krwi, błota i Bóg wie, czego jeszcze, i nie zapowiadało się na szybki powrót do domu.
Ciągle nie mógł uwierzyć, że rzeczywiście doszło do najprawdziwszej walki z cholernymi pchlarzami! Oczywiście, ich rasy naturalnie się nie lubiły i często dochodziło do utarczek pomiędzy wampirami i wilkołakami, ale żeby rzeczywiście pojedynkować się jak w prawdziwej wojnie? Mieli cholerny dwudziesty pierwszy wiek! Było tyle ciekawszych rzeczy, które Dante mógł robić w tym czasie, zwłaszcza w tak nieciekawą pogodę. Zamiast tego ganiał się po lesie z psami, bo jego ojciec niechcący wdepnął w ich święte kwiatki i alfa pobliskiego stada aż zapienił się ze złości. Nagle wszystkie katastrofy w promilu dwudziestu kilometrów okazały się winą tego, że owe kwiaty zostały zniszczone i Bogu ducha winnemu wampirowi pobliska wataha wypowiedziała wojnę. Najprawdziwszą wojnę!

To jakaś kpina, pomyślał. Do ostatniej chwili myślał, że konflikt rozejdzie się po kościach, ale wataha nie szukała pokojowego rozwiązania. Oczywiście, żaden wampir nie zamierzał przepraszać wilkołaka za nadepnięcie na coś w publicznym lesie, ale fakt, że wilki nawet nie próbowały pójść pokojową drogą, bardzo wampiry zdenerwował.
Dante westchnął ciężko. Mimo zimna, błota i deszczu miał ochotę przeczekać cały ten raban w ukryciu i wyjść, jak już będzie po wszystkim. Wątpił jednak, by wilkołaki mu na to pozwoliły. Nawet w deszczu ich zdolność tropienia była o wiele lepsza niż u innych drapieżników. Prędzej czy później zapewne go znajdą i będzie musiał walczyć.
Na jego korzyść działała rzeźba terenu i fakt, że trochę już po tym świecie chodził. Miał o wiele większe doświadczenie w walce niż młode wilki, którym dopiero odstawiono mleko sprzed nosa. Niekorzystne było jednak to, że nie znał zbyt dobrze tych lasów, a wilkołaki pod wpływem adrenaliny stawały się niezwykle silne, wytrzymałe i uparte.
Wampir był ciekawy, jak szło reszcie jego rodziny. Jego młodszy brat, Borys, był świetnym wojownikiem. Całe stulecie spędził w Japonii, ucząc się różnych sztuk walki pod okiem znakomitych mistrzów, przez co w walce wręcz nie miał sobie równych. Jego partner, Ali, posiadał ogromną wiedzę taktyczną oraz na temat istot nadprzyrodzonych. Nawet otoczona wieloma wrogami, ta dwója z pewnością sobie poradzi.
Co do ich dwóch przyrodnich sióstr, nie był tego taki pewny. Przede wszystkim nie urodziły się wampirami tak jak Dante czy Borys, co już stawiało je w gorszej pozycji. Dodatkowo żadna z nich nie interesowała się walką. Sam fakt, że dały się na to wszystko namówić, już był zaskakujący.
No i ich ojciec, Raul. Siły mu nie brakowało, to prawda, ale strategia walki nigdy nie była jego mocną stroną. Jeśli da się zapędzić w kozi róg, mięśnie mu nie pomogą.
Dante usłyszał nagle cichy warkot zza pleców. Obrócił gwałtownie głowę. Młody wilkołak w ludzkiej formie biegł na niego, warcząc wściekle. W jego oczach czaiła się rządza mordu.
Wampir ledwo wstał, kiedy wilkołak powalił go z powrotem na ziemię, przygniatając swoim ciałem. Uderzył go raz, potem drugi. Dante zablokował trzeci cios, wbijając kolano w brzuch młodego wilkołaka i, łapiąc go za koszulkę, zamienił ich pozycje. Wdrapał się na chłopaka, usiadł mu na biodrach i zaczął okładać go pięściami. Nie chciał go zabić. Nigdy nie widział sensu w niepotrzebnym rozlewie krwi. Rozumiał też, że ten wilkołak tak samo jak on walczył nie do końca za swoją sprawę. Gdyby nie rozkaz alfy stada, nie byłoby go tam.
To, że Dante nie chciał mu zrobić krzywdy, nie oznaczało, że wilkołak odwzajemniał sentyment. Walczył z całych sił, próbując wyswobodzić się i wyprowadzić własny cios. Gdy żadna z jego prób nie zakończyła się sukcesem, jeszcze bardziej się zezłościł. Dante, chcąc szybko zakończyć walkę, zacisnął mu dłonie na szyi, odcinając dopływ tlenu. Wilkołak wił się pod nim, rozchlapując błoto na boki i próbując go z siebie zrzucić, na co wampir zacisnął mocniej dłonie, chcąc w ten sposób pozbawić go sił, a potem przytomności.
Nagle Dante jęknął z bólu, kiedy wilkołak jakimś cudem wgryzł mu się w nadgarstek z całych sił, niemal miażdżąc kości. Chwila rozproszenia wystarczyła wilkołakowi, by odepchnąć jego rękę i uderzyć go pięścią prosto w nos. Dante aż zarzuciło do tyłu i puścił przeciwnika, który z trudem wygramolił się z błota i oddychając ciężko, znowu go zaatakował.
– Ja pierdolę, weź się uspokój! – warknął Dante, parując jego cios i wyprowadzając własny. Trafił wilkołaka prosto w nos, z którego buchnęła krew, zalewając dolną część jego twarzy. To go jednak nie powstrzymało przed ponownym atakiem. Dante, poirytowany upartością swojego młodego przeciwnika, uderzył go ponownie i powalił na ziemię. – Nie chcę cię zabić, uspokój się!
– Spierdalaj! – wysyczał wilk, wstając i znowu atakując. Dante musiał przyznać, że gówniarz miał zacięcie. Przez chwilę krążyli wokół siebie, obserwując się i szukając najlepszej chwili na atak.
Nagle oczy wilkołaka błysnęły dziko. Dante przygotował się na kolejny atak, ale wilkołak rzucił się na niego, złapał go w pasie i popchnął w dół.
Wampir otworzył szeroko oczy, ale nie miał czasu zareagować, bo obaj już lecieli w dół skarpy. Uderzenie o ziemię dosłownie wybiło mu powietrze z płuc, pozbawiając oddechu na długie sekundy. Razem z wilkołakiem turlali się ze skarpy po mokrej ściółce, zahaczając po drodze o drzewa i kalecząc się o krzaki jeżyn.
Zatrzymali się dopiero w gąszczu paprotek.
Pojebało go, pomyślał zdumiony Dante, gdy już udało mu się zaczerpnąć powietrza w płonące płuca. Leżał na wznak i patrzył w górę szeroko otwartymi oczami. Nie mógł uwierzyć, że ten bachor miał jaja zepchnąć go z tej cholernej skarpy! Z ich dwóch to ten gówniarz miał większe szanse umrzeć przy tym upadku, a nawet się nie zawahał.
Jego rozmyślenia przerwało ciche skomlenie. Obrócił głowę w bok i zobaczył, że ręka dzieciaka jest nienaturalnie wygięta, ale on i tak z determinacją zbierał się z ziemi i wyraźnie kierował się w stronę wampira.
– Przestań już! – warknął Dante, siadając z lekkim trudem. Upadek trochę go poturbował, ale był w stanie poruszać się bez większego trudu. – Cała ta walka to jakaś żenada.
– Zabiję cię! – odparł tylko wilkołak.
Dante wywrócił oczami. Spróbował wstać, ale wtedy nadgarstek odmówił mu posłuszeństwa. Gdy spojrzał w dół i zobaczył zakrwawiony ślad po zębach odcinający się na tle jego śniadej skóry, przyszedł mu do głowy pewien pomysł na poradzenie sobie z tym upartym bachorem.
– Lubisz gryźć, hmm? – spytał go, wstając. Chłopak widząc, że nie miał z tym większych problemów, zmrużył oczy w skupieniu i wyraźnie spiął się, gotowy do walki. – Zobaczymy, jaki będziesz mądry, gdy się odwdzięczę tym samym!
Tym razem to Dante rzucił się na niego. Nie było sensu oszczędzać ciuchów, i tak do niczego się już nie nadawały. Wilkołak warknął na niego, trochę zaskoczony tak nagłym atakiem. Tyle wystarczyło, by Dante przydusił go do ziemi i wgryzł się w jego szyję.
Ciało wilkołaka momentalnie zwiotczało w jego ramionach, a ciepła krew zalała mu usta. Dante jęknął cicho, wgryzając się mocniej w szyję małego. Jeszcze nigdy w życiu nie pił tak przepysznej krwi. Wilkołak po chwili się otrząsnął i próbował go odepchnąć, ale Dante ani myślał puścić.
– Zostaw mnie! – rozkazał chłopak, szarpiąc się. Gdy to nie zadziałało, warknął głośno i w odwecie wgryzł się w szyję wampira.
Obaj momentalnie znieruchomieli. Dante czuł, jak po jego ciele przechodzi dziwny dreszcz od stóp do głów, łaskocząc każdą komórkę w jego ciele. Nagle zaczął odczuwać podniecenie, a krew nabrała lepszego smaku. Leżący pod nim wilkołak też zdawał się to czuć, bo zaczął pojękiwać cicho i ocierać się o niego swoim podnieceniem.
To otrzeźwiło trochę Dante, który wreszcie przestał pić krew i odsunął się odrobinę, chcąc zwiększyć dystans pomiędzy sobą a dzieciakiem. Wilk też go puścił. Dante potarł szyję. W miejscu, gdzie mały go ugryzł, szczypała lekko, ale nie było to nieprzyjemne, wręcz przeciwnie. Podobało mu się to uczucie.
Przez chwilę patrzyli tylko na siebie, oddychając ciężko. Ich erekcje ciągle do siebie przylegały, przez co atmosfera stała się dziwnie napięta i trochę niezręczna.
Przynajmniej się uspokoił, pomyślał Dante z irytacją. Nie był pewny, co miało znaczyć to dziwne uczucie, które go nie opuszczało, odkąd jeden ugryzł drugiego, ale mało go to obchodziło. Korzystając z tego, że wilkołak przestał się szarpać, Dante zamachnął się i uderzył go precyzyjnie w szyję, pozbawiając przytomności. Przez chwilę przyglądał się młodej, ubrudzonej błotem i krwią twarzy, kasztanowym kosmykom opadającym na oczy i pełnym ustom. Potem wstał i poszedł do domu z nadzieją, że cała ta awantura już się skończyła i nie będzie musiał więcej walczyć.
Po drodze nikogo nie spotkał, więc spokojnie wrócił do swojego rodzinnego domu. Pierwsze, co zrobił, to poszedł pod prysznic, żeby zmyć z siebie ślady walki i błoto. I pozbyć erekcji, która mimo zimna ani trochę nie chciała opaść. Burza którą słyszał wcześniej, musiała być już tuż–tuż, bo słyszał ją nawet pod prysznicem. Na szczęście udało mu się wrócić do domu, zanim zaczęła szaleć w okolicy. Już i bez tego pogoda tego dnia była nieznośna.
Odświeżony i zadowolony ubrał się w bawełniane dresy i z kubkiem gorącej kawy rozsiadł się przed kominkiem, w którym buchał wesoło ogień. Był mniej więcej w połowie książki, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i ukazały Borysa i Ali. Obaj mężczyźni byli mokrzy, ubrudzeni trawą i zirytowani.
– Twój stary jest pojebany! – oznajmił Ali Borysowi, rozbierając się w progu. – Co go podkusiło, by zaleźć im za skórę?
– Wyglądam na kogoś, kto wie? – spytał Borys retorycznie. Po jego minie było widać, że jest ostro wkurzony. – Więcej mu nie pomogę! O, jesteś! – Borys zobaczył, że Dante siedzi przed kominkiem. – Ktoś jeszcze przyszedł?
– Nie, tylko ja i wy. – Dante obserwował, jak obaj mężczyźni rozebrali się w progu do naga. – Ogłuszyłem paru i przyszedłem tutaj.
– Mhm, spoko. Już myśleliśmy, że po tobie – skomentował Borys, zupełnie nieprzejęty. – Tak nagle zniknąłeś.
– Zdołali mnie odseparować, ale dałem sobie radę – odparł tylko i na tym temat się urwał. Ali i Borys poszli się kąpać, a Dante wrócił do książki.
Wampiry nie trzymały się blisko. To, że cała rodzina zebrała się w kupę, było zwykłym zbiegiem okoliczności. Borys większość czasu spędzał na podróżach z Alim, Dante preferował Włochy, a ich ojciec lubił ten domek na obrzeżach Yosemite w Stanach, w którym obecnie się znajdowali. Oprócz niego mieszkały tam jeszcze tylko ich przyrodnie siostry i obecni żywiciele. Gdyby któremuś coś się stało, reszta pewnie by się tym zbytnio nie przejęła. Wampiry nie lubiły ze sobą przebywać, lubiły mieć teren do polowania tylko dla siebie i niechętnie wchodziły w interakcje z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Dante pojawił się na progu rodzinnego domu zaledwie kilka dni wcześniej, a już miał powyżej uszu całej rodziny na kolejne dwadzieścia lat. Gdyby ojciec nie wciągnął go w swoje utarczki z pobliską watahą, pewnie już wracałby do Włoch.
Do wieczora pozostała trójka dalej nie wróciła. Pojawili się tylko ich żywiciele, których nie było w tygodniu w domu.
Bianka, trzydziestolatka po rozwodzie i tragicznej utracie dziecka, znalazła się w domostwie Raula zupełnie przypadkiem. Któregoś dnia pojechał on do pobliskiego miasta i usłyszał odgłosy szamotaniny na tyłach budynku, który kilka dni wcześniej spłonął. Rzucił się biedaczce na ratunek, ale zamiast damy w opresji zastał wściekłą Biankę, która, uzbrojona w złożoną parasolkę, była na dobrej drodze do zabicia swoich niedoszłych dręczycieli. To ją musiał od nich odciągnąć, żeby ich nie zabiła. Raul zabrał ją do siebie i tak już została.
Co się tyczy Alana, ich drugiego żywiciela, był on dwudziestodwuletnim studentem, który miał łeb nie od parady, ale nie było go stać na studia. Pewnego dnia sam zapukał do drzwi domu Raula, gdy poszła fama, że mieszka w nim wampir. Obiecał, że będzie karmił jego i jego dzieci, jeśli Raul opłaci mu studia. Raul, zawsze stojący na straży edukacji, chętnie na to przystał. Alan zjeżdżał na wszystkie weekendy i wolne, by móc karmić wampiry. Od San Francisco, gdzie studiował medycynę, dzieliły go tylko trzy godziny drogi, czasami nawet mniej, jeśli nie chciało mu się stosować do ograniczeń prędkości. Raul co rusz płacił jego mandaty.
Dante nie był pewny, jak to wszystko funkcjonowało. Podejrzewał, że jego ojciec bzykał i Alana, i Biankę, może nawet jednocześnie, ale ogółem zbytnio nie zaprzątał sobie tym głowy. Mało go to obchodziło. Sam nie miał stałego żywiciela, o wiele bardziej ciesząc się z otwartego polowania. Był to staromodny sposób na zdobywanie pożywienia, ale Dante, mimo swojego spokojnego usposobienia, lubił adrenalinę i to, jak na niego działała. Policja nie zawracała sobie nim głowy, bo nikomu nie robił wielkiej krzywdy. Polowanie kończyło się wypiciem krwi ofiary, ale nigdy na tyle, by ją zabić lub uszkodzić. Oczywiście, istniały o wiele prostsze sposoby na zdobycie krwi, zwłaszcza teraz, kiedy ludzie oficjalnie wiedzieli o wampirach i wręcz tworzono kluby i stowarzyszenia, gdzie ludzie oferowali wampirom krew. Mimo to Dante wolał staromodny sposób żywienia się i zamierzał się go trzymać.
– Jesteś głodny? – spytał Alan, podchodząc do niego.  Bianka ich zignorowała i poszła bez słowa na górę. – Mogę cię nakarmić, jeśli chcesz.
Dante przyjrzał się chłopakowi. Ostatnim razem, kiedy go widział, Alan z wyglądu ciągle jeszcze przypominał nastolatka, ze swoimi pucołowatymi policzkami, emo włosami i ni to męskiej, ni żeńskiej budowie ciała. Teraz mocno zmężniał, co widać było po szerokich ramionach, kwadratowej szczęce i bystrych oczach, które straciły swoją dawną dziecinność i naiwność.
Wampir pokręcił przecząco głową. Chociaż nie wypił dużo krwi wilkołaka, gdy się starli, czuł się dziwnie syty i zadowolony. Podejrzewał, że wiązało się to siłą witalną wilkołaków, która była o wiele potężniejsza niż ta zwykłych ludzi.
– Dzisiaj nie, ale Ali i Borys mogą być chętni – powiedział. – Czekali na was.
– A Raul? – Alan rozejrzał się. – Mówił, kiedy będzie? Nie ma jego samochodu w garażu.
Dante zmarszczył brwi, trochę zbity z tropu. Jak wychodzili do lasu, by rozprawić się z watahą, samochód jeszcze tam stał. Jakim cudem więc mogło go nie być?
– Naprawdę? To dziwne, jak wychodziliśmy się lać z wilkołakami to jeszcze tam stał.
Alan uniósł brwi.
– Biliście się z watahą?
– Taa, Raul wdepnął im w jakieś święte kwiatki czy coś takiego. – Dante pomachał lekceważąco ręką. – Trochę się pobiliśmy w lesie i wróciliśmy. Cóż, przynajmniej ja i zakochana para, bo dziewczyny i ojciec przepadli. Może ich właśnie torturują, nie wiem.
Alan pokręcił głową.
– Nigdy nie przyzwyczaję się do waszej obojętności względem siebie – rzucił. – Idę do siebie. Nie zamierzam przeszkadzać tym dwóm w rżnięciu. Jakbyś jednak chciał się napić, wiesz gdzie mnie szukać.
Dante tylko skinął. Alan wziął swój plecak i wszedł po schodach na górę. Jak na młodego chłopaka, który do tej pory żył biednie, ale spokojnie, zaskakująco dobrze przyjmował wszystkie dziwactwa, które wyprawiały się pod dachem Raula.
Przez chwilę przeszło mu przez myśl, żeby sprawdzić, o co chodzi z tym brakiem samochodu, ale szybko machnął na to rękę. Jeśli ktoś go ukradł, żadna strata. I tak odpadały z niego części na ostrzejszych zakrętach.
Tej nocy Dante kręcił się przez kilka godzin, zanim wreszcie zmorzył go sen.

– T–tato, co się ze mną dzieje? – wyjęczał młody chłopak, wiercąc się na łóżku. Co chwilę zmieniał pozycję, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Odkąd wrócił do domu, atakowały go dziwne uderzenia gorąca i z każdą chwilą przybierały na sile, pogarszając jego już i tak parszywe samopoczucie.
Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Wiedział tylko, że ugryzienie na jego szyi pulsowało gwałtownie w rytm uderzeń jego serca, a reszta ciała płonęła z pożądania.
Jego ojciec i jednocześnie alfa stada patrzył na niego z dziwnym błyskiem w oczach.
– Cii, Jake, spokojnie, wszystko będzie dobrze! – zapewniła matka chłopaka, kładąc mu na czole zimny kompres. Mimo zamroczonego umysłu chłopak widział po jej minie, że nie była tego taka pewna, jak sugerowałyby jej słowa. – Jake, z kim byłeś w lesie? Kto ugryzł cię w szyję?
– Jeden z krwiopijców – wyjęczał, ponownie zmieniając pozycję i ściskając bardziej uda. – Wkurzył się, że go ugryzłem i też mnie ugryzł… Mamo, co on mi zrobił?
Jego rodzice popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Cokolwiek się z nim działo, dla pary alfa najwyraźniej nie było zaskoczeniem.
– Mamo? Tato? Co się ze mną dzieje?
Kobieta uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco.
– Wszystko będzie dobrze, Jake. Wytrzymaj jeszcze trochę, niedługo wszystko wróci do normy.
– Co się ze mną dzieje?! – niemal wywarczał, patrząc na nią stalowym wzrokiem. Jego klatka falowała pod wpływem szybkiego oddechu. – Widzę po waszych minach, że wiecie! Dlaczego nie chcecie mi powiedzieć?!
– Dowiesz się wszystkiego jak trochę ci się polepszy. Za dwa, trzy dni wszystko powinno wrócić do normy – zapewnił go ojciec. – Spróbuj się przespać – dodał po chwili i gestem ręki wskazał żonie, żeby razem z nim opuściła pokój syna.
Jacob miał ochotę się dalej kłócić, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język i skinął lekko głową. Pozwolił rodzicom wyjść z pokoju i odczekał chwilę. Miał ten system opanowany do perfekcji.
Wstanie z łóżka przyszło mu z dość sporym trudem, co szczerze go zaskoczyło. Oddychał ciężko i chociaż nie wykonywał żadnych męczących ruchów, jego serce nie chciało zwolnić, pompując krew w zastraszającym tempie. Mimo to zdołał wstać i po cichu podszedł do drzwi, uchylając je lekko. Jego rodzice już odeszli, więc otworzył je szerzej i nadstawił uszu. Miał o wiele lepszy słuch niż pozostali członkowie watahy, dzięki czemu podsłuchiwanie ważnych rozmów i pertraktacji przychodziło mu z zaskakującą łatwością.
– … wiązany z tym krwiopijcą, nie ma innego wytłumaczenia – mówił cicho alfa.
Jake zmarszczył brwi. Związany z krwiopijcą? Co dokładnie jego ojciec miał na myśli? Jacob był świadomy istnienia więzi, którą zawierały wilkołaki z wybranym przez siebie partnerem, ale chyba nie chodziło mu o to, prawda? Tak mogły się wiązać tylko osoby z ich gatunku.
Jego rodzice kontynuowali rozmowę ściszonym głosem.
– Ale jak to możliwe? I te objawy!
– Nie wiem, ale nie możemy tego tak zostawić. Więzi nie da się rozerwać!
– Może jest jakiś sposób… – Głos kobiety był pełen nadziei. I desperacji, która szczerze Jacoba zaskoczyła. Ton, jakim jego ojciec odzywał się do matki, też był dziwny. Obronny. Poczuł dziwną gulę w gardle. Co się z nim działo? Dlaczego jego ciało zaczęło mu odmawiać posłuszeństwa? Przez ostatnich piętnaście lat swojego życia nigdy się nie rozchorował, więc co zdołało go dopaść? Czy wampir go czymś zaraził? I o co chodziło z tą całą więzią?
– Jaki, Pati? – Alfa uniósł głos, wyraźnie poruszony całą sytuacją. – W całej historii jeszcze nikomu się to nie udało!
– Coś musi być! – zapewniała żarliwie. – Nie możemy nic nie zrobić! To nasz syn!
– Fakty mówią same za siebie – uciął alfa dobitnie.
Zapadła chwila ciszy.
– Co masz na myśli? – spytała Patricia męża. W jej głosie słychać było wyraźne ostrzeżenie.
Alfa westchnął ciężko.
– Nie możemy pozwolić, żeby moja moc przeszła na niego. Jake nie może po mnie przejąć roli przywódcy!
Kobieta sapnęła.
– Nie mówisz poważnie! Żeby nie przekazać mu mocy, musiałby…
– Umrzeć – dokończył za nią alfa. – Nasz syn musi umrzeć.
Jacob zamarł, nie wierząc własnym uszom. Jego mama zaczęła ostro protestować, próbując wyperswadować ojcu z głowy ten absurdalny pomysł, ale Jacob dalej nie słuchał. Ogarnęła go istna furia.
Wyskoczył z pokoju jak poparzony i rzucił się na ojca stojącego przy oknie w ich małym salonie. Zaskoczenie działało na jego korzyść, bo alfa nie spodziewał się ataku ani siły, która się za nim kryła.
– Zabić mnie?! Chcesz mnie zabić?! Jak możesz tak mówić i to jeszcze z takim spokojem?! Nienawidzę cię! – wrzeszczał Jacob, uderzając ojca gdzie popadnie. Alfa sparował kilka ciosów, ale kilka zdołało dosięgnąć jego twarzy i ramion.
– Jake! Matt! Przestańcie!
Jacob wielokrotnie walczył z ojcem, szkoląc swoje umiejętności w boju pod jego bacznym spojrzeniem, ale nigdy jeszcze nie bili się tak naprawdę.
Alfa warknął, rozsierdzony próbą podważenia jego autorytetu i z całych sił odepchnął syna. Jacob upadł na ich drewniany stół, który zaskrzypiał żałośnie pod jego ciężarem. Zanim zdążył wstać, ojciec już przy nim był, dociskając go do blatu i zaciskając dłonie na jego szyi. Jacoba ogarnęła furia, bo był to już drugi raz tego samego dnia, kiedy ktoś próbował go udusić. Spróbował uderzyć ojca kolanem w brzuch, ale miał za mało miejsca. Wił się pod nim, warcząc na niego i rycząc. Alfa też na niego ryknął, chcąc pokazać swoją wyższość, ale na Jacobie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nie bez powodu młoda generacja watahy nazywała go niespełnionym samobójcą.
Jacob pomacał stół w poszukiwaniu jakiejś broni. Znalazł tylko mosiężny koszyczek na owoce, którym uderzył ojca w głowę. To zamroczyło na chwilę alfę i uścisk na szyi młodego wilka zelżał, ale trwało to tylko chwilkę, bo nacisk na jego tchawicę wrócił po chwili ze zdwojoną siłą. Jacob ze zdumieniem zobaczył, że jego ojciec sięgnął po nożyk, którym obierali owoce i uniósł go nad głową.
Nie miał szans na reakcję. Jego matka tak.
Z krzykiem rzuciła się na alfę, uderzając go z całych sił pogrzebaczem. Alfa jęknął głośno, zostawiając syna w spokoju. Kobieta bez wahania uderzyła męża po raz kolejny, wrzeszcząc do syna:
– Uciekaj, Jake! Uciekaj! – Kolejne uderzenie. – UCIEKAJ!
Widząc, że alfa zdołał wyrwać matce pogrzebacz z rąk, obrócił się na pięcie i rzucił do drzwi. Zderzył się z nimi i otworzył je pospiesznie, po czym zaczął biec. Słyszał krzyk matki i głośny ryk ojca, ale nie obejrzał się ani razu, biegnąc przez ich małą wioskę w kierunku lasu co sił w nogach.
Był na skraju, kiedy jego ojciec w ciele wilka przygwoździł go do ziemi. Jacob zaskomlał, kalecząc sobie całą twarz o małe kamienie.
Kolejny ryk, tym razem należący do innego wilka, rozległ się gdzieś z boku i po chwili Jacob był wolny. Zakaszlał, plując błotem i trawą. Ktoś chwycił go brutalnie za poły koszuli i podniósł do pionu, a potem popchnął w stronę lasu.
– Uciekaj! – Jacob spojrzał ze zdumieniem na swojego najlepszego przyjaciela. – Zatrzymam go, ile się da. Deszcz ci pomoże. Uciekaj!
– Duncan… – wyszeptał chłopak zszokowany. Duncan warknął głośno i doskoczył do alfy, który zdołał wygramolić się ze studni, gdzie Duncan najwyraźniej go wepchnął.
– No już! – wrzasnął jego najlepszy przyjaciel, siłując się z alfą. Stawianie mu czoła w taki sposób mógł przepłacić życiem, a i tak… – UCIEKAJ!
Niektórzy członkowie watahy powychodzili z domów, zwabieni całym zamieszaniem. Matka Jacoba, słaniając się na nogach i z zakrwawioną twarzą, dołączyła do walki, próbując powstrzymać szalejącego alfę. Dzięki jej interwencji pozostali członkowie watahy byli zbyt skonfundowani, by się wtrącić, co dało Jacobowi czas na ucieczkę. Czując łzy płynące po policzkach, przeskoczył przez płot i wbiegł w ciemny las, jeszcze długo słysząc ryk rozsierdzonego ojca, a potem przepełnione bólem wycie matki.


***
Hej!
Przybywam z nowym opkiem :D Obecny tytuł to tytuł roboczy, który może ulec zmianie. Tekst jest osadzony w tych samych realiach, co "Więź", z tym, że akcja dzieje się później.
Nie wiem, na ile mi pójdzie pisanie tego, bo trochę czułam, że potykam się o własne słowa. Chyba  wyszłam z wprawy przez tę długą przerwę... Mimo to mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Dajcie znać, co myślicie o pierwszym rozdziale! Do końca września będę publikować rozdział raz na 10-14 dni, nie jestem jeszcze pewna.
Pytania i wątpliwości w komentarzach :)
P.S.: Przypominam, że ciągle jest aktywna ankieta co do ewentualnej książki papierowej. Jeśli ktoś jeszcze nie zagłosował, a jest zainteresowany, można to zrobić tutaj:
Jeśli ktoś jeszcze nie kupił "Granic" z dodatkiem, można to zrobić tutaj:
Za każde wsparcie serdecznie dziękuję!
Pozdrawiam i do następnego! 

15 komentarzy:

  1. Uaaaa, bardzo się cieszę w takiej niespodzianki. I przeokropnie uwielbiam oba opowiadania na zasadzie więzi, także i ta opowieść przypadnie mi do gustu, już to czuję. Smarkacz z tego naszego wilkołaka, aj aj.
    Czekam z niecierpliwieniem na kolejny rozdział i pozdrawiam ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że "Cię widzę". xD
    Opowiadanie ciekawie się zaczyna. Jeszcze ciekawiej, niż Więź :) Na razie za mało się działo, by powiedzieć więcej. Wprowadzenie fajne. Będę czekać.
    Co do "potykania się o własne słowa", to normalne po przerwie. Będę szczera, że trochę widać porównując z poprzednimi opowiadaniami. Ale to minie (coś o tym wiem) i bynajmniej mnie nie zniechęca. :) Odetchnij głęboko, nie przejmuj się tym i po prostu pisz z przyjemnością.
    Wytrwałości!
    Weny, czasu i chęci :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. No i to się nazywa powrót do żywych:P
    Pierwszy rozdział tak mnie wciągnął, że jego koniec pozostawił w głowie wielki niedosyt:D
    Uwielbiam opka z tą tematyką, więc tym bardziej cieszę się na twój powrót.;)
    Nie martw się jak na moje oko twoja wprawa do pisania nie odeszła wcale tak daleko od tego co było wcześniej;D
    Życzę weny i do następnego:*

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się że znowu piszesz :) Bardzo mi się podoba ten początek - wciągające 😊 Dawno nie czytałam niczego o wampirach więc nie mogę się doczekać ciągu dalszego :) Coś mi się zdaje, że spokojne dni Dantego niedługo miną bezpowrotnie, gdy w jego życie wkroczy ten narwaniec Jake 😆 Dziękuję i pozdrawiam 😙

    OdpowiedzUsuń
  5. Super, uwielbiam twoje opowiadania:-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witamy z powrotem, proszę rozgość się i zostań na dłużej. 😀

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem zmuszona przyznać, że zapowiada się imponująco. Szkoda że będziesz wstawiała co 10-14 dni, bo Twoje prace są mega wciągające i nwm jak tyle wytrzymam.

    Pozdrawiam i życze ton weny :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam dobre przeczycia co do tego opowiadania. Ten rozdział mnie bardzo wciągnął, jesten ciekawa co sie dalej stanie. Czy ojciec tego wampira znajdzie go tam w lesie?
    Nie moge sie doczekać następnego rozdziału.
    (Nie dało by sie wstawiać rozdziałów szybciej? Tak co tydzień? 😊)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Teoretyczne dałoby się wstawiać rozdziały częściej, ale nie chciałabym się od razu rzucać na głęboką wodę. Publikowanie raz w tygodniu tym właśnie jest, zwłaszcza po tak długiej przerwie...
      Staram się dotrzymywać terminów, które Wam tutaj podaję. Dlatego wolę zacząć powoli :) Gdy wpadnę znowu w rytm, który miałam kiedyś, będę mogła pozwolić sobie na częstsze publikacje bez stresu, że się z czymś nie wyrobię, ale na razie te 10-14 dni to moje koło ratunkowe w razie W i go tak łatwo nie oddam ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Już pierwszy rozdział bardzo mnie zainteresował. Z niecierpliwością będę czekała na dalsze części opowiadania.

    OdpowiedzUsuń
  10. Już czekam na następny , zapowiada się super :D
    Nao

    OdpowiedzUsuń
  11. Wow :)
    Cóż za wielki powrót :) Już bym chciała przeczytać kontynuację :) Super się zapowiada :)
    Ciekawa historia :)
    J i D będą chyba tworzyc wybuchową mieszankę, ciekawe jak szybko się spotkają.
    Dużo weny :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Fajnie że wróciłaś z nową historią. Już ten pierwszy rozdział ma w sobie wiele emocji. Oby tak dalej. Masz coś więcej napisane czy publikujesz na bieżąco?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Mam mały zapas, który powoli się wydłuża. Zależy mi na tym, by wrócić do regularnego publikowania, stąd takie długie przerwy pomiędzy rozdziałami. I stąd też pewność, że jestem w stanie wstawić przynajmniej jeden rozdział na dwa tygodnie. Będę się starać, by te przerwy wynosiły jednak 10 a nie 14 dni i chcę je z czasem skrócić do 7 dni, ale to wszystko przede mną. Dopiero wracam na stare tory :)
      Pozdrawiam!

      Usuń

Dziękuję za wszystkie komentarze :)