Deszcz uderzał w szyby z impetem, zupełnie
jakby zamierzał w ten sposób przedostać się do ciepłego biura i jeszcze
bardziej zdenerwować mężczyznę znajdującego się w środku. Mężczyzna ten krążył
po pomieszczeniu jak zwierzę uwięzione w klatce z telefonem przyłożonym do
ucha. Jego twarz była czerwona ze złości, a oczy ciskały błyskawice. Słuchał
uważnie tego, co mówi jego rozmówca i dosłownie sekundy dzieliły go od wybuchu.
– Jak to odmówił? – spytał rozeźlony. – Ma
w tej chwili wsiąść do tego cholernego samochodu i jechać z tobą na lekcję gry
na pianinie!... Poszedł sobie? Pozwoliłeś mu tak po prostu pójść?!
Mężczyzna zawarczał ze złości. Miał już
naprawdę tego wszystkiego dość.
– Nie, nie obchodzi mnie jego projekt na
uczelnię! Już dość wstydu mi narobił przez ostatnie miesiące! Nie obchodzi
mnie, jak to zrobisz, Bob, Harry ma się znaleźć na tej lekcji, choćbyś musiał
go tam zawlec siłą! Chcesz, to go nawet bij, mam to gdzieś, ale nie pozwolę,
żeby ten mały idiota robił, co mu się żywnie podoba!