niedziela, 21 kwietnia 2013

4.Twarzą w twarz



Są takie momenty, kiedy choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, nic nam za cholerę nie wychodzi. Zazwyczaj jest tak w chwilach największego rozdrażnienia, emocjonalnego napięcia albo stresu.
Tom, walcząc z drukarką już od połowy godziny, zdążył wymienić chyba wszystkie przekleństwa i to we wszystkich znanych sobie językach, podczas gdy Bill krążył po jego pokoju i dotykał dosłownie WSZYSTKIEGO.
- Nie dotykaj - warknął Tom.
- Bo co?
- Bo gówno! – powiedział z irytacją już któryś raz z kolei. – To moje rzeczy.
- Nie są podpisane – odparł spokojnie Bill, obracając w ręce śnieżną kulę. – Ładna – skomentował z kpiącym uśmiechem. Jak na obelgi, którymi cały czas ciskał w niego Tom, był wyjątkowo spokojny, a to… to tylko jeszcze bardziej rozsierdzało właściciela pokoju.
- Działaj! – jęknął Dredziarz, pukając drukarkę z każdej strony. – Błagam!
- Co ty tam jęczysz? – spytał Bill, bez ceregieli zaglądając mu do szafy. – Chyba nie robisz sobie dobrze w mojej obecności, co?
- Do kurwy nędzy! – wrzasnął rozsierdzony Tom. – Usiądź na tym jebanym łóżku i przestań się panoszyć w moim pokoju!
Bill w pierwszej chwili skamieniał na ten wybuch, a potem parsknął śmiechem.
- I po co te nerwy? – spytał spokojnie, celowo go drażniąc. – Przecież nic złego ci nie robię.
Gdyby Czarny stał bliżej, zapewne zauważyłby żyłkę pulsującą wściekle na szyi Toma, niestety z drugiego końca pokoju nie był w stanie tego zobaczyć.
Dredziarz jęknął, kiedy drukarka zjadła mu kolejną kartkę. Nie mogąc wytrzymać już tej sytuacji, otworzył okno, po czym bez ceregieli ją wyrzucił.
- Jebany złom!
Bill aż podskoczył, kiedy sprzęt z głośnym hukiem spadł na ziemię. Wyglądał na naprawdę zaskoczonego.
- Już ci lepiej?
Dredziarz policzył w myślach do dziesięciu, po czym postanowił zacząć rozmowę na jakiś konkretny temat, zanim zupełnie oszaleje.
- Co u Alana?
Czarny wreszcie odkleił się od jego rzeczy i usiadł na łóżku. Odgarnął jakiś zbłąkany kosmyk do tyłu.
- Rodzice go zaakceptowali. Bał się najbardziej reakcji ojca, ale okazało się, że jego stary to całkiem porządny człowiek i przyjął to wszystko spokojnie. Alan był kompletnie rozbity, ale już czuje się dobrze. W szkole też było w miarę spokojnie.
- To dobrze - mruknął Tom, drapiąc się po głowie i zastanawiając, co zrobić z tymi przeklętymi notatkami. – Głupio mi, że Bobby tak go załatwił przy wszystkich, ale…
- Ale?
Tom zmarszczył brwi.
- Ty nie kłamałeś, prawda?
Bill wytrzymał to badawcze spojrzenie i wzruszył ramionami.
- Za to ty tak.
- Jesteś pedałem?
Czarny parsknął. Wyglądał na rozbawionego.
- Zapewne będę, jak ktoś już mi wsadzi fiuta w dupę.
- Nie masz wstydu.
- Mam, ale chociaż cię nie znoszę, mam przeczucie, że to, co mówimy, pozostanie pomiędzy nami.
- Ah, i właśnie dlatego przyznałeś się, że jesteś prawiczkiem?
- Zajebiście obciągam – powiedział Bill wyzywająco. Tom aż wciągnął głośno powietrze, a Bill roześmiał się. – Żartowałem. Nie rozumiem, czemu o to pytasz. Może jesteś zainteresowany?
- Chyba kpisz! Nie jestem gejem.
- Nie trzeba być gejem, żeby coś wsadzić w dziurę.
- Jesteś wulgarny! – warknął Tom, ku własnemu zaskoczeniu czując, że się rumieni. On! Tom Kaulitz! Zarumieniony!
NIEMOŻLIWE!
- Jestem po prostu szczery. Gej kojarzy mi się z tym, co lubi mieć coś w dupie. Hetero to ten, co lubi tam wkładać.
Tom słuchał tych wywodów z niedowierzaniem. Najgorsze jednak było to, że…
… że świetnie rozumiał punkt widzenia Czarnego i to przerażało go najbardziej. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale gdy ten teraz mu wyjaśnił to na swój pokręcony sposób, on od razu to zrozumiał. To, co było między nimi, było dziwne. Nienormalne. Tom nie miał tylko pojęcia, co to jest.
- Skąd możesz wiedzieć, że lubisz coś mieć, skoro nigdy nie miałeś? – spytał Dredziarz, sam nie wiedząc, czemu kusi licho.
Bill roześmiał się.
- Naprawdę muszę ci mówić?
Rumieniec, znowu ten cholerny rumieniec. Tom mentalnie dał sobie kopniaka. Oczywiście, że przecież nie tylko TO można sobie wsadzić. Czarny jasno mu sugerował, że… Że on…
Tom potrząsnął głową.
- Wyjdź, demoralizujesz mnie – powiedział Tom, pokazując koledze z klasy drzwi.
- Chyba żartujesz! Demoralizuję?! A ty co, cnotka-niewydymka jesteś?
- Niewydymka na pewno! – warknął Dredziarz. – Ja pierdolę, nie wierzę, że z tobą o tym gadam.
- Sam zacząłeś. – Bill wzruszył ramionami, wyraźnie nieporuszony. – Co z tymi notatkami? – zmienił temat. Musiał przyznać, że zarumieniony Tom był… słodki. Sam nie wiedział, skąd mu się to wzięło i broń Boże nie zamierzał go prowokować do tego, żeby coś między nimi zaszło, po prostu siedząc na łóżku w jego pokoju i rozmawiając z nim swobodnie na TAKIE tematy, nie mógł nie wyciągnąć oczywistego wniosku.
Tom BYŁ słodki.
NAPRAWDĘ  słodki.
Sam nie wierzył, że tak pomyślał, ale… taka była prawda.
- Nie wiem. Moja drukarka odmówiła posłuszeństwa.
- Hm, zanim wypierdoliłeś ją na dwór, mogłeś pomyśleć o zeskanowaniu tych notatek – mruknął Bill, mając ochotę się roześmiać. Znowu. Wstał z łóżka i zarzucił sobie plecak na ramię. – Przynieś mi w poniedziałek do szkoły i, błagam, nic nie zniszcz, jasne?
- Za kogo mnie masz?
- Za chuja, który lubi mi uprzykrzać życie.
- Wzajemnie. I nie myśl sobie, że skoro przyniosłeś mi lekcje, to uważam cię za kumpla. Zgniotę cię jak robaka przy pierwszej lepszej okazji.
- I vice versa, „kumplu” od rozmów na temat seksu. Do zobaczenia w poniedziałek. Sam trafię do drzwi.
Bill machnął mu niedbale ręką i wyszedł, zostawiając Dredziarza samego. Tom rzucił się plecami na łóżko i przez dłuższą chwilę gapił się w sufit, nie do końca rozumiejąc, co tak właściwie się stało. Czy on właśnie rozmawiał NORMALNIE z Billem Kaulitzem? Z tym samym, któremu domalował rogi i ogon w gazecie i z którym miał już tyle starć? Mało tego, byli sami w pokoju ponad pół godziny i się nie pozabijali! Nie mógł w to uwierzyć.
Odetchnął, wstał z łóżka i usiadł przy biurku z zamiarem przepisania lekcji. Bill porządnie bazgrał, ale – tu znowu coś było nie tak – nie miał większych problemów z odczytaniem jego pisma. Odczytał notatki instynktownie, nawet się nad nimi nie zastanawiając. Dopiero kiedy po kilku godzinach kończył je przepisywać, zdał sobie sprawę z tego co zrobił.
Gitara, pomyślał nieprzytomnie. Muszę pograć na gitarze.
Było już późno, kiedy usiadł przy biurku z laptopem. Był ciekawy, czy Bill już śpi, czy może jeszcze grasuje po pokoju. A może go nie ma?
Odpalił odpowiedni program i po chwili na ekranie pojawił mu się pokój czarnowłosego, dobrze widoczny w ciemności dzięki podczerwieni.
Tom zachłysnął się powietrzem, kiedy zobaczył, co tak naprawdę robi Bill. Jego policzki pokryły się rumieńcem, chociaż sam nie miał pojęcia, dlaczego.
Bill chodził po pokoju.
Zupełnie nagi. W rękach trzymał biały ręcznik, którym zaciekle tarmosił swoje czarne włosy. Tom przez chwilę poczuł, że chciałby być tym ręcznikiem. Potem jego wzrok spoczął na nagim, szczupłym ciele. Mimowolnie oblizał usta. Kamera, którą zamontował, była bardzo dobra i miał świetny obraz.
Ciało Billa było… wow. Nie spodziewał się, że taka chudzinka może mu zaimponować. Szczególnie kuszące wydawały się krągłe, na pewno jędrne pośladki i smukłe uda. Dredziarz czuł, że robi mu się gorąco i wiedział, że nie powinien tak reagować, ale nie mógł się powstrzymać. Na samą myśl o tych szczupłych udach, oplatających go w talii…
Potrząsnął głową, samemu nie wierząc, w jakim kierunku pobiegły jego myśli. Nigdy nie czuł się gejem. Nigdy nawet nie myślał, że mogłoby mu się spodobać zbliżenie z innym chłopakiem.
Jego na wpół twardy penis sugerował mu jednak coś zgoła innego.
Tom ze zdumieniem spojrzał na swoje krocze, ledwo powstrzymując chęć zaglądnięcia na gołego penisa, żeby być pewnym, że na pewno stoi.
- Leżeć – mruknął, patrząc w to miejsce, jakby chciał je zakląć, ale wciąż czuł, że jego erekcja ociera się boleśnie o białe majtki od Cavina Kleina.
Wziął do ręki sok, wciąż patrząc na swoje krocze z niechęcony. Wziął solidnego łyka i akurat w momencie, kiedy odstawiał szklankę, zobaczył, że Bill leży na łóżku, delikatnie uciskając swojego penisa.
Zeszyty Czarnego i spodnie Dredziarza przeszły do historii.
- Kurwa, kurwa, kurwa! – zerwał się szybko i próbował jakoś uratować zeszyty, ale sok zrobił wśród nich prawdziwe spustoszenie. Tom zagryzł dolną wargę, nie wiedząc, co zrobić – ratować zeszyty czy może lepiej pooglądać sobie Czarnego? Po krótkiej chwili namysł zdecydował się ratować zeszyty, a potem przewinął ten fragment i obejrzeć całość. W końcu nie zawsze ma się okazję zobaczyć masturbację swojego wroga numer jeden. To, że się nie lubili, dodawało wszystkiemu szczyptę pikanterii.
Ze zgrozą zobaczył, że zeszyty nie wyglądają najlepiej. Zabarwiły się na delikatny pomarańcz i Dredziarz był pewien, że kartki posklejają się na amen. Nie wiedząc co zrobić i jednocześnie chcąc zrobić to jak najszybciej, rozłożył zeszyty na kaloryferze, po czym rozsiadł się wygodnie na łóżku z laptopem na kolanach i przewinął obraz z kamery do interesującego go momentu. Jak w transie czuł, że jego place rozpinają spodnie i zsuwają bieliznę na uda. Gdyby ktoś wszedł teraz do pokoju, nic by nie zauważył. Spodnie były tak szerokie, że wszystko wyglądało normalnie.
Prawa ręka zaczęła delikatnie ugniatać jądra, dokładnie w ten sam sposób, w jaki robił to Czarny. Chłopak leżał na łóżku na wznak z zamkniętymi oczami i obciągał sobie wprawnymi ruchami. Najpierw bardzo powoli się pieścił, przesuwając dłonie po udach i napiętych jądrach, a potem gładził palcem swojego penisa od nasady aż do szczytu. Tom przełknął ciężko ślinę, czując że wcale nie musi się pieścić, żeby się podniecić. To, co widział, zupełnie mu wystarczało.
Penis Billa był spory, mniej więcej tak jak jego, tylko że przy tak szczupłym ciele wydawał się jeszcze większy. Po chwili pieszczot był już w pełnej gotowości.
- Nie wierzę – burknął do siebie Tom, przesuwając ręką po sztywnej erekcji.
Ręka Billa przyspieszyła, więc jego też. Zaczął delikatnie pojękiwać, czując narastającą przyjemność. Choćby chciał przedłużyć tę przyjemność, był tylko głodnym seksu nastolatkiem. I tak był w szoku, że tak długo wytrzymał.
Jęknął głośniej dopiero w momencie, kiedy zobaczył, że Bill polizał dwa palce, a potem sięgnął do swoich pośladków. Oczy Toma wyglądały w tej chwili jak spodki UFO, ręka i oddech przyspieszyły, ale spełnienie wciąż nie nadchodziło. Bill poruszał teraz obiema rękami i wyglądał przy tym tak seksownie, że Dredziarz miał ochotę po prostu wsiąść w samochód, pojechać do niego i go przelecieć.
Zamiast tego spuścił się w swoją rękę, jak przez mgłę zauważając, że Czarny również doszedł obficie we własną dłoń.
Mała bestia.
Tom skrzywił się, patrząc na lepką, ciepłą spermę na swojej dłoni. Westchnął i nieporadnie zepchnął laptop na łóżko, po czym wstał i poczłapał do łazienki. Zdecydowanie musiał wziąć gorący prysznic.
Gdy już stał pod strumieniem ciepłej wody, zaczął się zastanawiać, czy Bill czuł więcej przyjemności, kiedy wsuwał w siebie palce? Tom nawet sam przed sobą by się nie przyznał, że go to ciekawiło, ale teraz, kiedy zobaczył coś takiego na własne oczy, zapragnął spróbować.
Wziął na palce płyn do kąpieli. Był niemal stuprocentowo pewny, że się nada, po czym już mniej pewnie sięgnął między swoje pośladki. Nigdy się tak mnie dotykał z TAKIM zamiarem i już sama myśl o tym, co zamierzał zrobić, była podniecająca. Niepewnie nacisnął opuszkiem palca na wejście, czując lekki opór, ale przecież nie sądził, że pójdzie łatwo.
Nacisnął mocniej i, ku jego zdumieniu, palec całkiem gładko wsunął się do środka. Włożył go najgłębiej jak potrafił i przez chwilę zastanawiał się, co czuje. Kompletnie nie mógł tego określić.
 Dyskomfort? Owszem, ale było też coś innego, całkiem sensownego i przyjemnego. Coś musiało być w tym, że geje tak chętnie to robili.
Poruszał nim lekko na próbę i było to całkiem pobudzające.
Ciekawe.
Jego penis drgnął, więc jeszcze raz zrobił sobie dobrze, po czym pospiesznie się umył i wrócił do łóżka. Zakopał się w chłodnej pościeli, czując delikatne pulsowanie w okolicach odbytu, które nie pozwalało mu zapomnieć o tym, co zrobił.
Co dziwne, nie czuł się z tym źle, właściwie to było mu całkiem dobrze. Potem jednak przypomniał sobie o zeszytach Billa zalanych sokiem pomarańczowym i to, że nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Miał pewność co do jednego…
… był trupem.

***
Rozdział niesprawdzony.
Pozdrawiam!


piątek, 19 kwietnia 2013

8.Granice

Robin
Może mi się tylko wydawało, ale coś było nie tak.
Przerwa świąteczna płynęła sobie spokojnie. Dobrze dogadywałem się z Sebastianem, chociaż widziałem, że on wciąż nie jest co do mnie przekonany. Z jakiegokolwiek powodu mnie nie lubił, ważne było, że powoli udawało mu się zmieniać o mnie zdanie. Nie chciałem, żeby mnie nie lubił tylko przez to, że moim ojcem był ten a nie inny człowiek. Starałem się też mu zbytnio nie przeszkadzać, a nasze konwersacje były płynne i sensowne. W każdym bądź razie, mogło być o wiele gorzej.
W nasze relacje zakradło się jednak coś dziwnego. Na początku nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Zrozumiałem dopiero wtedy, kiedy mój żołądek zaczynał wariować za każdym razem, gdy chemik chociaż na chwilę mnie dotknął – a to położył mi ręce na ramionach, nachylił się nade mną i jego oddech owiał moją twarz, nasze palce zetknęły się, kiedy coś sobie podawaliśmy podczas śniadania, mijaliśmy się i dotykaliśmy ramionami… Za każdym razem robiło mi się dziwnie gorąco i czułem podniecenie. Nie jakieś duże, ale to było coś elektryzującego i dziwnego.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że on też zdawał się to czuć. Nic na ten temat nie mówił, ale widziałem, że świetnie zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. To… napięcie było dziwne. Niby nic wielkiego, a pobudzało mnie skuteczniej niż jakikolwiek porno. Cóż, nie trudno było zauważyć, że Sebastian jest cholernie przystojny i męski. Tu jednak naszła mnie jedna przykra myśl – skoro podobają mi się TAKIE osobniki tej samej płci, to czy to oznacza, że preferuję pozycję uległą? Fakt, Sebastian nie był sporo ode mnie większy, ale jednak był, a to sprawiało, że kiedy moje myśli pobiegły tylko w sobie znanym kierunku, siebie zawsze widziałem na pozycji uległej.
Jak tak dobrze się zastanowić, to kiedy jeszcze w swoim starym pokoju masturbowałem się pod kołdrą i wyobrażałem sobie Phila, nadal gdzieś tam w podświadomości widziałem siebie jako tego, który daje. To trochę przerażające, nie sądzicie? Są trzy rodzaje gejów – jedni tylko dają, drudzy dają i biorą, a trzeci tylko biorą. Ten ostatni typ występuje najrzadziej, ale jednak tacy się zdarzają. Wolałbym się klasyfikować jako ten drugi, ale kiedy dobrze to przemyślałem, doszedłem do wniosku, żeby chyba jestem tym, co po prostu daje.
A raczej będę. Nigdy jeszcze nie doszło do niczego pomiędzy mną a innym chłopakiem, ale… Niech mnie szlag, ale odnosiłem wrażenie, że gdyby tylko Sebastian skinął palcem, bez słowa protestu bym mu się oddał. To chyba była ta słynna rozwiązłość gejów i wytłumaczenie zaskakujących statystyk, że kiedy jeden hetero prześpi się z dwoma kobietami, w takim samym okresie czasu gej zaliczy z dziesięciu sobie podobnych, o ile nie więcej. Nie ma co ukrywać, że geje są bardziej perwersyjni. Mnie też to się udzielało. Nie obchodziło mnie, że nigdy jeszcze tego nie robiłem czy że jestem zakochany. Gdyby tylko Sebastian chciał, bez słowa sprzeciwu bym mu dał.
Był przystojny. Był seksowny i z pewnością nieźle wyposażony. Kto by nie chciał pójść z takim facetem do łóżka?
Przerażające… Cholernie przerażające, ale prawdziwe.
Zauważyłem coś jeszcze… Mianowicie to, że jakby bez udziału woli dotykamy się coraz częściej. Nie robiłem tego specjalnie, a jednak i tak takim czy innym zachowaniem prowokowałem sytuację, w której musielibyśmy się dotknąć. A to się potknąłem o próg, a to poślizgnąłem w kuchni, a to uderzyłem w coś głową, a to wpadłem na niego… Dziwne, głupie i kompletnie niedojrzałe, ale skuteczne i warte zastanowienia.
Można więc powiedzieć, że chociaż w czasie wolnym nie robiliśmy nic konkretnego, to jednak dużo się wydarzyło. I miało się wydarzyć o wiele więcej.
Kilka dni po Wigilii przyśnił mi się koszmar.
Zaczął się w momencie, kiedy leciałem w dół, a pode mną była tylko woda. Nie miałem żadnej szansy na zatrzymanie się, pozostało mi tylko bolesne oczekiwanie na to, co się zdarzy. Krzyknąłem i na chwilę zamknąłem oczy, gdy wpadłem do wody. Zimna ciecz otuliła mnie szczelnie, nie pozostawiając żadnej drogi ratunku. Zacząłem się krztusić i rzucać, usta napełniły mi się wodą. Nie miałem drogi ucieczki.
- Obudź się!
Właściwie nie usłyszałem, o co chodziło, ale głos był na tyle natarczywy, że zdołał wybudzić mnie ze złego snu. Spojrzałem na Sebastiana – siedział tuż obok mnie i wciąż trzymał ręce na moich ramionach. Oddychałem ciężko. Sebastian przyglądał mi się z nieprzeniknioną twarzą.
Sam nie wiem, co mną kierowało. Po prostu zerwałem się i rzuciłem na niego. Objąłem go mocno za kark i wtuliłem głowę w jego szyję. To on mnie wyciągnął z wody. Ocalił mi życie. Przy nim czułem się bezpiecznie.
- Robin? – spytał chemik, obejmując mnie jedną ręką. – Co ci się śniło?
Wahałem się chwilę. Mając osiemnaście lat nie powinienem bać się wody, ale czy po tym, co mnie spotkało, mój strach można było uznać za śmieszny?
- Czy to byli twoi rodzice?
 Pokiwałem przecząco głową.
- Woda… To była woda. Nie mogłem… wypłynąć.
- Dlaczego?
- Ja… nie umiem pływać.
- Żartujesz!
Zarumieniłem się lekko, wciąż do niego przytulony.
- Jak to się stało, że nie umiesz?
Wzruszyłem ramionami.
- Tak jakoś…
Przez chwilę nic nie mówił.
- W porządku. Jutro idziemy na basen.
- CO?!
- Idź spać – powiedział spokojnie, odsuwając się lekko. – Jest środek nocy.
Kiwnąłem głową, chociaż trochę się bałem, że znowu coś złego mi się przyśni. Nie śmiałem jednak prosić, żeby jeszcze chwilę ze mną został.
Ułożyłem się na łóżku i skuliłem. Ku mojemu zdumieniu, otulił mnie delikatnie kołdrą.
- Dobranoc – powiedział wstając.
- Dobranoc – odpowiedziałem cicho.
Gdy wyszedł, jeszcze chwilę leżałem z zamkniętymi oczami.
Przez całą noc nie przyśnił mi się ani jeden koszmar.


Sebastian
- No, wskakuj. Woda jest całkiem ciepła.
Obserwowałem z rozbawieniem jak dzieciak niepewnie patrzy na wodę w basenie olimpijskim. Sam już byłem zanurzony po samą szyję, utrzymując się na powierzchni głównie dzięki płynnym i delikatnych ruchom nóg. Robin siedział na brzegu w krótkich spodenkach kąpielowych i nie wyglądał na zbyt przekonanego.
Był ładnie zbudowany. Żadnych przesadnych mięśni ani wystających żeber. Był taki w sam raz jak na mój gust. Skórę miał raczej bladą, co było trochę dziwne, bo jego ojciec miał znacznie ciemniejszą karnację. Wyglądało więc na to, że dzieciak odziedziczył po starym głównie kruczoczarne włosy.
- No, szybciej.
W basenie było tylko kilka osób, które pływały gdzieś zupełnie po drugiej stronie. Byłem z tego zadowolony. Nikt nie wiedział, że przygarnąłem do siebie młodego Linna po śmierci jego rodziców i wolałem, żeby tak zostało. To mogłoby wywołać różne dziwne spekulacje, a tego chciałem uniknąć.
Robin w końcu się przemógł i wciąż trzymając się brzegu, zsunął się niepewnie do wody.
- Czemu od razu przyszliśmy tutaj? – spytał naburmuszony. – W ogóle nie mam tu gruntu.
- Szybciej się na uczysz na głębszej wodzie.
- O ile wcześniej się nie utopię.
- Słuchaj, wyłowiłem cię z rzeki, kiedy woda w niej miała kilka stopni poniżej zera. Możesz być pewien, że po tamtej kąpieli nie pozwolę ci tak po prostu utopić się w basenie.
- Od razu czuję się lepiej! – mruknął z ironią.
Miałem ochotę się zaśmiać. Kiedy nie był taki pewny siebie, przedstawiał sobą doprawdy interesujący widok.
- Podpłyń do mnie – powiedziałem, odsuwając się trochę od niego.
- Gdybym umiał to…
- Spróbuj. Złapię cię w razie czego. Przecież widziałeś jak się to robi. Nie udawaj sieroty.
- Jestem sierotą – burknął.
- Nie mówiłem w tym kontekście – warknąłem. Jeśli próbował wywołać u mnie wyrzuty wspomnienia z powodu tego, co powiedziałem, to chyba trochę mu się udało.
Przez kolejne dwie godziny Robin nauczył się w miarę pływać. Był naprawdę pojętnym uczniem. Szkoda tylko, że nas obu kosztowało to sporo nerwów. Dzieciak był tak pyskaty, że aż nie wierzyłem własnym uszom. Potrafił zripostować moje docinki w taki inteligentny sposób, że nie mogłem go tak po prostu zgasić, bo się nie dawał. Na każdą moją odpowiedź miał swoją własną. Żrąc się tak, uczyłem go pływać. Wiele razy zakrztusił się wodą przez to swoje burczenie do mnie, ale ważne, że były jakieś efekty.
Właściwie to nie mogłem uwierzyć, że jest taki bystry. Już dawno nie spotkałem nikogo, kto tak łatwo dotrzymywałby mi kroku. Jeśli chodziło o mój charakter, byłem mistrzem docinek. Chyba też po części z tego powodu uczniowie czuli do mnie respekt i nie pyskowali – po prostu wiedzieli, że ze mną się nie da. Robin naprawdę był bystry. Wbrew własnej woli poczułem do niego cień szacunku. Przez tych kilka miesięcy zdążyłem się przekonać, że na opinię i oceny naprawdę sobie zapracował. Nic dodać, nic ująć.
Gdy wróciliśmy do domu, nadal trochę się na mnie boczył. Kolacja przebiegła nam w milczeniu, aczkolwiek nie czułem się z tego powodu źle. Właściwie to cisza mi nie przeszkadzała. Miałem wrażenie, że Robin zwyczajnie manifestuje mi swoje niezadowolenie, ale tak naprawdę nie jest zły. Nawet całkiem dobrze mi się z nim mieszkało. Gotował, sprzątał, prał i jeszcze ładnie wyglądał. Nie był też jakiś głupi, chociaż to, że często biegał do piwnicy zapalić, było trochę denerwujące. Machnąłem jednak na to ręką. Skoro chce się truć, proszę bardzo. Dbał o to, żeby nie smrodzić mi fajkami w domu, więc nie chciałem być upierdliwy. Postanowiłem, że dopiero będę, kiedy wrócimy do szkoły po przerwie świątecznej. Nie odpuszczę gnojkowi za żadne skarby świata. Będzie kuł chemię dzień i noc, a obudzony w środku nocy bez zająknięcia wyrecytuje mi definicję alkanów, alkenów, alkinów i czegokolwiek jeszcze sobie zapragnę. Gówniarz miał potencjał, a ja miałem zamiar zrobić wszystko, żeby przez ten ostatni rok szkoły rozwinął skrzydła najbardziej jak się da.



Robin
- Obudź się! Robin! Robin!
Otworzyłem szeroko oczy. Zerwałem się do siadu, oddychając ciężko. Mokra od potu koszulka kleiła mi się do pleców, a drżące place zaciskałem na grubej kołdrze. Sebastian patrzył na mnie, marszcząc jasne brwi.
- Znowu to samo? – spytał cicho.
W ciemności pokoju widziałem go średnio na jeża – nie potrafiłem nic odczytać z jego twarzy. Odetchnąłem głęboko.
- Tak. Przepraszam, że znowu cię obudziłem – powiedziałem cicho.
- Nic się nie stało – odparł od razu.
Odsunąłem kołdrę i wstałem z łóżka.
- Gdzie…?
- Muszę do łazienki.
Wszedłem do sąsiedniego pomieszczenia i zapaliłem światło. Przemyłem twarz zimną wodą. Nie patrzyłem w lustro, nie chcąc zobaczyć zmęczenia na swojej twarzy. Dałem sobie chwilę na złapanie oddechu. Nie miałem pojęcia, dlaczego śni się ta przeklęta woda! Przecież nie mogłem aż tak się bać! Gdyby tak było, w życiu nie poszedłbym z Sebastianem na ten durny basen. Dlaczego więc tak mnie to męczyło?
Gdy wyszedłem z łazienki zauważyłem, że w kuchni pali się jakieś światło. Chemik miał taki fajny bajer w meblach, gdzie dotknął ręką kawałka metalu i zapalały mu się lampki wbudowane w meble tak, że widział cały blat. Stanąłem w  progu. Byłem ciekawy, co robi.
Sebastian sięgał do szafki na samej górze, a spodenki, w których spał, przyjemnie opięły się na jego pośladkach. Aż się na niego zagapiłem.
- Siadaj – polecił.
Westchnąłem cicho i posłusznie usiadłem na jednym z krzeseł. Po chwili Sebastian podał mi jeden z kubków.
- Uważaj, gorące – rzucił.
- Co to? – zapytałem.
- Gorąca czekolada – odparł, biorąc ostrożny łyk ze swojego. Oparł się tyłkiem o meble i przyglądał mi się. Czułem się jak pod mikroskopem.
- Naprawdę przepraszam za te pobudki – powtórzyłem po raz kolejny. – Ja… nie wiem, skąd to się bierze.
- Z czasem ci przejdzie.
- Mam nadzieję.
- Co dokładnie ci się śni?
- Jak lecę w dół i wpadam do wody, a potem nie mogę oddychać i zaczynam się topić.
- Cóż… Może to oduczy cię próbowania doprowadzenia swojej osoby do stanu zgonu.
- Bardzo śmieszne! – warknąłem. – Wiesz, że z samobójców nie powinno się nabijać?! A jeśli przez ciebie wpadnę w głęboką depresję i zamiast tego spróbuję podciąć sobie żyły albo się powiesić?! Co wtedy?
Sebastian wzruszył ramionami.
- Po prostu nie rób tego w moim domu – rzucił kpiąco.
Spojrzałem na niego jak na wariata.
- Teraz już chyba rozumiem, skąd się biorą zabójstwa w afekcie.
Sebastian prychnął tylko.
- Przecież nie mówiłem tego serio – wymamrotał. Dopił swoją czekoladę i odstawił kubek do zlewu, zalewając go wodą.
Wypiłem resztę swojej czekolady i zrobiłem to samo. Bez słowa poszliśmy do swoich pokoi.
Znowu miałem koszmar.
Znowu obudził mnie Sebastian.
- To samo? – spytał. Cały się trząsłem. Nienawidziłem tego głupiego snu, był okropny i straszny. Ja czułem się strasznie.
Chemik pogłaskał mnie uspokajająco po plecach. Przymknąłem na chwilę oczy. Jeszcze przez chwilę miałem dreszcze. Chciało mi się płakać.
Spojrzałem na niego z niemym błaganiem. Sam właściwie nie wiedziałem, o co chciałem go błagać. O to, żeby mnie przytulił? Zapisał gdzieś, gdzie mi pomogą? Pocieszył?
Nie wiem. W tamtej chwili wpadło mi jednak do głowy coś zgoła innego.
Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale zamknąłem je po chwili. Wpatrywałem się w niego, a on we mnie, wciąż głaskając moje plecy. Może mi się tylko wydawało, ale miałem wrażenie, że jego twarz jest coraz bliżej. Nie wiedziałem, czy tak jest naprawdę, czy to ja się przysunąłem, czy może on nachylił… W panującym półmroku udało mi się jednak dość dobrze dostrzec jego twarz. Nie wyglądał na tak zdezorientowanego jak ja się czułem. Podświadomie wiedziałem, do czego to zmierza, ale nie mogłem w to uwierzyć. Ja? I… chemik? Nauczyciel? Niemożliwe!
W następnej chwili nasze wargi musnęły się lekko. Nawet nie wiedziałem, kiedy zamknąłem oczy. Pierwsza próba zakończyła się sukcesem, więc po chwili nasze usta znowu się poruszyły, ocierając się lekko o siebie. Nagle miałem wrażenie, że cały się palę, zupełnie jakby ktoś podpalił mi łóżko.
Kolejny ruch ust, tym razem dłuższy. Następny był bardziej gwałtowny.
Nasze usta naparły na siebie mocniej, potem jeszcze mocniej i mocniej, aż w końcu zaczęliśmy robić to naprawdę chaotycznie i szybko. Przeszedł mnie elektryzujący dreszcz, kiedy nasze języki spotkały się po raz pierwszy. Złapał mnie za biodra i zacisnął na nich ręce, z aprobatą witając moje ręce na swojej szyi.
Kompletnie nie miałem pojęcia, co się dzieje. Po prostu odpowiadałem na namiętne pocałunki, chętnie splatając swój język z tym należącym do niego. Narządy ocierały się o siebie, penetrując wnętrza naszych ust. Ze wstydem poczułem, że mi staje. Westchnąłem cicho.
Poczułem rozczarowanie, kiedy nasze usta się rozdzieliły. Oblizałem je odruchowo, czując przyjemne mrowienie w wargach i języku. To było cholernie pobudzające.
Zauważyłem, że nie przeszedł obok pocałunku obojętnie. Oddychał szybciej niż zazwyczaj, ciężej.
- Ja…  Dobranoc– powiedział cicho. Jego ręka zmierzwiła mi włosy.
- Dobranoc – odpowiedziałem szeptem, bojąc się, że załamie mi się głos. Wstał i wyszedł, a ja dotknąłem ust nie, nie mogąc w to wszystko uwierzyć.
Jeszcze długo nie mogłem zasnąć, myśląc o tym, co się wydarzyło.

***
Rozdział niesprawdzony. Wstawiam, korzystając z chwili wolnego czasu.
Mam nadzieję, że się podobało.
Pozdrawiam!

czwartek, 18 kwietnia 2013

~~.25.~~



Bill siedział w gabinecie dyrektora i jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak głupio. Czuł na sobie wzrok Toma, ale nie chciał patrzyć w jego stronę. Na samo wspomnienie swojego zachowania oblewał go zimny pot. Przesadził.
Po prostu przesadził.


...Nauczycielka kazała stanąć bliźniakom pod tablicą.
- Słucham? - odezwała się. - Chyba powinniście teraz coś powiedzieć, prawda?
Bill nie miał zamiaru jej przepraszać, Tom zresztą też nie. Wiedział jednak, że kobieta jest uparta i będzie ich tak trzymać całą lekcję. Postanowił po raz kolejny przełknąć swoją dumę i wymruczał cicho słowa przeprosin. Był pewien, że blondynka dobrze je usłyszała, a mimo to rzekła.
- Mógłbyś powtórzyć? Ale trochę głośniej, nic nie zrozumiałam.
Czarny zacisnął zęby, ale powtórzył to, co powiedział, trochę głośniej.
- Słucham?
Bill poczuł jak ogarnia go wściekłość. Spojrzał na nauczycielkę i warknął:
-Nie mów słucham, bo cię wyrucham!
W klasie zapanowała na chwilę cisza, a potem wszyscy wybuchli śmiechem...



Nigdy wcześniej nie odwalił takiego numeru. Nigdy. Był przykładnym uczniem, który zawsze miał zadania domowe i umiał wszystko, co trzeba było. A teraz nagle wyskoczył z takim tekstem do nauczycielki przy kilkudziesięciu osobach z klasy! Nawet nie wiedział, skąd znał ten głupi tekst! Minęło już pół godziny, a on nadal nie mógł ochłonąć.
Jak on w ogóle mógł...? Jak to się stało, że był na tyle bezczelny, żeby coś takiego powiedzieć?! Jasne, kiedy czasami kłócił się z Tomem, padały o wiele ostrzejsze sformułowania, ale to… To już była kompletna przesada. Nawet Tom musiał tak uważać, bo siedział cicho i jedynie przyglądał mu się podejrzliwie. Bill miał nadzieję, że ze względu na brak jakichkolwiek wybryków przez ostatnie lata, dyrektor daruje mu ten wyskok albo ukarze go jedynie jakąś naganą lub uwagą. Jeśli go zawiesi w czynnościach ucznia, będzie miał pozamiatane, a matka go zabije.
Nie, on tego nie zrobił! Przecież jest tylko zwykłym tchórzem! Nie mógł tego zrobić!
Do gabinetu wszedł dyrektor i zamknął za sobą drzwi. Usiadł na swoim fotelu i spojrzał na Cogerów.
- Czy moglibyście mi wyjaśnić, co wy, do cholery, wyprawiacie? Bill? Co to ma być za zachowanie?! - krzyknął dyrektor.
- Przepraszam - wyjęczał Czarny.
Miał ochotę się rozpłakać.
- Przepraszam? Trzeba było powiedzieć to pół godziny temu, gdy pani cię ładnie o to prosiła!
Młodszy Coger zacisnął tylko usta, ale nic nie powiedział. Siedział ze spuszczoną głową. Nie chciał nic powiedzieć, bo wiedział, że po prostu się rozbeczy.
Tchórz, tchórz.
I ciota.
- Niech mu pan da spokój, dobrze? - odezwał się Tom spokojnie.
W jego głosie zabrzmiała jakaś ostrzegawcza nuta. Bill spojrzał na bliźniaka, który siedział obok niego z poważną miną. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały się trzęsie.
- Bill? Dobrze się czujesz? - spytał blondyn.
Czarny pokręcił głową.
- Ja... Nie chciałem. Naprawdę mi przykro - powiedział cicho.
- Bill, spokojnie. Nie denerwuj się.
- Co mu jest? – spytał zaskoczony dyrektor.
Tom nic nie powiedział. Czarny zacisnął dłonie w pięści. Czuł się jak totalny idiota. Znowu cała szkoła będzie się z niego śmiać.
Poczuł, jak Tom kładzie mu rękę na ramieniu.
-Nie przejmuj się, nic się nie stało. Przecież to ona się nas uczepiła, każdy może to potwierdzić.
Bill czuł, jakby go słyszał przez mgłę. Był tak strasznie zestresowany tym wszystkim, co ostatnio się działo… Gdy były święta nareszcie poczuł się szczęśliwy, jednak z każdym kolejnym dniem coraz bardziej panikował. Nadszedł czas powrotu do rzeczywistości, a on nie potrafił sobie z tym poradzić. To wszystko go przerastało. Bał się, że Tom znowu się od niego odwróci. Miał do niego zaufanie, ale nie potrafił się pozbyć tego irracjonalnego lęku. Miał złe przeczucia. Kilka ostatnich dni żył w tak wielkim napięciu, że po prostu nad sobą nie panował. Nie chciał pyskować do nauczycielki, nie obchodziło go, jaką ocenę będzie miał na koniec z matematyki. A teraz wylądował w gabinecie dyrektora.
Nie wiedział już, co ma zrobić.
- Młody? - odezwał się cicho Tom. - Co ma pan zamiar z tym zrobić? Niech pan powie, on się tylko niepotrzebnie stresuje.
- Dostaniecie naganę dyrektora. Jeśli zapracujecie na jeszcze jedną, wylecicie ze szkoły. Jasne?
- Możemy już iść?
Mężczyzna westchnął tylko i pozwolił im wrócić na lekcje. Blondyn zaprowadził bliźniaka do toalety.
- Przemyj twarz wodą, może poczujesz się trochę lepiej - powiedział Tom.
Bill tylko westchnął. Usiadł pod ścianą i schował twarz między kolanami. Ten dzień był do kitu.
- Jestem z ciebie dumny, Bill. Pokazałeś, że masz jaja. Jak się czujesz? – odezwał się Tom, kucając przy nim.
- Brzuch mnie boli.
- Chcesz iść do pielęgniarki?
Czarny pokręcił przecząco głową.
- Nie, nie chcę, żeby ktoś mnie oglądał w takim stanie. Dam radę.
- Poczekasz chwilę? Pójdę do pedagoga i zwolnię nas z reszty lekcji. Dobra?
Bill pokiwał głową. Tom wstał i wyszedł z łazienki. Czarny westchnął i jęknął. Dał dzisiaj niezłe przedstawienie, nie ma co. Cholera, jak matka się o tym dowie, zabije go! Nigdy się tak nie zachowywał.
Rety, było mu tak strasznie głupio...
- Oo! Siema, Billy! - odezwał się ktoś.
Czarny podniósł gwałtownie głowę i spojrzał na Kevina stojącego w drzwiach. Mimowolnie się skrzywił. Naprawdę jest niezłym pechowcem. Była lekcja, prawdopodobieństwo, że szatyn wyczai go w łazience, było prawie równe zeru.
Bóg chyba naprawdę niezbyt go lubi. Najpierw skazał go na dwa lata cierpień, potem na miesiąc w tamtym dziwnym świecie, a teraz jeszcze na towarzystwo tego psychola. Co on takiego zrobił, że tak sobie nagrabił?
- Mowę ci odjęło? Nie przywitasz się? - zapytał chłopak z szelmowskim uśmiechem, podchodząc do zlewu. Czarny zauważył, że ma zakrwawioną dłoń.
- Co ci się stało? - spytał zdumiony Coger.
Kevin wzruszył ramionami.
- Mała sprzeczka z kolegą. Wbił mi nożyczki w rękę.
- Może lepiej idź z tym do pielęgniarki? Na pewno...
Chłopak prychnął.
- A co cię to obchodzi? Gdybym był na twoim miejscu, cieszyłbym się z tego. Gdzie masz swojego ochroniarza?
- Co?
- No, Tom to przecież twój ochroniarz. Zastanawiam się, kiedy wreszcie przestanie udawać takiego dobrego braciszka.
- On nie udaje - oburzył się Bill.
Szatyn roześmiał się.
- Doprawdy? Ale ty jesteś naiwny! To oczywiste, że skacze przy tobie jak suka przy dziecku. Omal cię nie zabił, on...
- Skąd o tym wiesz?
- ... on też ma przecież jakieś uczucia. Ma wyrzuty sumienia, mimo wszystko jesteś jego bratem. Ciekawe, jak ty będziesz się czuł, kiedy już go załatwię?
Bill spojrzał zdumiony na chłopaka. Co on ma na myśli? Czego znowu chce?
Coger czuł, jak ze strachu pocą mu się dłonie. On przecież nie może zrobić krzywdy jego bratu. Nie może...
- Co masz na myśli? - Bill głośno przełknął ślinę.
- Cóż, jego zachowanie okropnie wkurzyło mnie i chłopaków. Postanowiliśmy zaplanować małą zemstę. Odebrał nam naszą ofiarę i strasznie nam się teraz nudzi.
- Co chcecie mu zrobić?
- Zabić go, oczywiście. I to będzie twoja wina, Billy, to ty do tego doprowadziłeś.
Czarny nic z tego nie rozumiał, ale miał złe przeczucia. Brzuch rozbolał go jeszcze bardziej. Oni chcą zabić Toma, a on nie będzie w stanie nic z tym zrobić. Jak temu zaradzić?
- Nie zrobisz tego – powiedział, głośno przełykając ślinę.
- Sprawdź mnie.
Przypomniał sobie o rozmowie z bratem i o tym, jak w teście Kevin zadźgał go nożem. Czy to było ostrzeżenie, że muszą na niego uważać? Czy ten test miał uświadomić Tomowi, z jak niebezpiecznymi ludźmi się zadaje?
Myśl, Bill, myśl, gorączkował się. Musi by jakiś sposób.
Boże, to nie może dziać się naprawdę!
- Czy... Proszę, zostawcie go – powiedział, patrząc na Kevina.
- Hm... Kusząca oferta, ale nie skorzystam. Wiesz... W sumie to mam dla ciebie propozycję. Przyjdź dzisiaj o północy pod Nędzę.
- Po co?
- Oszczędzę twojego ochroniarza, jeśli... Cóż, myślę, że zabicie ciebie sprawi mi równie wielką przyjemność.
Serce Billa zabiło mocno, a po plecach przeszły mu ciarki. Zrobiło mu się niedobrze. Czy ten chłopak zupełnie oszalał? Dlaczego nie chce dać im spokoju? O co mu chodzi? Zaproponował mu, że może zadowolić się jego śmiercią?
- A jeśli nie przyjdę? - zapytał Czarny.
- Dni twojego ochroniarza będą policzone.
- Czego ty od nas chcesz? Nic ci nie zrobiliśmy!
- Och, bardzo się mylisz, Billy. Jak przyjdziesz, wszystko ci wyjaśnię. Aha, twój ochroniarz nic nie może o tym wiedzieć. Jeśli coś mu powiesz, dopadniemy go. Jesteście sami, Piotrek i Mateusz na pewno wam nie pomogą. Zbyt mocno boją się o siebie nawzajem, a Paweł nie będzie narażał skóry dla obcego człowieka. Kompan od kielicha nie jest tego wart. Lepiej dobrze to przemyśl. Pamiętaj, o północy pod Nędzą. Nie spóźnij się.
Ledwo skończył to mówić, a do łazienki wszedł Tom. Zdziwił się, kiedy go zobaczył.
- Czego chcesz? - zapytał ostro.
Szatyn tylko zaśmiał się i strzepnął na niego wodę pomieszaną z krwią.
- Nic. Korzystałem z okazji poznania nowego członka naszej paczki. Skoro Billy już nie jest wrogiem numer jeden, na pewno byłoby fajnie, gdybyśmy któregoś razu wyskoczyli na piwo. Nara, chłopaki.
Czarny spojrzał z rozpaczą na bliźniaka i już wiedział, że nic mu nie powie. Nie mógł. Kevin był nieobliczalny. Jeżeli jedynym sposobem uratowania Toma jest poświęcenie własnego życia, to on jest gotów to zrobić. Odważył się na tak wiele rzeczy, nie ważne, że to działo się tylko w jego podświadomości. Dla niego to było realne. Nie stchórzył wtedy, nie zawali i teraz. Jego życie i tak nie było wiele warte. Nic sobą nie reprezentował, a bez brata był po prostu nikim. Dobre stopnie w szkole to wszystko, czym mógł się pochwalić. Tom przynajmniej miał jakiś talent, który w przyszłości na pewno zostanie zauważony. Będzie kimś wielkim, Bill wiedział o tym bardzo dobrze. Nie musiał wcale się uczyć ani zachowywać jak dobrze wychowany chłopak. Wystarczyło, że był sobą, a już przyciągał ludzi jak magnes. No, o ile nie patrzył na nich jakby miał zamiar kogoś zamordować.
Z dwojga złego lepiej, żeby to on umarł. Trochę się tego bał. Kevin miał naturę sadysty, na pewno będzie go męczył, pewnie celowo będzie zadawał mu ból. To nie będzie takie proste jak zjedzenie tabletek.
Cholera...
- Bill? Wszystko ok? - spytał Tom, gdy szatyn już sobie poszedł.
- Możemy iść do domu? - odpowiedział pytaniem.
- Tak, zgodził się. Skoczyłem jeszcze do pielęgniarki po tabletki. Nie chciała mi nic dać, więc zwinąłem jej jedno opakowanie, gdy się odwróciła. Trzymaj!
- Tom... - jęknął Bill.
- No, co? Po co trzyma tabletki, skoro nie chce się z nikim podzielić? Obaj dobrze wiemy, że nie jesteś na nic uczulony ani nic takiego. Te przepisy są głupie.
Czarny westchnął tylko i wyciągnął jedną tabletkę przeciwbólową. Połknął ją bez zapijania. Chciał schować opakowanie do plecaka, ale bliźniak mu je wyrwał.
- Hej! O co ci chodzi?! - zdziwił się młodszy Coger.
- Sorry, ale nie chcę u ciebie tego widzieć. Jeżeli przyłapię cię z tabletkami w plecaku albo gdzieś przy sobie, dostaniesz lanie. Nie będzie żadnej litości.
- Jesteś przewrażliwiony.
Blondyn wzruszył ramionami.
- Być może, mam to w dupie. Żadnych tabletek, już nigdy więcej. Jasne?
- Tak, ale...
- Żadnych „ale”. A teraz wstawaj, idziemy do domu.
Bill westchnął cicho. Wstał z podłogi i wolnym krokiem podążył za bratem. Poszli jeszcze szybko po kurtki, a potem pojechali do domu. Na szczęście nikogo nie było.
- Co chcesz na obiad? - spytał Czarny, nalewając sobie soku do szklanki.
- Daj spokój. Przecież źle się czujesz. Lepiej się połóż - powiedział Tom, siadając na kredensie i pijąc colę.
- Jestem przyzwyczajony - rzucił Bill bez zastanowienia.
Zapadła cisza. Czarny połapał się, co powiedział i spojrzał przepraszająco na bliźniaka.
- Tom... nie chciałem tego powiedzieć.
- Ale masz rację.
- Nie chcę, żeby to ciągle stało między nami.
- Ale będzie. Nigdy tego nie zmienimy. Cholera!
Wściekły blondyn zeskoczył z mebli i kopnął w krzesło. Bill tylko westchnął. Zapadła cisza.
- Dlaczego nie uzupełniłeś lekcji? Prędzej czy później i tak będziesz musiał to zrobić - odezwał się Bill, przerywając ciszę.
- Nie mam zamiaru nic uzupełniać - Tom wzruszył ramionami.
- Co? Dlaczego?
- Nie chce mi się.
- Ale to już klasa maturalna i oceny będą na świadectwie. Mama na pewno byłaby zadowolona, gdyby...
- Nie.
- Tom...
- Nie!
- Ale...
- Nie, do cholery! - wrzasnął Tom ze złością. Bill umilkł. - Nie mam zamiaru nic robić, jasne? Mam w dupie budę i to, jakie będę miał oceny. Nie obchodzi mnie to! Nie myśl sobie, że będziesz mną kierował tylko dlatego, że się pogodziliśmy. Jasne?!
Czarny słuchał krzyków brata. Zrobiło mu się trochę przykro, a potem poczuł wściekłość. On chce się dla niego poświęcić, a temu debilowi ciężko się pofatygować, żeby przepisać lekcje! Cholera, nie jest wart tego, żeby oddawać za niego życie!
- Spieprzam stąd, jeszcze ci coś zrobię. Nie wchodź mi w drogę, dobra?! I trochę się zastanów nad tym, co robisz i mówisz. Mam swoje własne życie i nie chcę, żebyś się w nie wtrącał. Zachowaj swoje rady dla siebie. I tak już dużo dla ciebie poświęciłem. Kumple nie chcą ze mną gadać. Zresztą, co cię to obchodzi?! Też mi interes: brat za kumpli!
Zirytowany blondyn wyszedł z kuchni i pobiegł do swojego pokoju. Bill podskoczył, kiedy usłyszał trzask zamykanych drzwi. Zagryzł dolną wargę i przełknął łzy, które napłynęły mu do oczu.
- Nie płacz, bekso jedna! - warczał do siebie cicho. - Nie waż się rozbeczeć!
Ze złością chwycił karton soku o smaku multiwitaminy i poszedł do siebie do pokoju. Usiadł przy biurku i otworzył zeszyt Toma, w którym na jednej kartce były trzy jedynki. Czwarta nie była wpisana. To był jego nowy rekord. Sam nie wierzył, że taki ustanowił.
Zastanawiał się, co teraz. Jego pierwsza prawdziwa kłótnia z Tomem od momentu pogodzenia. Wiedział, że nie będą się idealnie dogadywać, ale nie spodziewał się, że to nastąpi tak szybko. W sumie to nie była nawet kłótnia, po prostu Tom wygarnął mu trochę i sobie poszedł. Ale przecież to on miał rację! Powinien to wszystko uzupełnić, dlaczego był takim okropnym ignorantem?
Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, wyciągnął z szafki czysty zeszyt i z plecaka wyjął swój własny do języka polskiego. Podpisał czysty imieniem bliźniaka i zaczął przepisywać tematy od początku pozytywizmu, który jego klasa zaczęła powtarzać akurat w dniu ich wypadku. Skoro Tom nie chce tego przepisać, on zrobi to za niego.
Był zły, ale nie było sensu się nad tym zastanawiać. Każdy z nich miał swoje racje. Obaj byli tak samo uparci i Bill wiedział, że zamiast myśleć o załagodzeniu sporu, czekaliby, aż przeciwnik się podda. Topił więc swoje żale w soku o smaku multiwitaminy i przepisywał po kolei zeszyty od tematów, które mogły jeszcze obowiązywać na jakimś większym sprawdzianie. Te wcześniejsze sobie darował, zawsze mógł mu pożyczyć swoje notatki.
Robił to aż do godziny siedemnastej, z małymi przerwami na wydalenie soku. Ktoś dzwonił do drzwi, ale Bill nie miał zamiaru się fatygować, zwłaszcza że usłyszał, jak Tom zbiega po schodach. Wykorzystał ten moment i szybko przemycił do jego pokoju przepisane zeszyty, a potem szybko wrócił do siebie. Po chwili Tom wszedł do jego pokoju i spojrzał na niego.
- Przyszła psycholożka, chce z nami rozmawiać – rzucił, patrząc mu w oczy.
-  Nie chcę z nią gadać.
- Ja też nie, ale luz. Zgodziła się, żebyśmy rozmawiali z nią jednocześnie. Powiedziałem jej, że to ja jestem Bill i bez ciebie nic jej nie powiem. - Tom uśmiechnął się szelmowsko. - Masz ochotę trochę ją powkręcać?
Czarny spojrzał na brata. Przez chwilę tylko na siebie patrzyli, a potem Bill odwzajemnił uśmiech. Wstał i przybił z bratem żółwika.
- Już my jej pokażemy, co spotyka tych, którzy mieszają się w nie swoje sprawy - powiedział Tom.
- Damy jej popalić - zaśmiał się Bill.
W dobrych humorach zeszli na dół. Nareszcie jakaś rozrywka.