Stał przed
drzwiami jak ostatni idiota, drżąc z przeraźliwego zimna. Wietrzysko tak go już
załatwiło, że nawet gdyby zapragnął uciec, to chyba nie byłby w stanie ruszyć
się z miejsca. Miał wrażenie, że wręcz przymarzł stopami do podłoża.
Ostatnio
bycie idiotom zdecydowanie za dobrze mu wychodziło.
Wziął
głęboki oddech i nacisnął dzwonek do drzwi. Cisza.
–
No, tak – mruknął do siebie. – Jak zwykle nie działa.
Zapukał
do drzwi, chociaż zziębnięte ręce zaprotestowały bólem przeciwko takiemu
traktowaniu. Każda sekunda dłużyła się niemiłosiernie, tylko jeszcze bardziej
go denerwując.
I
nagle… Drzwi otworzyły się, a oczom Joe ukazał się Colin. Nie wyglądał za
dobrze – miał podkrążone oczy i wyraźnie był zmęczony. Gdy zobaczył, kto do
niego przyszedł, jego twarz rozjaśniła się nagle.
–
Joe!